26 sierpnia 2010

Władza i lud

Wczoraj władza zjechała na wioskę. Dyskusja odbyła się u stóp Góry, na asfalcie, w gronie sąsiadów, którzy się zeszli i władzę szczelnie otoczyli. Przydreptała także ciekawska Gusia, która na szczęście dzioba nie otworzyła w dyskusji, jedynie pilnie obserwując wójta i jego świtę.
No, i co tu dużo gadać. Projekt rzecz święta, ma pieczęcie zatwierdzające i umieszczony został na prawomocnej mapie. Nikt już nic nie wskóra. A można było inaczej, oszczędniej i lepiej dla mieszkańców, puścić wodociąg drogą szutrową, a nie asfaltową, która biegnie skrótem od sąsiedniej wsi, z której rurę ciągną, a przy okazji zaopatrzyłaby nas bliżej w wodę, bez konieczności rycia w ziemi 50-metrowego rowu. Inni mają gorzej... Pani Marusia ma 100 metrów do przyłącza, i Pioter do swojej chaty blisko 80. Powiedzmy-Sławko nie chce wodociągu, woli studnię, ale gdyby zechciał, to byłby jeszcze większy kłopot... Władza ustami wieloma wyłuszczyła, że ma być jak jest i kropka. Staruszkowie muszą sobie sami radzić.
Inną kwestią jest koszt kopania rowu pod rurę. Firma, która to robi z ramienia gminy bierze kosmiczne pieniądze, 50 zł za metr. Przeliczcie sobie ile musiałaby ze swojej renty odłożyć pani Marusia i jej 80-letni mąż, mając 100 metrów do przeciągnięcia.
Szukamy zatem tańszej kopary i już są pewne widoki.
Na razie nie spieszymy się, bo kopania połączymy z zakładaniem oczyszczalni ścieków.

Dzisiaj niespodzianka dla wszystkich, którzy poszli chleb kupić do sklepu na kółkach. Zajeżdża takowy co 2 dni ok. 11 godziny. Mianowicie chleb zdrożał o 30 groszy. Zboże na mąkę dla piekarni podrożało ponoć 60%, tymczasem jak wiemy kwintal żyta u chłopa można dostać za 40-60 zł, niewiele drożej, niż w zeszłym roku.
- Nu, szczo, budem kartofle jeść, a na szczo nam chleb! - rzekła sąsiadka.

24 sierpnia 2010

Późne lato

Zrobiłam obchód włości, z Kicią, Kolą, kozami i Gusią, drepczącą uparcie krok w krok za naszą gromadką, nie zważającą na trudy przedzierania się niezgrabnymi łapkami przez rżysko, chaszcze i wysokie trawsko. Trawa na ugorze wyschła dokumentnie, ale zielone liście zakrzaczeń są ciągle atrakcją dla kóz. Czeremcha już owocuje, choć kiście nie są jeszcze w pełni czarne, a owoce słodkie. Trzeba będzie zerwać je już niedługo na świąteczną nalewkę.
W sadzie pełno spadów. Kozy nie nadążają uprzątać. Pozwalamy zbierać je ludziom ze wsi i sąsiadom, przyzwyczajonym od lat, że sad był długo bezpański, a zatem jakby wspólny. W zamian jednak dostajemy warzywa z ogródka, które u nas nie wyrosły (cukinię, ogórki, koper, marchew, buraczki), a nawet masło własnej roboty.
Same robimy codziennie świeży kompot bez cukru, świetny dla zgaszenia pragnienia. Resztki zjadają zwierzęta. Próbny cydr w 5-litrowym gąsiorku nabiera mocy, kwas już dawno został wypity. Niektóre jabłka są już w miarę dojrzałe w smaku i te pokrojone na cząstki zaczynamy suszyć na kuchni.
Wypróbowałam przepis na twarożek podpuszczkowy, który na koniec miksuje się ze śmietanką albo masłem oraz dodatkami ziołowymi. Wyszło tego dość sporo, więc przygotowałam trzy rodzaje, z nacią pietruszki i solą, z pieprzem czarnym mielonym i solą i śmietankowy do użycia na słodko z miodem albo konfiturą. Spore śniadaniowe urozmaicenie po zwykłych twarożkach z kwaśnego mleka, serach miękkich i dojrzałych maziowych, no, i żółtych rozmaitych.

