31 stycznia 2011

Jajeczny temat i nie tylko

Przed południem zaszedł do nas stary Mikołaj. Z tuzinem jaj. A za co? A dla jaj.
No, poważnie mówiąc, za podwózkę żony do dentysty. Tyle, że ta wycieczka dentystyczna, kilkukrotna, dotyczy kilku pań z naszej wsi, i nasz-też, więc powtarzam, dla jaj.
W zamian dostał upieczonego chleba żytniego na zakwasie, aninej roboty. Taki mamy handel wymienny na wiosce.
Pogadalim sobie też o jajach, a raczej o ich wycinaniu, różnym zwierzakom. Rolnicy przeważnie mają wśród siebie jednego czy drugiego, kto umie to robić. Ale na ogół chodzi o czyszczenie prosiąt. Co do baranów musimy zapytać tego i owego, ale to już umiejętność zanikająca. Z koziołkami zatem najlepiej udać się do weterynarza.
- On takie specjalne szczypce ma, chwyta, zaciska, krew nie płynie i wtedy przecina woreczek i wyciska jajko.
Czyli jak w komedii Kusturicy, którą żeśmy sobie niedawno obejrzały w necie. Tyle, że tam byk osuwał się na ziemię pod wpływem hipnozy, a Mikołaj opowiada, że bykom to się robi na stojąco. Ogierom na leżąco. O "sztucznym zapładnianiu" indyczki też było, he! i dopiero po komentarzu Wojtka Majdy pojęłam, że to była satyra na Amerykę.
O polityce też pogadaliśmy. Mikołaj ma do tego podejście filozofa.
- Ja ośmdziesiąt lat skończył już, co mnie tam. Niech tam się gryzą i zmieniają, byle jeść było co.

A poza tym dokleiłyśmy kilka brakujących w jednym kącie kuchni płytek terakoty, na zmianę fugowanie, a w międzyczasie warzenie golonki i nóżki z wieprzkowej ćwiartki, cośmy ją kupiły przed świętami, na piecu c.o. Wyszło sporo galaretki.

30 stycznia 2011

Wyższa i niższa matematyka

Wizyta jedynego na wiosce chłopca 10-letniego (gdyby tak policzyć średnią wieku wszystkich mieszkańców pewnie wypadłaby powyżej 60-ki). Z okazji ferii ściągał sobie z netu zadania z matematyki, które zadała dzieciakom nauczycielka do przerobienia. Ponieważ przyszedł z tatą, to dostałyśmy w prezencie za tę przysługę chleb żytni na zakwasie własnej roboty. Bo nasz sołtys (on ci jest owym tatą) piekarzem jest zawołanym i trzeba przyznać, że zna się na rzeczy. On i jego rodzina żywią się głównie produktami z własnego gospodarstwa. Chleb także wypieka z własnej mąki, własnoręcznie śrutowanej. W piecu chlebowym opalanym brzozowym drewnem. Klei się do noża, super. To oznaka, że jest właściwie upieczony i ma doskonałą wilgotność. Jak nas oświeciła niedawno Nina.
Pogadaliśmy trochę o opłacalności hodowli owiec (kilogram żywca baraniego kosztuje w naszym regionie 7 złotych, jagnięcina więcej, ale ostatnio cena mocno spadła, bo na zachodzie znów wróciła do łask tańsza wołowina no, i kryzys daje się we znaki, wełnę można sprzedać okazjonalnie, a skóry trzeba wyrzucić, bo nawet nie ma gdzie ich wyprawić, zresztą koszt zbyt wysoki i cel tego żaden, bo nikt w kożuchach już nie chodzi).
I o przepisach kulinarnych na przyrządzanie baraniny na koniec. Stosuje się je tak samo do koźlęciny, więc było to dla nas interesujące.

29 stycznia 2011

Rosną


Koźlaki rosną. Oprócz Cycka, który ze żłobu po prostu nie wychodzi. Każdy staje w swoim boksie i patrzy pilnie na akcję rozdawania siana. Najwyższy jest Król, potem Zulus (już mu rogaciejąca główka cała wystaje nad płotek), potem krępy Bartosz, ten jeszcze nie sięga ponad ogrodzenie. Ale ma inne zalety, jest zwarty w sobie, grubiutki i silny.
Od drugiego tygodnia życia wszystkie maluchy zaczęły podjadać owies matkom, a teraz już regularnie dopinają się im do misek. Trzeba powoli zwiększać porcje. Nie interesują się jeszcze warzywami ani chlebem. Co najwyżej pochłepczą wodę z wiadra. Ale na ogół pragnienie jeszcze gaszą matczynym mlekiem, stąd kozy wypijają dwa razy tyle wody, niż zwykle (zazwyczaj jedna dorosła koza wypija dziennie ok. litra wody, teraz po dwa litry). Trochę jest tego noszenia wiader, rano i po południu. Ale na pewno nie tyle jak, gdyby to były konie czy krowy.


Walentynka, córka Gwiazdy, w skrócie Tynia czeka jeszcze na rozwiązanie. Ona zadecyduje o proporcjach płci w stadzie młodzieży. Na razie jest 5 kózek do 4 koźlaków.

28 stycznia 2011

Forma i treść, czyli kształt i smak

Caluśkie popołudnie wczorajsze zeszło na klejeniu terakoty. Ania przycinała płytki jeszcze wieczorem, na tarasie. Jednak dzięki temu wreszcie zaczyna być widać efekt końcowy i fakt, że jesteśmy coraz bliżej zakończenia tej niekończącej się fazy wstępnej. Czas najwyższy, bo stara szafka pod zlew może się w każdej chwili rozlecieć, była już kilka razy wzmacniana, ale niewiele to daje.

W nocy temperatura spadła dość nisko, ok. 17 stopni, ale w domu nie dało się tego wcale odczuć. Paliłam w obu piecach tyle co zwykle. Na koniec pracowity dzionek zwieńczyło ciasto drożdżowe upieczone w ścianówce. O smaku jaki pamiętam z dzieciństwa, tak samo pachnące i rozpływające się w ustach piekła w swoim chlebowym moja babka.

27 stycznia 2011

Przesądy podlaskie

"Rzadko która okolica ma tyle nagromadzonych przesądów, ile kraj tutejszy. Co zostało po dawnych Jadźwingach, Litwinach, jako tu niegdyś panujących, dalej wszystko, co Ruś z sobą przyniosła i co polska ludność przyniosła od Zachodu, wszystko tu jest pomięszane i żyje w umyśle ludu.
Gdy miotła w kącie stoi, gdy solniczka przewróci się na stole, gdy kto próg lewą nogą przestąpi, gdy przez próg wita się z przyjacielem, gdy koń parsknie lub nogą kopnie, gdy wrony krakają, gdy puszczyk odezwie się, gdy nietoperz przeleci, gdy pies zawyje, gdy trzy świece palą się w izbie, gdy trzynastu do stołu zasiądzie, - wszystko to stanowi złą wróżbę. Dni feralne obserwują się święcie. Istnieją tu upiory, wilkołaki, czarownice czyli wiedźmy i nieprzeliczone mnóstwo innych."
Z "Pamiętnika mieszczanina podlaskiego (1790-1816)".

25 stycznia 2011

Natarcie

Przymroziło. Świeży bielutki śnieg trzeszczy pod nogami. Dwa termometry zewnętrzne pokazują dwie różne temperatury, -4 i -8. Wyliczam z nich średnią i tak wiem, że jest -6.
Zielone Nóżki, mimo mrozu w natarciu. Dziś kolejne trzy jajeczka (jajami tego nazwać jeszcze nie można), a i Gusia zaczęła się nieść! Zagrzebuje swoje jaja w ściółce koziarni i trzeba uważnie chodzić, aby ich przypadkiem nie rozdeptać.
Wzięłyśmy się wreszcie za terakotę i kilka płytek znalazło się wczoraj na podłodze. Nie ma na co czekać. Wiosna za pasem. Choć pozornie jeszcze tego nie widać.

24 stycznia 2011

Wreszcie są!

Z kurnika od jakiegoś czasu rozlega się co kilka dni znamienny krzyk, który zidentyfikowałam, jako ogłoszenie, że jajko zniesione i to przez Zieloną Nóżkę, a nie zwykłą nioskę. Gdakanie kokoszek tej rasy różni się, tak samo jak pianie kogutów.
Tylko znaleźć nie mogłam. Tak smęciłam Ani, że ta wreszcie przeszukała swym lepszym wzrokiem kurnik i dzisiaj oznajmiła mi dobrą nowinę. Zaczęły się nieść! I na dowód pokazała dwa niewielkie białe jajeczka, ledwie połowa tych, które znoszą dorosłe nioski.
- Ale pryszcze! Nie ma się czym chwalić...
- Ach, będą większe. Młodziutkie kurki zawsze trochę drobniejsze jajka znoszą - pocieszam ją.
Jednym słowem, trzeba hodować obie rasy, a najlepiej skoligacić je ze sobą i otrzymać mieszankę, zdroworozsądkową.

