13 lipca 2010

Koza i tygrys czyli koniec lekkomyślności

Wzbierający wczoraj koszmarnie upał nie dał rady przekroczyć Urocznego Lasu znajdującego się pomiędzy naszą a sąsiednią wsią. Z jasnego nieba przy maks napiętej temperaturze (nie wiem jakiej, bo wciąż żal mi przywiesić badziewny termometr na nowej szalówce chaty) spadł dokładnie nad nim piorun i po trzech minutach lało jak z cebra. Ledwiem kozy zdołała wypuścić z sadowej zagrody, a one już pognały kołyszącym galopkiem do obory, same wpadły do swoich boksów i nieomal zamknęły za sobą furtki.
Deszcz uzupełnił znakomicie zapasy wody w beczce i wiadrach, używanej do podlewania.
Zmoczył też niziutki zielony owies, który tak jakoś ledwie się ma, choć ładnie się wykłosił. Przydałoby się zdjęcia zrobić, bo na jednym polu klasy V widać doskonale różnicę we wzroście zboża. W miejscach, gdzie wiosną rozrzucony był obornik owies jest o wiele bujniejszy, gęściejszy i wyższy, niż tam, gdzie nie starczyło błogosławionej produkcji ubocznej naszych kóz i kur. To mogłaby być lekcja poglądowa dla tych wegetariańskich rolników, którzy nie chcą zwierząt hodować, a tylko siać i żąć. I pewnie sztucznym proszkiem sypać swoje roślinki, aby je do gąbki potem włożyć.

Kozy wyszły późnym popołudniem i pobiegły z ochotą na ugór. Dawno już tam nie były, zatem ja też nie. Dzika trawa już zrudziała w większości, choć i tak wygląda lepiej, niż w zeszłym roku o tej porze (przystrzyganie kozimi zębami w tym zapewne pomogło), ruszyły bujnie samosiejki brzóz, czeremchy i pigwy, więc zwierzęta były w siódmym niebie. Jest co pożerać.
W sumie ten kawałek ziemi nie dał się nijak zakwalifikować urzędowo z racji nieprzerabialnych różnic w ewidencji (o absurdach w przepisach rolnych nie chce mi się teraz gadać, ale ten przepis akurat jest kosmiczny) i stanowi przestrzeń całkowitej do-wolności. Może nadać się np. pod miejsce na namiot dla letników chętnych doznać nocnego spotkania z dzikiem albo moimi kotami, które tam pasjami polują...
Często sobie myślę, pasąc kozy i słuchając charakterystycznego chrzęstu ich szczęk gryzących zielone, że gdyby móc widzieć emocje i reakcje roślin, to kozę dałoby się w momencie żerowania porównać chyba jedynie do tygrysa pochłaniającego ofiarę. W chińskiej Księdze Przemian oba zwierzęta, i koza i tygrys przynależą do jednego heksagramu "Radość", który opisuje i zabawę i śmierć, czyli nieuchronny koniec lekkomyślności. Koza reprezentuje początek radości, a tygrys jej schyłek.

W momencie tego radosnego żerowania rozległ się nagle z okolic leśno-przydomowych wielki krzyk kur. Zanim zmobilizowałam obronę w postaci psów, wylegujących się ostatnio leniwie w chłodnym domu i stada kóz, które poderwane hałasem całym stadem ruszyły na chałupę, akt się dokonał...
W tym momencie stadko starszaków zmniejszyło się o jednego kogutka... Nawet piórka z niego nie zostały.

4 komentarze:

  1. @Ewa
    Sam bym tak nie chciał gospodarować bez zwierząt, ale są tacy, co ponoć sobie radzą - i bez proszków i bez zwierząt.
    http://en.wikipedia.org/wiki/Vegan_organic_gardening
    http://www.veganorganic.net/
    Pewnie nie ze wszystkim tak się da, ale dla niektórych to działa i im się opłaca.

    Współczuję kogutka - mniej rosołów będzie :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Pewnikiem był to jastrząb. Tu zawsze jakiś procent kur idzie na ofiarę dla bogów Lasu. Trzeba mieć zawsze na uwadze i pewien procent więcej hodować.

    Wojtku, czy taki wegański ogród, karmiący w każdym roku i bezpieczny od różnych pogodowych przypadłości tak, że właściciele nie musza oabwiać się nigdy głodu istnieje już w Polsce? Bo gdziekolwiek indziej jest inaczej.

    OdpowiedzUsuń
  3. W Polsce takiego tworu nie widziałem jeszcze. IMO bez zwierząt jest "niebezpieczniej", bo przecież może być rok bez lata (jak np. 1816). Do przymrozków w końcu czerwca mało jaka roślina jest przystosowana. No a zwierzęta mogą jeść trawę, która na mróz jest dość odporna.

    OdpowiedzUsuń