22 stycznia 2011

Najlepiej u siebie na wsi

Warszawa. Wściekle trąbiący na zajeżdżających ich z boku kierowcy w korkach. Chorobliwy pośpiech bez sensu.
Herbata u znajomych, którzy są na etapie projektowania domu na zakupionej niedawno działce. Przeboje z niekumatym "architektem", skąd my to znamy... Są poważne podejrzenia, że połowa z tych ludzi nie skończyła studiów i nie potrafi zauważyć najprostszych błędów na planie. Pochodzących głównie ze źle wprowadzonych danych do programu. Nam tylko dzięki życzliwości urzędników zatwierdzających udało się cudem zdążyć z terminem rozpoczęcia budowy na koniec września! położyć dach przed zimą i zainstalować c.o. A i tak mnóstwo rzeczy musiał dorysowywać i zmieniać już w praniu inżynier nadzorujący budowę. Ech, dobrze, że te wszystkie bóle porodowe już z głowy, bo można naprawdę osiwieć od takich specjalistów i od biurokratyzmów.
Potem obiad u cioci. Hm, kotlety z dziwnego mięsa...
- Mnie się już w głowie poprzewracało na tej naszej wiosce - mówi Ania - Ale to było niejadalne! Czym ci biedni ludzie w tym mieście muszą się żywić! Smutne.
Ból głowy. Gorąco i duszno w przegrzanym blokowym mieszkaniu, trudno zasnąć, od suchego powietrza i braku tlenu. I te światła bijące z ulicy, sprawiające, że widno jak w dzień przez całą noc.
Jakże łatwo się odzwyczaić od nieludzkich warunków!
No, ale sprawy załatwione, zakupy konieczne zrobione.
Ania szczęśliwie przywiozła na pace ikeowską sofę do jadalnego kupioną i na dachu ponad dwadzieścia metrów desek na oszalowanie drugiego pokoju. Rozpakowałyśmy dechy, sofa stanęła na razie w śpichrzu, bo nie ma jej gdzie postawić, część desek poszła na poddasze, a te dłuższe wylądowały w przyoborowym lamusie. Ogołociał już z kostek siana, których zapas trzeba będzie na dniach uzupełnić (reszta zbiorów leży w stodole sąsiadów).
Nasze kozy zjadają teraz dwie kostki dziennie, oprócz owsa, marchwi i chleba, czasem gotowanych ziemniaków dwa razy dziennie.
W tym czasie koźlęta wypuszczone z boksów szalały w radosnej zabawie.
Wszystkie są żywe, żwawe i zdrowe, choć różnią się wielkością. Najmniejsze w tym roku są kaziuczki, największy i najwyższy rogaty Król. Zulus dzielnie stawia mu się, lecz w zapasach na rogi, ulubionej koziej zabawie co rusz jego tylne nogi fruwają w powietrzu, bo traci grunt. W żadnym razie się nie poddaje i jest ambitny. Nie tak jak Cyś, który mamy prawie nie opuszcza i beczy ze strachu, siłą wyniesiony między dzieciarnię.

21 stycznia 2011

Refleksje dalsze

Przeczytałam "Pamiętniki mieszczanina podlaskiego" wydane ostatnio ponownie w 300 egzemplarzach przez Ratusz w Bielsku Podlaskim. W sumie, jak tak patrzeć, to oprócz polityki niewiele się tutaj zmienia. I tego, że z władz zginęli Prusacy, Niemcy, Rosjanie, a z miasteczek żydzi (których pan Roch Sikorski z przyrodzonego charakteru nie lubił i ze smutkiem patrzył, jak się mnożą i wszędy wciskają). Niemcy przynieśli ze sobą ziemniaki, które wtedy zaczęto na Podlasiu uprawiać, dlatego ich kartoflarzami przezywano. Parę co celniejszych kawałków sobie wynotuję, dla spamiętania i anegdoty.
Ów mieszczanin był zbiedniałym szlachetką, który na handlu końmi się dorobił oraz na przewozie towarów do wielkich miast (prowadził wieprze i gęsi do Warszawy, woził len i konopie do Gdańska). W czasach wojen napoleońskich był enterprezerem (tj. przedsiębiorcą) i handlował z poruczenia różnych sąsiednich rządów, wożąc co trzeba i co było w cenie przez trzy granice, które tu po wsiach sąsiednich ustalono. Na koniec udał się nad Prypeć, skąd jego przodkowie przybyli na Podlasie, przepił z kim trzeba i uzyskał od pisarza miejscowego legitymizację swego szlachectwa, co skwapliwie dzieciom przekazał. Mimo to refleksje życiowe miał inne.
"Ile razy zastanawiam się nad przedmiotem, która z klas społeczeństwa jest najszczęśliwsza, wnoszę podług mego zdania, że zamożnego włościanina."

A na koniec dodam już od siebie kilka jeszcze punktów do wczorajszego swego wywodu w sprawie Przykazań dla Mieszczanina na Wsi.

26. Nie stawiaj wysokiego i szczelnego płota wokół domu, bo kusi to złodziei i budzi podejrzliwość. Stawiasz w ten sposób barierę komunikacyjną i wywyższasz się nad innych.

27. Nie trzymaj żadnego wielkiego psa rasy obronnej, ani buldoga, ani boksera. Wyjątkiem bywają wilczury, od czasu "4 Pancernych" budzące w narodzie przyjaźń i szacunek. Takie psy z miejsca narobią ci wrogów, a ty nie będziesz mógł zaprzyjaźnić się z sąsiadami (obawa przed atakiem, a także szkodą w dobytku).

28. NIGDY nie pakuj się do niczyjego mieszkania bez zaproszenia. Na wsi większość interesów załatwia się na dworze, zwłaszcza w sezonie ciepłym. Na ganku, pod płotem, na ławeczce, na drodze. Na pewno, nikt ze Wsi nie zechce przestąpić twojego progu bez wyraźnego pozwolenia. Dlatego ty chętnie zapraszaj, bo na pewno będą ciekawi jak się urządzasz i wszelkich nowinek budowlanych.

29. Na Wsi nie strój zdobi człowieka, ale grzeczność, pracowitość i uczciwość.

20 stycznia 2011

Przykazania dla Mieszczucha na Wsi

Panowie z Agepo (bodajże) wyznali niedawno, że chcieliby mieć krótki przewodnik dla Mieszczucha, który zamieszkał na Wsi, aby ten zaglądnąwszy sobie w prikazy nie popełniał błędów i nie naraził z głupia frant na szwank swego wymarzonego sielskiego spokoju oraz przyszłego dobra swoich dzieci i spadkobierców.
No, cóż, pochodzenie mam prawie wiejskie (miejscowość moja rodzinna miastem się obecnie głosząca w czasach mego dzieciństwa była ledwie osadą gminną zwana), w każdym razie podstawówkę kończyłam wespół zespół z dziećmi mówiącymi rdzenną gwarą dojeżdżającymi do gminnej Tysiąclatki z pobliskich wsi. Mam na koncie kilka lat pracy w GS (Gminnej Spółdzielni), skąd kontakt z ludźmi i sprawami wiejskimi miałam niegdyś codzienny i ścisły. No, więc kilka przykazań do owej podręcznej książeczki mogę dać, owszem. Jeśli ktoś jeszcze coś zauważył i podpowie, proszę o dopisanie tego do listy.

1) Wieś jest zamieszkana. Zamieszkana od wieków. I to ty, bracie, siostro przybywasz w to miejsce i jesteś obcy, a nie na odwrót! Nie wierzysz? Idź na miejscowy cmentarz i pochodź sobie, podumaj. Gdzie są twoi zmarli, a gdzie ty. A gdzie są tutejsi zmarli, a gdzie tutejsi mieszkańcy? Pomedytuj nad tym! Tu bije wciąż żywe źródło ich Mocy. A gdzie jest twoja Moc?

2) Wieś, mimo ery telewizyjno-satelitarnej rządzi się swoimi odwiecznymi zasadami. I obyczajami. One reformują się najwolniej. Strzegą ich starsi ludzie i dlatego nie lekceważ staruszków! Oni mają wpływ w swoich rodzinach i trzęsą opinią społeczną, tak, o tobie także!

3) Przedstaw się wszystkim i bądź otwarty. Ale nigdy naiwny. Graj otwartymi kartami.
Rdzenni mieszkańcy na pewno chcą cię dobrze poznać. Jeśli się nie przedstawisz i nie zaspokoisz ich ciekawości na pewno obrobią ci rzyć po swojemu. Zatem wybieraj, ty kontrolujesz opinię, albo opinia ciebie.

4) Dobieraj sobie bliższych znajomych dopiero po jakimś czasie przyglądania się i zasięgania dyskretnie zdania o człowieku. Wszystko w wiejskiej opinii ma dwie strony, czarną i białą i nigdy nie jest inaczej. Ty też jesteś czarno-biały (i niech cię to nigdy, przenigdy nie denerwuje!). Na ogół jednak wiedza społeczna o ludziach okolicznych jest miarodajna i uczciwa, trzeba tylko poczekać na odpowiednio zaawansowane informacje.

5) Dbaj o opinię, zwłaszcza jeśli jesteś kobietą! Żadnej kobiecie, czy to mężatce czy samotnej nie przystoi spoufalać się z miejscowymi mężczyznami. Tj. przyjmować ich samotnie w domu, pić i jeść z nimi bez obecności osób trzecich. Zawsze to obraca się przeciwko! I nieważne czy są to mężczyźni żonaci czy kawalerowie (tacy na ogół mają matki, siostry, sąsiadki itd.). Wiedzieć bowiem trzeba, że mężatka wiejska to nie to samo co mężatka w mieście. Ona jest współwłaścicielką gospodarstwa, mienia, dba o los swych dzieci, i chłopa trzyma w ryzach. Każde najmniejsze podejrzenie w tej sprawie uderza w jej poczucie bezpieczeństwa i odbija się od razu na szybkim wzroście złych plotek i insynuacji. Mężczyźni są tu tylko powolnymi barankami. Opinią na wsi rządzą kobiety, nie zapominaj!

6) Bądź przyjazny, otwarty, komunikatywny, ale zawsze znaj granicę. Wszyscy inni też tak robią. Spoufalać się można jedynie po wypiciu wspólnie pół litra, ale wtedy wszyscy wiedzą, że uzyskane w ten sposób informacje są nieco chwiejne.

7) Nie daj się wykorzystywać naciągaczom, których pełno i którzy na pewno zaraz do ciebie wystartują. Uczciwi ludzie zawsze stoją z boku, patrzą i wyczekują.

8) Nie krytykuj nikogo we wsi, nawet gdy inni go obgadują. Oni mają prawo tytułem zasiedzenia, ty nie masz żadnego.

9) Pożyczaj z głową. Drugi raz nigdy. Proponuj odpracowanie nieoddanego długu. To budzi szacunek.

10) Podwoź każdego miejscowego samochodem, gdy tylko jest okazja. Na pewno to zapamiętają i będą mieć na uwadze. To jest korzyść z twej obecności, którą im oferujesz na dzień dobry.

11) Słuchaj, nie nauczaj. Zwłaszcza starszych. Mają wiele do przekazania, choćbyś się nie do końca zgadzał.

13) Nie walcz bez sensu. Pokazuj lepsze rozwiązania, ale na wsi liczy się konkret. Udowodnij swoje twierdzenia, i pomagaj osiągnąć podobny wynik.

14) Nie obrażaj nikogo. I nie obrażaj się.

15) Nie przechwalaj się.

16) Nie pouczaj.

17) Nie narzekaj na chamstwo i prymityw, bo możesz być źle zrozumiany. Ba, na pewno będziesz źle zrozumiany.

18) Zatrudniaj miejscowych, jeśli tylko możesz. To też docenią.

19) Nie twórz konfliktów, nie wdawaj się w tutejsze odwieczne. To jest doceniane. Nie plotkuj, bądź dyskretny, to też będzie docenione, gdy przyjdzie taka chwila.

20) Pomagaj, gdy tylko możesz i nie oczekuj zapłaty. Ona przyjdzie na pewno, tak czy inaczej.

21) Nie wyśmiewaj nikogo i nie wytykaj niczyich braków. To, co wygląda na głupstwo, głupotę, czasem jest prostotą, często bardzo pomocną i głęboko pouczającą!

22) Nie twórz i nie wspieraj istniejących już koterii. Nie ustawiaj się z miejsca za i przeciw. Nie podkreślaj swojego wykształcenia, obycia, pochodzenia wobec ludzi, których mało znasz i tak naprawdę niewiele o ich historii wiesz.

23) Nie odmawiaj gościny i bycia goszczonym. Jeśli jesteś na jakiejś diecie motywuj ją raczej stanem zdrowia, niż światopoglądem. Może to być ci poczytane za obrazę i pogardzenie zaproszeniem prostego człowieka.

24) Nie afiszuj się zbytnio ze swymi nowomodnymi obyczajami, dietą albo odmienną religią i rytuałami. Wszystko możesz opowiedzieć, ale powoli, zwyczajnie i z czasem. Nigdy nagle i nigdy z pozycji wszystkowiedzącego. Podkreślaj wątpliwości (wszyscy je mają), złe doświadczenia (wszyscy je mają), opowiedz historię swego nawrócenia osobie najmądrzejszej, która będzie umiała to najmniej zmienić w relacji wobec innych. Nigdy nie twierdź, że znasz całą prawdę, masz rację, a inni jej nie mają. Inaczej będziesz na pewno pośmiewiskiem.

25) Nie donoś do władz na swoich ziomków ze Wsi (tak, to są już od teraz twoi ziomkowie!). Nie skarż się urzędnikom na współmieszkańców. Urzędnicy świetnie wszystko wiedzą sami, bo są stąd. Niechcący możesz wsadzić palec między drzwi. Nie rób tego przynajmniej w ciągu pierwszych 2-3 lat zamieszkiwania na Wsi. Tyle trwa kwarantanna. A potem też starannie unikaj.

Tyle na dzisiaj. Howk!

19 stycznia 2011

Eco-fiction

Zdecydowałam. Ponieważ postu ni widać, ni słychać, będę odtąd gotować postne potrawy z okazji Świąt wszelakich.
Świat się na wywrót odmienił. Post o intencji jak najbardziej religijnej, pokutnej, duchowej i oczyszczającej dzięki temu ciało w najlepszy sposób, został zdegradowany do diety wegetariańskiej świątek piątek, czyli czynnik religijny starannie wykasowany. I zamieniony w ideologię: ratujmy Ziemię, ratujmy zwierzęta, ratujmy się od miażdżycy, ratujmy swoją wątrobę, serce, srotototo. A to przecież nie to samo!
Gdyby tak spełniły się plany NWO i Nowy Człowiek (nadczłowiek), wyzwolony z okowów zabobonnej religii, wszechstronnie wyedukowany i zdrowy, osiadły w cywilizowanej ekowiosce ogrzewanej wiatrakami, elektrownią wodną lub solarami, z piękną oszkloną biblioteką, klubem internetowym, polem golfowym dla sportsmenów jadł jedynie warzywa i owoce (podlewane i podsypywane gnojówka ludzką - przez rolników uważaną obecnie za jeszcze gorszą od świńskiej, ale wegetariański gnój na pewno jest o niebo wartościowszy) to wszelkie zwierzęta hodowlane, które pod skrzydła ludzkie się w zamierzchłych czasach Abla schroniły, przepadłyby tak samo, jak giną inne gatunki dzikie, a może jeszcze prędzej... Zniknęłyby krowy, kozy, kury, świnie, cały drób różnej jakości, co mogło to by zdziczało, ale powrót do natury byłby już tylko ich degradacją. Po świecie snułyby się watahy dzikich psów robiących czystkę w stadach owych odegnanych od ludzi zwierząt, nie umiejących sobie radzić zimą, a nowy człowiek rozpocząłby kolejny etap swojej ewolucji, jakim byłoby przejście na odżywanie się energią słoneczną. Nie dałoby się bowiem uprawiać wystarczającej ilości warzyw i owoców ze względu na szkodniki, zdziczałe króliki, ptactwo dawniej przydomowe, a teraz szukające łatwej paszy, dzikie świnie, kozy itp.
O ile koty domowe potrafią sobie radzić same, to jednak psom byłoby gorzej. Z człowiekiem pozostałyby przecież jedynie mutanty ze zdegenerowanym systemem trawiennym, zdolnym trawić groch i kapustę, na ogół dla tego gatunku śmiercionośne.
Ludzie musieliby przenieść się w cieplejsze rejony świata, aby wytrwać na jarskiej diecie. Bo nawet najwięksi siłacze wśród mężczyzn, karmieni specjalnie fasolą dla wigoru nie dawaliby rady przeżyć zim nowej epoki lodowcowej, o jakiej usłyszałam byłam kilka lat temu z ust... Białorusina. Tak, tak, u ruskich głosi się od jakiegoś czasu całkiem odwrotną teorię od Al Gore`a. Teorię długich i krótszych cyklów ociepleń i oziębień, według której weszliśmy kilka lat temu w erę stopniowego wieloletniego wychładzania się klimatu.
Tajna broń Amerykanów, Haarpem zwana, umieszczona na Alasce oraz systematyczna praca mróweczek samolotowych, siejących chemiczne smugi na niebie Europy od lat bodajże już 60 pozostaje jednak w rękach jakiegoś albo złośliwego gnoma, albo podwójnego agenta Wschodu i Zachodu. Bo w Rosji upały się zaczęły na owo głoszone oziębienie klimatu, a na Zachodzie śniegi i mroźne zimy oraz deszcze i powodzie - na ocieplenie.

Ale miało być o czymś innym, bardziej realnym.
Dziś na obiad świąteczny ugotowałam czerwony barszcz. Jako dodatek do podsmażanych pierogów grzybowo-kapuścianych. I starczy nam jeszcze na jutro spokojnie, i może nawet na pojutrze... Panie Boże, odpuść grzech obżarstwa w każdy dzień roku niezależnie od pory i potrzeby organizmu! Świętuję radość uwolnienia się od przymusu zjadania wszystkiego, co produkuję. A nadwyżkę zdrowej żywności zagospodaruj Ty, o Najwyższy, bo ludzcy biurokraci i ustawodawcy zbyt się zbiesili od jakiegoś czasu.

Poza tym popracowałyśmy radośnie na poddaszu, przy sprzątaniu bałaganu pobudowlanego. Trzeba było zamieść dokładnie trociny z podłogi, pozbierać odpadki drewniane zdatne do pieca i posegregować te, które jeszcze się mogą do czegoś przydać, jak resztki desek szalunkowych czy płyt osb i gipsokartonu.

Na wieczór sama przyjemność. Pożyczyłam w gminnej bibliotece reprint z XIX wieku, książeczki pt. "Łyki i kołtuny. Pamiętnik mieszczanina podlaskiego (1790-1816)".

18 stycznia 2011

Dwa kalendarze i królowie trzej

Nasze radosne plany budowlane na dzisiaj (nieustająco przyklejana terakota na podłodze w kuchni) znów spełzły na niczym. Ania poszła rano po mleko do pani Marusi (nasze kozy dają coraz mniej, bo młodzież rośnie i ciągnie coraz więcej, dlatego od od czasu do czasu uzupełniamy zasoby) i przyniosła dobrą nowinę. Mamy wigilię na wsi!
- Jezusie, Maryjo - wykrzyknęłam z wrażenia. - Gadaj co i jak, bo niczoho nie panimaju.
- Dziś wieczorem wypada wigilia Trzech Króli.
Otóż to.
- Czyli wieczerza postna i te sprawy? - pytam. Nauczyłam się tutaj pytać szczegółowo o każdy drobiazg. Zresztą ludziska bardzo chętnie wszystkie obyczaje objaśniają.
- Tak, od jutra post nie obowiązuje.
- Ale Trzech Króli miało być pojutrze. O co chodzi?
- I jest.
- Czyli?
- Taaa, dobrze myślisz. Trzech Króli trwa trzy dni, każdy król ma osobne święto. A jutro jest chrzest wody.
Tj. wodochreszczenje, jak się dowiedziałam od znajomej prawosławnej. Cokolwiek to jest, jedno jest pewne. Mieszkając na prawosławnej wiosce nie da się pracować w styczniu. Zwyczajnie nie da się i już!

No, to co robim? Zgadnijcie!
Ano pierogi z kapustą i grzybami ulepilim i zjedlim.
Z tego wszystkiego zaczynam rozmyślać czy by już oficjalnie wyznania nie zmienić i dać sobie spokój z bawieniem się w dwa kalendarze.

17 stycznia 2011

W cieple

Za ciepło w domu. Mimo, że spalam tylko jedno naładowanie pieca c.o. bez dokładki od 13 do 16-17, a do ścianowego pcham głównie stare spróchniałe kawałki sosny.

Zofija już całkiem wydobrzała. Tak jednak boki jej wpadły przez te kilka dni głodówki, że dostaje zwiększone i dodatkowe porcje owsa, warzyw i chleba, aby mogła nadrobić straty.
Kiedy wchodzi się do obory mówi się od razu: Cześć, witam! i wtedy odzywają się różne głosy. A wśród nich charakterystyczny głosik Króla. Beee. Który odpowiada zawsze na dźwięk swego imienia, ale tylko raz.
Dzieciarnia co rano ma swoją chwilę i przedszkole szaleje. Co odważniejsze koźlęta zapuszczają się już same w głąb podwórza, głównie Król i Astra, córka Gwiazdy. Oraz obie Niuńki.
Najmniejszy w tej gromadzie jest Mini lub Cycek, koziołek Kazi. Najwięcej śpi, chowa się w żłobie, boi wspólnych zabaw i czym prędzej ucieka od rozszalałej młodzieży pod maminy brzuch. Kazia zaś beczy za nim dramatycznie tak, jak matka każdego maminsynka.

16 stycznia 2011

Na bohato

Małanka to ukraińska nazwa Sylwestra prawosławnego, który wypada 13 stycznia według kalendarza gregoriańskiego. Po białorusku małanka to błyskawica, błysk na niebie przed deszczem i burzą. Znów biesiadując tym razem noworocznie w towarzystwie Starych Kobiet, doszłyśmy do wniosku, że jest to skojarzenie z sylwestrowymi fajerwerkami, petardami i paleniem świateł.
Na naszej wiosce określenie małanka na Sylwestra nie jest znane ani używane. Za to biesiada w noc zmiany roku nazywa się bohatka. Bo na stół ludziska wynoszą same moce duszne (śpirty), tłustości, słodkości i pyszności.
No, to przed nami jeszcze Trzech Króli. I idzie post.

14 stycznia 2011

Kilka uwag pod zastanowienie

Wśród Czytelników mojego bloga jest trochę osób zamieszkujących w Wielkich Miastach, którym marzy się zamieszkanie na Wsi. Lecz z jakichś względów jeszcze tego nie uczyniły. Zadają mi różne pytania, więc zdecydowałam się odpowiedzieć na nie ogólnie w specjalnym wpisie dziennym.

Tak, do porzucenia Miasta potrzebna jest absolutna determinacja, a nie tylko miłość do Wsi (postrzeganej jako ptaszki na niebie, zielony las, kwiaty, pszczółki, krówki na pastwisku i uprzejmy gospodarz, pobierający za gościnę stosowną opłatę).
Zdeterminowane nie muszą być jedynie te osoby, które inwestują zarobioną w Mieście kasę w nieruchomość, kupują działkę, remontują chatkę, zamieniają ją w wygodne letnisko i przyjeżdżają do niej na tydzień-dwa w roku, po czym sprzedają wszystko z zyskiem, bo się znudziły. O takich mówić nie będę. Do tej klasy społecznej i mentalnej zwyczajnie nie należę.

Oprócz determinacji ważna jest odwaga (lub całkowita ufność wobec Losu). Osoba taka musi ponadto rozważyć wiele innych spraw. Aby w ogóle podjąć decyzję, że tak, wchodzi w to. Albo nie, nie będzie się w to bawić.
Odwaga i determinacja mogą być ślepe i głupie. Zwłaszcza jeśli idzie za nimi młodość i uroda, zdrowie i siła fizyczna. Te cechy nie wystarczają, aby mieszkać szczęśliwie na Wsi do końca życia.

Najważniejszymi, najbardziej potrzebnymi cechami (oprócz Determinacji, Odwagi, Siły i Pracowitości) jest bezsprzecznie otwartość, komunikatywność, umiejętność słuchania innych oraz samodzielność. Przydaje się też spryt, bo mieszkańcy Wsi są na ogół chłopami, a wiadomo, chłopi mają swój chłopski spryt i nie w ciemię są bici.

Załóżmy więc, że jakaś Osoba z Miasta decyduje się przenieść z Wielkiego Miasta na Wieś. I jest to nieodwołalna decyzja. Następnym krokiem jest zdanie sobie sprawy z własnych możliwości, określenie środków i wybór celów.

Z czego będzie żyła na Wsi, jaka rola jej się podoba?
Tu dygresja, wielu Miastowych nie zdaje sobie sprawy z rozwarstwienia klasowego i mentalnego na Wsi. Które kształtowały się od setek, dziesiątek lat. Widzi Wieśniaków jako jednolity narodek, posiadaczy gospodarstw, chat, mniej lub bardziej bogatych, ale na ogół ludzi prostych, słabo oczytanych, nieobytych w świecie, czasem chamskich i prymitywnych, niekiedy wesołych i rubasznych, oraz naiwnych albo zabobonnych. Tymczasem sprawy mają się o wiele wiele ciekawiej...
Trzeba być otwartym, elastycznym, rozmawiać, ale wykazywać ostrożność w rozmowie, nie dawać się podpuścić, a jednocześnie nie oceniać. Nikogo nie oceniać. Kryteria wzięte z Miasta wyrzucić do rzeki, która wpada do morza, a morze do Oceanu.

Jeśli osoba zdecydowała się na Wieś, to przeważnie musi wyprzedać się w Mieście, aby zacząć nowe życie na Wsi. Stawia ją to w ryzykownej sytuacji materialnej. Nie wnikam zresztą skąd ktoś ma kasę na przeprowadzkę, bo to różnie bywa. Niektórzy przecież przygotowują się skoku na głęboką wodę bardzo długo, powoli, systematycznie, małymi kroczkami. Inni zwyczajnie sprzedali mieszkanie w bloku albo spadek po rodzicach.

Z tego powodu ważne jest, aby określić sobie na wstępie z czego będzie się żyło, mieszkając już na stałe na Wsi. Bo przecież niekoniecznie trzeba być rolnikiem i harować w pocie czoła za marne dopłaty unijne. Kilkanaście, kilkadziesiąt arów może już zagwarantować własny ogródek, warzywa, folię z pomidorami i ogórkami oraz hodowlę drobiu, a nawet dwóch, trzech kóz, nie licząc możliwości trzymania szczęśliwego psa i kota. Nie zabiera to dużo czasu i umożliwia poświęcenie uwagi innego rodzaju pracy. I tu trzeba dobrze obmyślić jakiej.
W dobie internetu wiele rzeczy możliwych jest na odległość. Ale z praktyki wiem, że najlepiej jest, gdy oprócz polegania na klientach znalezionych w sieci i gazetowych ogłoszeniach zapuści się korzenie lokalnie, i zwróci z ofertą do ludzi miejscowych. Może się ona okazać dla nich całkiem atrakcyjna i w rezultacie firma, o ile nie kwitnie, to chociaż posuwa się kołyszącym krokiem do przodu i umożliwia dokonywanie podstawowych opłat. Za prąd, gaz, opał w zimie i ubezpieczenie.
Jeśli będzie się gospodarnym naprawdę można wiele zaoszczędzić na jedzeniu i opale. Bowiem życie i praca na Wsi z pełnym wykorzystaniem płodności gleby i zwierząt daje sytość temu, co pracuje na ziemi i jego rodzinie.
Z zarabianiem na pracy rolniczej jest jednak inaczej.
Tu po pierwsze na zyski trzeba czekać. Nawet kilka ładnych lat. A przedtem inwestować, budować, organizować, urządzać, dorabiać się, hodować, dbać, troszczyć się, doglądać rano i wieczorem. I zwierzęta, i rośliny, i glebę, i budynki.

I o ile nie jest się operatywnym, pomysłowym, sprytnym, komunikatywnym, z talentem do handlu oraz przy tym cholernie pracowitym i cierpliwym to nie będą to zyski krociowe, a jedynie mniej lub więcej zwracające poniesione nakłady.

Czemu?

Idealista z Miasta jest teoretykiem. Może słyszał o Systemie, polityce państwowej i Unijnej, historii, ale w praktyce nie zdaje sobie sprawy, jak dalece Państwo zadbało i dba o to, aby drobny rolnik (hm, małorolnik, a takim przeważnie staje się nasz były Mieszczuch) 1) zatruwał ziemię i zwierzęta, siebie i innych, 2) był zależny od aktualnych, ciągle zmieniających się przepisów biurokratycznych, zakazów i nakazów, 3) nie mógł głowy wychylić poza poziom produkcji, zdolny zaspokoić jedynie podstawowe potrzeby jego i rodziny 4) drżał przed urzędnikami, zdolnymi znaleźć na niego haczyk w każdej sprawie, za nielegalne ubicie zwierzęcia i nielegalne sprzedanie przetworów z niego, za brak kafelków w kuchni i oborze, za zasianie własnego ziarna bez licencji i bez uiszczenia stosownej opłaty, za wydestylowanie własnego alkoholu w ilości większej, niż bodajże 10 litrów, a tym bardziej sprzedanie butelki sąsiadowi albo znajomemu alkoholikowi, za brak wpisów w księgach, pozwoleń, zgłoszeń, opłat, podatków i co tam jeszcze hydra państwowa sobie wymyśliła.
Miejski gość agroturystycznego gospodarstwa często nie zdaje sobie sprawy, że to, co kosztuje u rolnika, swojską wędlinę, ser, masło, samogon, jest owiane mgłą nie-przepisowych niedopowiedzeń.

Ale zmieńmy temat. Ktoś mnie pyta, czy można wyżyć na wsi z hodowli kóz.
Odpowiem, że tak i nie. Bardziej nie, niż tak. Chociaż...
Dlatego lepiej mieć inne źródło stałego dochodu, przynajmniej na pierwsze kilka lat rozruchu gospodarstwa.

12 stycznia 2011

Przeczuwanie wiosny

Powoli zabieramy się do pracy. Przy czym zabieranie się jest już tak nużące, że trwa i trwa. Jednego dnia Ania szuka narzędzi, porozsiewanych w różnych miejscach, zapełnionych po brzegi galimatiasem przeprowadzkowych przedmiotów, pudeł i sprzętów w częściach. Drugiego dnia przygotowuje grunt pod klejenie. No, może jutro, o ile znajdzie wiercidełko do mieszania kleju uda nam się przykleić trochę brakujących ciągle w kuchni płytek terakoty.
Moje obowiązki polegają głównie na paleniu w piecach, gotowaniu, karmieniu i zmywaniu naczyń. Oprócz tego czytam i coś tam piszę oraz przemyśliwam z jednym, drugim czy trzecim kotem na kolanach.
Zrobiłam pierwszy twarożek w tym roku z mleka naszych kóz. Dziś na obiad kluski leniwe.
Ania szyje nowy patchworc, tka na GOK-owskich krosnach nowy chodnik i podszywa brzegi już zrobione przez innych.
Zofija ma się wyraźnie lepiej. Je co prawda wolno i półgębkiem, połowę zwykłej porcji, ale karmimy ją w takim razie dwa razy częściej, a to sprawia, że zaczyna jeść tyle, co każda inna koza. Co prawda przeważa w posiłkach tarta marchew i miękki chleb, jednak posypane zawsze kilkoma garściami owsa. No, i pije już zimną wodę, w sporej ilości, zwykłej dla siebie. Wyczekuje posiłków, stojąc oparta o drzwiczki boksu i wychylając głowę z najdłuższą brodą wśród kóz w stadzie.

Znów nadeszła odwilż, po jednym dniu przymrozku. Psice wciąż chcą na dwór, biegają i szczekają po lesie i na drodze. Linią się na potęgę, Kola tarza się co rusz z tego powodu plecami w śniegu. Kocury chodzą po okolicy z pieśnią na ustach. Kicia wchodzi i wychodzi z domu, nie mogąc się zdecydować, gdzie chce być i co robić. Kury grzebią w piasku, strosząc pióra, pogdakując jajecznie. Gusia je mniej, niż zawsze. Dziś w ogóle straciła apetyt. Krąży po podwórku, wychodzi na drogę, maszeruje do sadu, pod płot, gdzie latem z gulgułami pani Wiery gwarzyła sobie codziennie. Najwyraźniej wypatruje partnera, aby zacząć składać wkrótce jaja. Jednym słowem zwierzęta przeczuwają wiosnę.

11 stycznia 2011

System grzewczy w przebudowanej starej chacie

Urządzenie systemu ogrzewania starej chaty, która po przebudowie zdobywa nowe przestrzenie, wymaga pomysłu. Na ogół w drewnianych chatach wiejskich istnieją już bowiem piece kaflowe, kuchnia i ścianówka w pokoju oraz komin. Na ogół piece są dołączone bezpośrednio do owego pojedynczego komina, ale na Podlasiu zdarza się jeszcze z rzadka tzw. leżak, czyli pod-komin, wybudowany z cegieł i gliny na poddaszu, łączący z kominem dodatkowy piec w pokoju oddalonym od kuchni.
W naszej chacie leżaka nie było, bo i rozstaw izb był prosty. Wchodziło się do sionki, z której drzwi na wprost prowadziły do nieogrzewanej komory, a po prawej do kuchni. Komin wznosił się po środku chaty, dokładnie pomiędzy kuchnią i pokojem, zatem płyta kuchenna i ścianówka stały dość blisko siebie.
Przebudowa nie uwzględniała zmiany miejsca komina, ze względu na procedury urzędowe. Dzięki temu, zanim zostały one załatwione (od wczesnej wiosny do pamiętnego dnia 27 września) i projekt architektoniczny zatwierdzony pieczęciami, zdążyłyśmy pewne prace poczynić w ramach remontu starej chaty. Przede wszystkim zburzyć i zbudować nowy komin, w miejsce dawnego oraz zburzyć stary i wybudować nowy piec kuchenny.
O przebojach z wynajętym zdunem już byłam pisałam, więc nie będę się powtarzać.


Kuchenka jest zgrabna, w miejscowym stylu (ma okap), ale wykazuje sporo mankamentów rzemieślniczych. Ale o to akurat mniejsza.
Starej kuchni nie dało się utrzymać, była przepalona i niewygodnie ustawiona. Miała jednak dużą ściankę grzewczą, działającą nieco na zasadzie ścianówki, która stanowiła część ściany działowej między kuchnią, a pokojem. To był dobry pomysł na dogrzanie domu i zachowałyśmy go. W ten sposób ogień spod płyty nie marnuje się, oprócz funkcji gotowania posiłków ogrzewa jeszcze kafle ścianki, zanim trafi do komina.
Pod płytą hydraulik wraz ze zdunem zamontowali tzw. cegiełkę. Rura przechodząca przez palenisko ogrzewa wodę w bojlerze.
Bojler mało malowniczo na razie wisi na ścianie w rogu kuchni i wymaga jakiegoś osłonięcia. Będziemy o tym myślały, gdy sufit zostanie pokryty płytami gipsokartonowymi.
W praktyce latem wystarczy palić pod płytą godzinę, półtorej (akurat czas na ugotowanie posiłku), aby nagrzać wodę na kąpiel i zmywanie raz na 2 dni.


Ponieważ budowałyśmy kuchnię od podstaw można było ją zaplanować. Dlatego zawiera ona tuż przy sobie (a raczej w sobie)... piec c.o. opalany drewnem. Takie nieduże piece, z fajerkami na górze i przestawnym rusztem (tzw. letnim i zimowym), ustawiane w kuchni, a nie w specjalnym murowanym pomieszczeniu, produkuje się w Hajnówce i mają spore wzięcie w regionie. Oprócz bowiem funkcji ogrzewania kaloryferów oraz bojlera pełnią całkiem dobrze funkcję pieca kuchennego. Na lato można przełożyć w nim ruszt wyżej, zmniejszyć palenisko i używać go tylko jako płytę i ogrzewacz wody w bojlerze.
Zdun obłożył go potem kaflami i powstał wizualnie jednolity i gustowny piec kuchenny.

Dołączona do niego instalacja kaloryferów jest w stanie ogrzać całą przestrzeń domu (tj. 72 m. kw.), wraz z dobudowanymi pokojami. Poddasza zdecydowałyśmy się nie kaloryferować. Jeśli będzie taka potrzeba wstawi się tam kozę.
Instalacja posiada elektryczną pompkę wspomagającą obieg wody w kaloryferach, ale stalowe rury są także zamontowane grawitacyjnie, co sprawia, że c.o. działa bez problemu także w razie awarii prądu.
Łazienka powstała w komorze i jest zaopatrzona w kaloryfer. Ociepliłyśmy ściany zewnętrzne podwójną ilością wełny mineralnej i to sprawia, że nawet późną jesienią nie trzeba jeszcze palić w c.o., bo w łazience można się kąpać bez ogrzewania! Wystarczy trzymać drzwi lekko uchylone, aby zachodziła wymiana powietrza na cieplejsze z głębi domu.

Latem zeszłego roku zburzyłyśmy starą, przepaloną ścianówkę w pokoju. I już inny zdun postawił ją od nowa, nieco mniejszą, z nowych kafli i cegieł, ale w tym samym miejscu. W ten sposób wskrzesiłyśmy stary układ chaty.
Ogrzewa ona głównie pokój, ale ponieważ część przedniej ściany i wylot paleniska jest w kuchni, dogrzewa również kuchnię i przy otwartych drzwiach także pokój jadalny. A więc trzy pomieszczenia.


W pokoju zatem mamy dosłownie połowę ściany z kafli, którą można rozgrzać w razie potrzeby na 24 godziny (np. wielkiego mrozu, wyjazdu w zimie na kilka dni, albo awarii c.o.). Stoi przy niej łóżko, tak samo jak stało w starej chacie poprzednich właścicieli.

W praktyce przez całą jesień i wiosnę ogrzewamy cały dom tylko tym piecem ścianowym plus paleniem pod płytą, a piec c.o. jest nieużywany. Jeśli tylko temperatura nocą nie spada poniżej zera wystarcza jednorazowe przepalenie w tym piecu naręcza drewna (tudzież tzw. węglarki).
Oczywiście, gdy jeszcze jeden pokój zacznie być używany i ktoś będzie w nim mieszkał trzeba będzie dłużej palić w c.o.

Swoją dodatkową ogrzewczą rolę pełni dokładne ocieplenie całego budynku, ścian, sufitu i dachu, wełną mineralną oraz nowe szczelne okna i drzwi.

Zimą ogrzewamy się zatem następująco: zależnie od mrozu rozpalam rano lub w południe w c.o. i pozwalam wypalić się załadowanej po powierzchnię komorze drewna, z lekkim dokładaniem potem przez kilka godzin. Trwa to mniej więcej do 16 (w mroźniejszy czas nieco dłużej, nawet do 20). Ok. 16 rozpalam w ścianowym piecu i po kilku godzinach, gdy wygasa ogień w piecu c.o. on przejmuje funkcję grzewczą. Trzyma temperaturę do rana i przed południem, po czym wszystko zaczynam tak samo od początku.

Tym sposobem wypalamy dziennie w przeciętny dzień zimowy o temperaturze do minus 10 stopni (przy niższych nieco więcej) taczkę drewna. Zapewniam was, że to niewiele. Zwłaszcza, że owo drewno jest różnej jakości. Trochę dobrej gałęziówki brzozowo-grabowo-dębowej i część starych spróchniałych belek i desek z rozbiórki.

10 stycznia 2011

Zimowa wstrecza na jawie

Kolejna wstrecza ze Starymi Kobietami. Możliwa z okazji świąt i zimy, którą na wsi spędza się towarzysko i na luzie, grzejąc się przy piecu, zjadając ubite przed świętami kabany i popijając swojską naleweczką.
Opowieści były już bardziej zwyczajne, ale i tak dla mnie ciekawe. Choć jak zawsze nie nadążam kto, gdzie, z kim i kiedy.
Z dziwnej treści to dowiedziałam się, że Stare Kobiety mają często sny świadome, takie, że po obudzeniu nie wie się, czy czasem ten świat nie jest snem, a tamten śniony przed chwilą, jawą. Poza tym od zawsze zwracają uwagę na treść snów i wiele umieją zinterpretować właściwie.
- Kiedy śni się zmarły ojciec, to dobrze, na poprawę idzie. Kiedy matka, zawsze źle.
- Jak ktoś zmarły przyjdzie we śnie i coś zabierze, to może ktoś umrzeć albo będzie strata w dobytku i pieniędzy. Jak coś zostawi to dobrze, może być wyleczenie z choroby, spadek albo jakiś niespodziewany zarobek.
- Mnie raz śniło się - wspomniała jedna - że matka naszą świnię do Waśki z sąsiedniej wsi zawiozła, do knura. I niedługo z nią wróciła. Tylko, że ten Waśka już dawno wtedy nie żył. Potem nasza sąsiadka też swoją świnię zawiozła do tego Waśki, ale zostawiła ją u knura na noc. Miała pojechać po nią później. Ten sen przyszedł dla mnie w niedzielę. Tak, w niedzielę to było. Opowiedziałam mamie i ta od razu mówi: Łoj, coś bude! I nie minęło parę tygodni, jak ja wieczorem nasze świnie nakarmiła, rano do chlewa zachodzę, a kaban leży już zimny. Co ja się namęczyła, żeby go wyciągnąć, ponad sto kilo już miał! No, z sąsiadką jakoś się udało. Nasze chłopy w polu wtedy były. I znalazł się taki, co padlinę wziął dla psów, więc dobrze się skończyło, bo to lato było. Ale to nie koniec. Minęło znowu trochę czasu i u mojej sąsiadki świnia też padła. Ale dłużej to trwało. Złamała nogę w chlewie, i chociaż ją karmili i czekali, że może wydobrzeje, wdało się zakażenie i zdechła. Ich strata była większa, bo kaban już ze 300 kilo ważył. I tak sen się sprawdził co do joty.
Jeszcze jedno konstatuję z zadowoleniem. Moc naleweczki sprawiła, że Stare Kobiety przeszły gładko na swój ukraiński dialekt i wszelkie opowieści w nim się już tylko toczyły. A ja wsio rozumiała!
Choć mówić jeszcze nie umiem, to - jak orzekły Kobiety - niedługo na pewno zacznę.
Moje uszy przyzwyczaiły się już do wschodniej melodii zdań i wychwytuję każde słowo wyraźnie, i jego sens.
A na początku, rok temu, było trudno. Rozumiałam z mowy tutejszej pojedyncze wyrazy i z nich układałam sobie w głowie sens kombinowany, nie nadążając w ogóle za opowieścią.

Tak poza tym ciepło, wilgotno, mży, śnieg topnieje i woda ścieka po naszym urocznym wzgórku w dół, podjazdem ku bramie. Gusia tapla się w kałużach ochoczo. Kogut pieje. Mgła unosi się nad białą połacią pól. Kozi ząb wciąż dolega i żadne zaglądanie do pyska nie udało się. Zofija je skąpo, ale je, głównie siano, pije letnią wodę, bo zimna ją razi i czekamy na samoistną poprawę. Ekonomia rządzi losem większości zwierząt hodowlanych, to jest ich fatum. Na dowód, że żyje, nie słania się nawet i rokuje poprawę, bez szpikowania drogimi antybiotykami, które jej mleko zanieczyszczą na dłuższy czas, a dziecko skażą na sztuczne dokarmianie, zamieszczam zdjęcie zrobione przed godziną. Zofia przymierza się do świeżej wiązki siana.


Dzisiaj po popołudniowym karmieniu wypuściłyśmy wszystkie dzieci na wspólną przestrzeń w oborze, gdzie szybko stworzyły integrujące się przedszkole. Podskokom i szaleństwom zabawy nie było końca. Ponieważ koźlęta są niezwykle ruchliwe i żywe, to nie sposób im zrobić dobrego zdjęcia. Każde koźlę zmienia pozę pomiędzy naciśnięciem migawki, a rozbłyskiem lampy.
Kola robi za jeszcze jedną kozę, i za taką jest uważana przez młodzież.


A oto Jaśminka, śnieżna córcia Zofijki, w skrócie Jasia, poza maminym boksem, ukryta u mojego boku bacznie obserwuje resztę wyległej na zewnątrz dzieciarni.


Poniżej Zulus, rośnie już na maminym mleku, choć nie należy jeszcze do najsilniejszych w rankingu koźląt, ale rokuje nieźle.

8 stycznia 2011

Kozak, koń i kozi ząb

Świąteczna wizyta udana. Doszliśmy wszyscy jednomyślnie do wniosku, że jak pić samogonkę to jedynie słuchając rosyjskich ballad. No, to żeśmy sobie słuchali, gadali, słuchali, aż Aleksandr Rosenbaum przypomniawszy mnie się, łzy mi wycisnął na samo jeno wspomnienie ballady o kozaku i koniku złotogrzywym, jego duszy.
(Można podejrzeć pod adresem: "Zabolieło serce u mienia", albo w wersji koncertowej: tutaj oraz pieśń kozacza, bliska i z tej samej płyty).
- Normalne to nie jest. Że nawet, gdy tylko opowiadam o tej piosence łzawo się wzruszam - stwierdziłam i wszyscy natychmiast przytaknęli.
Ale to prawda, ja przy tej pieśni z-a-w-s-z-e rzęsiście płaczę. Właściwie wszystkie zwierzęta zabite w dziejach świata przez i dla człowieka wtedy opłakuję.
I nie będę o tym dyskutować. Tak jest i już.
I niech moje łzy zbawią ich dusze.

Poza tym nagle pojawił się problem. Który nie wiemy jak rozwiązać, więc robimy co możemy. Zofija prawdopodobnie złamała sobie ząb trzonowy (na krojonej marchwi), którego część nadal tkwi ruchomo w szczęce w pozycji poziomej. Do tego zakrztusiła się mocno kawałkiem marchewki i dość długo kasłała, odpluwała, dychała i rzęziła. Aż ją wziąwszy za nogi tylne potrząsałyśmy głową do dołu i opukiwałyśmy plecy, aby korek pomóc usunąć. W końcu, po kilku godzinach i kilku takich próbach udało się, odbeknęła mocno. Ale nic nie jadła i nie piła do południa następnego dnia, w końcu zjadła dwie michy ziarna, jak zawsze. I dziś znów stop. Widocznie połknąć to dla niej już nie jest problem, ale gdy jedzenie wraca ze żwacza do pyska, to przeżuwa je z trudem. Powitała nas rano leżąc i ze smutnym i poważnym wzrokiem. Ani pić ani jeść nie chciała. Wreszcie po południu skusiła się na garść tartej marchwi (gotowaną kaszę odrzuciła), wypiła sporą dawkę wody i zaczęła ostrożnie wybierać źdźbła z codziennej dawki siana.
Ma mleko, karmi małą bez problemów (Jaśmina jest białą iskierką czystej radości), ale wychudła już sporo i sama nie wiem jak się sprawa rozwinie. Mam nadzieję, że ząb w końcu wypadnie sam (nie dajemy rady nawet go zobaczyć, tkwi głęboko i jedynie widać na pysku pod skórą gulkę, która daje się wciskać palcem w głąb bezboleśnie) i Zosia wróci do jakiej takiej formy. Oczywiście będę ją już musiała specjalnie dokarmiać, żadnych twardych warzyw i suchego chleba, najlepiej śruta i tarte warzywa, jak dziecku. No, i ostra kuracja witaminowo-mineralna na dowapnienie kości, bo pewnikiem kolejna ciąża ją tak osłabiła. Ech, te białasy!

6 stycznia 2011

Świąteczna ruja

Dopiero teraz w nasz region zawitał zbiorowy nastrój świąteczny. W sklepach tłok i harmider. Światełka, choinki, powszechne życzenia Wesołych Świąt i te sprawy...
Na szczęście jeszcze moja podświadomość nie podlega lokalnej zbiorowości do końca, bo apetyt jakoś mam. Choć całkiem bezmyślnie zaordynowałam na dzisiejszy obiad smażoną rybę (filet jeszcze wigilijny), a Anię wzięło na gotowanie bigosu. Ot, zbieg okoliczności, tyle.
Rozsyłam zatem życzenia znajomym prawosławnym i myślę: Kurczę, a już mnie brało na dokończenie klejenia terakoty w kuchni! I znów nie wypada hałasować i ciąć piłą płytek ceramicznych. Świętujemy!
Przyszedł wreszcie obiecywany mróz. Śnieg trzeszczący pod nogami, w nocy migoczące gwiazdy na czystym niebie, w dzień ostre słońce. Nie wiem ile było, stawiam na jakieś 20 stopni, sądząc po tym, że już o 10 rano wolałam rozpalić w c.o., niż czekać, jak zazwyczaj do południa albo i dalej.
Koźlęta przeżyły noc bez problemu. Są silne i samodzielne. Zuzia ma już mleko, Ania jeszcze z upartej troskliwości dokarmia Zulusa raz-dwa razy dziennie, ale koźlak pije dość niechętnie i więcej, niż pół kubka nie daje rady połknąć. Trzyma w buzi to, co nalane i wypuszcza drugą stroną. Zdecydowanie tak jemu, jak i Jaśmince, która swobodnie wskakuje matce na głowę (Zofija w swoim boksie staje się aniołem spokoju!) ma się na życie. W dodatku od rana Misię wzięło na... amory i ekspresyjnie się beka. He! Dobrze, że kozły w zamrażarce, bo byłby dym.

5 stycznia 2011

Gulliwer naszych czasów

Od najwcześniejszych lat życia byłam molem książkowym. Dodam, wielkim molem książkowym. Kiedy inne dzieci sylabizowały A-l-a m-a k-o-t-a, jak już dawno przeczytałam elementarz od deski do deski i zapisałam się do szkolnej biblioteki. Jakież było moje rozczarowanie, gdy pani kazała mi wybierać książki spośród serii "Poczytaj mi mamo" i tym podobnych malowanek, a o poważniejszych pozycjach nie chciała nawet słyszeć.
Z pomocą przyszedł mi tata i zaczął zabierać mnie do biblioteki gminnej. Którą prowadzili wtedy jego zaprzyjaźnieni kresowiacy, a on też był wieeelkim molem książkowym i te wizyty były częste.
W ten sposób w ciągu pierwszej-drugiej-trzeciej klasy poznałam całą klasykę, dostępną mej dziecinnej inteligencji, lecz wcale nie dziecinną. Nigdy w życiu nie przeczytałam Kubusia Puchatka czy Dzieci z Bulerbyn, ale za to znałam na wyrywki "Robinsona Cruzoe", "Trylogię" Sienkiewicza, "Podróże Gulliwera", "Księgę Dżungli" czy "Lato leśnych ludzi".
Po wielu wielu latach uczestniczyłam w warsztatach reiki, urządzanych przez pewnego mistrza z Łodzi. Siedzieliśmy sobie tam w kręgu na podłodze przedszkolnej, bo rzecz działa się w przedszkolu i mistrzunio oznajmił, że w naszych pierwszych ulubionych w dzieciństwie i wielokrotnie czytanych książkach znajduje się klucz do naszego życia dorosłego, jego problemów, wyborów, celów, sukcesów i klęsk. Jako dzieci mamy intuicyjne przeczucie kim jesteśmy i w którą stronę chcemy się rozwijać. Wtedy pewna ponad 50-letnia kobieta zamyśliła się i lekko pobladła.
- Całe moje życie to poświęcanie się dla najbliższych i cierpienie w milczeniu. A teraz uzmysłowiłam sobie, że najbardziej w dzieciństwie uwielbiałam "Serce" Amicisa!

Nie podam wszystkich moich ukochanych tytułów, które zmieniały się w miarę rośnięcia oczywiście, ale zawsze były przeczytane co najmniej kilkakrotnie. Jednak po realizacji przeprowadzki na kresy, kilkuletniego życia w samotnej chatce na kolonii i zbudowania prawie od podstaw obejścia (w którym dominują kozy) i domu przy wsparciu Piętaszka, oraz samodzielnej pracy i życia w przyrodzie bardziej, niż wśród ludzi, czas na Gulliwera. Cóż on tam zacz znaczył?
Spośród jego licznych przygód, spośród których podróżowanie na latającej wyspie pośród super-uczonych zamieniających gówno w pyszne jedzenie (ech, autor musiał zajrzeć w nasze czasy) zrealizowało się także jako kilka lat obcowania z kosmitami (hehe) i innymi niewidzialnymi istotami, teraz nadszedł czas w moim życiu na konkluzję końcową książki, już po powrocie Gulliwera z krainy Houyhnhnmów (doskonałych koni). Co prawda do koni, jak i do krów nie zbliżę się nigdy bardziej, niż na kilka kroków, jednak dominuje we mnie nastrój Lemuelowy.
Jest to zmęczone obrzydzenie do ludzi i ich spraw. Które wcale się nie zmniejsza na wsi po ucieczce z Miasta, a wręcz przeciwnie.
Teraz najszczęśliwsza bywam w oborze albo w lesie, tak jak Gulliwer w swojej angielskiej stajni pośród koni.

Co prawda nie uczłowieczam zwierzaków, ani tym bardziej nie stawiam ich wyżej w hierarchii od siebie, jak to zrobił bohater Swifta, lecz męczą mnie ludzie nie mający pojęcia, że pies to pies, koń to koń, a koza to koza. A nie człowiek, czy jeszcze wyższa istota, czyli Najlepszy Przyjaciel Człowieka. Nawet, gdy dostanie imię.
Imię służy do przywoływania i kierowania.
Dawno temu Bóg stworzył Adama i pozwolił mu nazwać wszystkie żywe istoty na Ziemi. Tym sposobem uczynił go ich władcą i przekazał mu królestwo ziemskie w celu kierowania nim.
To cholernie trudny obowiązek, zwłaszcza, że władza wiąże się z rządzeniem narodzinami i śmiercią zwierząt i roślin (tak, one też są istotami żywymi i czującymi!). Polega też na panowaniu nad emocjami i odróżnianiu prawdziwej i światłej Miłości od ckliwych sentymentów i fałszywych przywiązań do cielesnych form.
Staram się wykonywać ten obowiązek uczciwie i prosto. Z Ramienia Najwyższego, które taki świat po coś stworzyło i nie mnie, jego zaledwie cząstce, z tym dyskutować. Tym bardziej krytykować. Nawet, gdy trzeba patrzeć prosto w oczy prawdzie, że ten świat makabryczny jest. Nie odmówię jednak sensu tej przyrodzonej makabrze, za głupia na to jestem i sama z niej zrodzona.
Jedno wiem, gdy trzymam się tych prostych praw i ról jestem szczęśliwa, syta i zdrowa, a wraz ze mną moi podopieczni.
Dlatego nie dam się wrobić w papierowe serce miejskich jahusów, dla których golonki wiszą na drzewach, mleko płynie co rano z kartonika w biało-czarne łaty, a kot czy pies jest jedyną istotą ziemskiej przyrody i najlepiej, gdy chodzi w butach i pali fajkę.

3 stycznia 2011

Oborowe życie

Dzień pod znakiem karmienia koźląt i dojenia matek, które mają za dużo mleka.
Jest tak: białaska Zofiji dostała na imię Jaśmina, bo nic innego od jasności nie przyszło nam do głowy. Co nieco dostaje mleka ze strzykawki, ale jest coraz lepiej i chyba już niedługo nie będzie musiała.
Mleko daje czasem Luba, czasem Gwiazda (mają jedynaki), czasem Kazia lub Dziunia (są rozdojone), a teraz zawzięłyśmy się jeszcze na Misię. Król ciągnie tylko z jednego strzyka, drugi nabrzmiał i robi się czerwony, trzeba doić, aby nie powstało zapalenie, do którego białe kozy mają genetyczną skłonność.
Ania wczoraj popracowała w oborze, przeniosła część kostek siana, magazynowanych w czwartym boksie, używanym zazwyczaj jako podręczna stodółka, do przejścia między boksami, a uwolnioną przestrzeń zabezpieczyła przed kozim apetytem płytami. Przeprowadziłyśmy tam Zofiję z małą. I to rozwiązało silne napięcie i agresję panujące w boksie białasek. Zofija z jej ADHD najlepiej czuje się sama. Od razu zrobiła się spokojniejsza, a jej dziecko tym bardziej. Także reszta kóz, czyli jej córka Misia i wnuczka Gwiazda poczuły się znacznie lepiej bez narwanej babuchy.
Niby głupia obora, głupie zwierzęta, każdy [w podtekście: głupi] chłop se poradzi, powie jakiś mądrala. Ale w rzeczywistości jest tak, że trzeba być zwierzęcym psychologiem i umieć nie tylko obserwować, ale i reagować i organizować życie zwierząt tak, aby było z korzyścią dla każdej sztuki. To jest tajemnicą tzw. "dobrej ręki" i tego, że u jednego rolnika hodowla świetnie się rozwija, a u drugiego prym wiodą ciągłe straty i kłopoty zdrowotne zestresowanych zwierzaków.
No, a Zulus dostąpił wizyty w domu. Gdzie w cieple kuchennym i przy dobrym świetle wypróbowałyśmy różne metody nauczenia go picia mleka w sposób najwygodniejszy i najszybszy dla nas i dla niego.
Pojenie go ze strzykawki jest stresujące dla maleństwa, bo może się zachłysnąć, nie ssie, raczej broni się i boi, niż chce pić. Choć z czasem robi się łatwiejsze i pije chętniej, gdy lęk mija i przeważa poczucie sytości potem.


Picie z kubka nie wchodzi w grę. Zanurzony pyszczek i nic, żadnego chłeptania.


Picie z butelki, to samo. Smoczek jest za duży, mały miętoli go w buzi i wcale nie ssie, a przy pierwszej okazji wypluwa agresora.
W końcu okazało się, że najlepiej mu idzie picie... łyżeczką.
I na tym stanęło.
Po powrocie do obory mały złapał za maminy cyc. To jest zawsze pierwsza reakcja każdego dziecka, gdy się czegoś wystraszy i zestresuje. Ssanie uspokaja.
Zuzia powoli zaczyna produkować więcej mleka, więc mam nadzieję, że to absorbujące zajęcie dokarmiania za jakiś czas się skończy lub ograniczy. Bo na razie karmimy go kilka razy dziennie, średnio co 2-3 godziny, i co najmniej raz po zachodzie słońca, ok. 18.


Pozostałe koźlęta mają się znakomicie. Kibuc kaziukowy bezproblemowy zupełnie. Niuńki pasjami uprawiają sport. Rozpędzają się, wpadają biegiem na ścianę, odbijają się od niej czterema nogami, robiąc zwrot i biegną z powrotem.

2 stycznia 2011

Awaria czyli pierwsze podsumowania

Wczorajszy dzień pełen był dramatycznych zwrotów do końca. Jego efektem jest: mocny samczyk Lubej, parka Kazi, samiczka Gwiazdy. Wykociły się zatem trzy kozy, jedna po drugiej. Wszystkie dzieci trzeba było odebrać, podstawić do nakarmienia przez matkę i zabrać łożysko, aby nie zostało zjedzone.
Koźląt jest teraz 9, jedno ubyło. Padł szaraczek Zofiji. Znowu przez naszą nieuwagę. Ta koza jest lekko poderwana i karmi z doskoku. Zwłaszcza pierwsze dni są trudne dla jej potomstwa, potem się normuje. Zbyt zaufałyśmy pierwszej konkluzji, że szaraczek jest silniejszy od bliźniaczej białaski i da sobie radę, a to raczej ją trzeba karmić. W rezultacie ona żyje, on nie.
Dokarmiamy zatem (mlekiem udojonym od Misi albo Dziuni) ową małą zosiuczkę (nie ma jeszcze imienia) i zuzinego Zulusa.


Zuzia jako młodziutka pierwiastka (przypomnę: ruja była półtora miesiąca wcześniej, niż co roku i najmłodsze kozy były młodsze, niż zwykle) ma słabo wykształcone wymię i niewiele mleka. Choć Zulus coś tam ciągle ciamka pracowicie, a Zuzia pozwala mu bez szemrania, więc pewnie sprawa jest na dobrej drodze. Jest też w dobrym nastroju i brzuszek mu się zaokrągla. Czasem udało się go podstawić Kazi albo Lubej do possania. Zaraz po porodzie nie odróżniały swoich dzieci od cudzych.
Pozostaje jeszcze Walentynka, współmieszkanka boksu Zuzi. Druga pereszadka. Jest na razie spokojna i ten stan może potrwać.
Trzeba zaglądać po zmroku do obory ze dwa razy, aby przy świetle latarki obudzić towarzystwo i sprawić, że jeszcze sobie podje od matek. Te wizyty odkryły nam przezabawny widok w boksie kaziuków. Otóż ani Kazia, ani Luba, które urodziły prawie jednocześnie nie odróżniają swoich dzieci od cudzych. Zatem karmią, co popadnie, bez żadnego buntu. Jedna Dziunia zna swoje Niuńki, ale Niuńkom też się podoba sępienie u ciotek. Koźlęta zatem od razu utworzyły swoją żłobkową wspólnotę. Po najedzeniu się pokładły się w jednym kąciku w wielkiej gromadce, grzejąc się nawzajem od siebie.


- Jak w żydowskim kibucu. Wsio rawno! - żartuję sobie. Kozy matki ułożyły się spokojnie w innych osobnych miejscach.
Inaczej jest w boksie zosiuków. Tam każda matka leży przy swoim dziecku w innym kącie zagrodzenia. Co rasa to obyczaj zatem.

Poza tym wieczór zastał nas przy świecy.
Wiatr dokonał przed południem poważniejszej awarii prądu, która trwała aż do dzisiejszego rana.
Z tej okazji nasza instalacja c.o. przeszła egzamin i sprawdziła się. Majster, mimo wspomagającej pompki na prąd zamontował rury starym sposobem, grawitacyjnym, czyli z lekkim spadkiem do kaloryfera. Jak do tej pory nie było okazji sprawdzić czy to działa. Ale teraz już wiem. Działa bez zarzutu i nie trzeba było wygaszać pieca. Doszedł bez problemu do 70 stopni i tak trzymał przez kilka godzin.
Niestety zaś instalacja wodna wykazała mankamenty. Hydrofor od jakiegoś czasu utracił stosowne ciśnienie wewnętrzne i trzeba go "napompować". Majster obiecuje wpaść już od wielu tygodni w tej sprawie, ale zawsze ma coś ważniejszego do załatwienia. W rezultacie, gdy brak prądu - woda w kranie zaraz przestaje lecieć. A powinien być zapas około 2 wiader.
Niby mamy już łącze państwowe, ale zawór w piwnicy nie ma jeszcze kranu.

Wieczorem także nagle wrócił mi apetyt. Znaczy, już po święcie i ludziskom rozum wraca. Przyrządziłam zatem "frytki po podlasku", czyli cienko krojone w plastry ziemniaki zapiekane ze słoninką w ścianówce na blaszce. Mniam!

Zapas na dzisiejszy ranek wody wynosił jedno wiadro dla kóz i pół czajnika na kawę.
Wodę prawie całą wypiła jedna Zofija. Kozy karmiące o wiele więcej piją, niż zwykle.
Nie starczyło nawet dla Gusi, która smętnie dreptała po labiryncie tuneli na podwórzu i niechętnie spoglądała na swoją miseczkę z karmą. Bez popicia nie liczy się.
I wtedy zawołała pani Wiera zza swojego płota.
- Pani Aniu! Pani Aniu!
- Słucham? - Ania wychyliła się z obory. (Ja w tym czasie uprawiałam sport zimowy, czyli szuflowanie na podjeździe).
- Nie macie wody, to ja wam stawiam wiadro z wodą tu przy bramie. Weźcie sobie, ło!
No, i tak się sprawa rozwiązała. Nie ma to jak zwykła studnia w potrzebie i wierny żuraw. No, i życzliwa sąsiadka.
Gorzej było z zaparzeniem kawy, bo dziwnym zbiegiem okoliczności akurat gaz wyszedł z butli i trzeba kupić nową w punkcie wymiany w miasteczku. Resztkę wody przelałam zatem z czajnika elektrycznego do zwykłego, podpaliłam pod płytą trochę gazet i patyków i woda zawrzała szybciutko. Ot, tak się sprawdza nowoczesność w domu i zagrodzie. Zdecydowanie jednak lepiej, gdy ma zaplecze tradycyjne w razie awarii.

1 stycznia 2011

Noworoczny przychód

Zerwał się dość silny wiatr z południa, niosący odwilż. Śnieg robi się ciężki. Ania zgarnia co może z daszków nad drewnem i z tunelu foliowego.
Z Nowym Rokiem przywitał nas rano jeszcze mały Bartosz, koźlak Lubej. Mocny w sobie, krępy, silny, uparty, mocno stojący od początku na nogach, czarno-ciemnobrązowy. Piękny zdrowy kaziuczek.
Ania poczekała na łożysko, podstawiła młodego do cyca i tak oto przedszkole wynosi już 7 dzieciaków. A to jeszcze nie koniec.
Kazia zaraz po śniadaniu podniosła ogonek i zaczęła wydzielać z siebie matczyne dźwięki. Ona jedna potrafi rozmawiać ze swoimi jeszcze nienarodzonymi, robi tak co roku. No, to wypada wypatrywać.
Okazało się także, że Zuziowa Zula jest... Zulusem. Rozkład płci na razie jest 3x4 z przewagą męską.