23 sierpnia 2010

Kruk i woda

No, i przeleciał nade mną wczoraj kruk, kierując się od miasteczka ku polom. No, i wykrakałam, że jakiś urząd od dołków kopania zwrócił na nas oko. Dziś rano nawet żem dwóch kóz nie wydoiła, gdy zajechała na nasze wiejskie "rondo" przed bramą (przy którym mieszkamy my i dwoje sąsiadów, a po drugiej stronie wznosi się Góra) kopara z przyczepą, a na niej potrzebne narzędzia, rury i trzech pracowników. Ciągną wodę. I zaczęli od nas, jako pierwszych. Mamy zagwozdkę. Ciągnąć rury (już na własny koszt) od bramy do domu 45 metrów, po drodze przebijając się przez instalację studzienną własną i ryzykując jej uszkodzenie, czy ciągnąć jedynie 10 metrów do starego spichlerzyka, gdzie stanęłaby studzienka pomocna w razie awarii, lecz niekoniecznie czynna w zimie. Rzecz w tym, że na razie woda z abisynki jest, ale zawsze może się zanieczyścić, zamulić owa rura studzienna i nigdy nie wiadomo kiedy coś takiego się wydarzy. Zatem ryzykować, płacić i kopać, czy na spokojnie czekać rozwoju wydarzeń.

21 sierpnia 2010

Pustynia w lesie

Pomalowałam roztworem wapna i wody graby w koziej zagrodzie. Trzeba było, bo wiosenne malowanie ochronne przyblakło i miejscami kozuchy zaczęły się dobierać do kory. A nie chciałabym stracić tych drzew. Uwielbiam je. Lasy grabowe robią niezwykłe i egzotyczne wrażenie, jakby z tolkienowskiego snu.
Coraz ich mniej. W sąsiedniej gminie, gdzie zdarzają się jeszcze grabiny leśnictwo wycina je na potęgę. Drewno grabowe jest cenne jako opał i gra rolę w nowoczesnych systemach opałowych opartych o najlepsze gatunki drzew. A takie "ekologiczne" systemy ogrzewania zamontowali sobie najbogatsi i ludzie u władzy. Jadąc na Grabarkę "podziwiałam" kilka nowych gniazd, tj. wyjebanych chamsko (przepraszam za słownictwo) ogromnych polan w lesie i wielką nieobecność najpiękniejszych okazów grabów, dębów i brzóz.
Zresztą, co tu dużo mówić. Od trzech dni trwa taka wycinka gdzieś blisko naszej wioski. Od rana do nocy słychać z lasu warkot piły, pokrzykiwania drwali i co kilkanaście minut wielki ostatni jęk powalanego drzewa.
Z faktów przez nas stwierdzonych podczas budowy: w hajnowskiem legendarna zasobność w drzewostan to pokutujące dawne przekonanie, przeżytek nie mający pokrycia w rzeczywistości. Drewno jest tu na tartakach słabe, młode, cięte w lecie, i drogie. Droższe, niż w zachodniej Polsce!
Pamiętam opowieść sąsiada z Dąbrowy, starego już człowieka.
- Boże, ile tu kiedyś ptasząt gniazdowało i kląskało rozmaicie! Teraz łyse polany, drzewa jednorodne, nie ma dzikich jabłoni, pszczoła nie ma gdzie usiąść. Rżną jak zbóje jacyś. Jak żyję to, co teraz się w lesie wyprawia to działo się zaraz po wojnie. Cięli wtedy na potęgę, ale człowiekowi nie było żal, bo kraj się odbudowywał, Warszawę trzeba było na nowo postawić. Ale teraz? Gdzie to, na Boga idzie? Całe szczęście, że nie dożyję tego, jak tu pustynia zostanie...

20 sierpnia 2010

Dziś

Ania przykleiła płytki terakotowe na ganku. A ja to co zwykle plus prasowanie (praca firmowa).

19 sierpnia 2010

Grabarka for ever


Gorączka spasowa okazała się jednak silniejsza od obowiązków. Porzuciłyśmy pracę i pojechałyśmy na Liturgię poranną o 10 godzinie. Po raz pierwszy odbyłam całkowitą prawosławną mszę, od a do z. A to nie byle jakie osiągnięcie z punktu widzenia katolika i do tego niepraktykującego. Na szczęście wytrenowana jestem w wielogodzinnych medytacjach i rozmyślaniach w jednej pozycji i nie był to dla mnie żaden szok czy utrudnienie, bo stać trzeba było bite 3 godziny.


Oczywiście ludzi pełno, dostałam się jedynie w pobliże cerkwi, w cień krzyży i wysokich pochylonych wiatrami sosen. Niemniej i tak wrażenie było spore. Zwłaszcza podczas wspólnych modlitw w nieznanej mi melodyce i ledwie zrozumiałej mowie starocerkiewnej oraz podczas czytania Ewangelii po grecku. W głowie coś mi się zachwiało, nie wiem czy to powroty zaburzeń błędnika z dzieciństwa, czy może jakieś energie zaszumiały. W każdym razie nieustanny śpiew chóru: Sława tiebie Gospodi i Gospodi, pomiłuj i Amin wprawiły mnie w przyjemną baczność na każdym poziomie czakr, od stóp do samego księżyca.
Potem zeszłyśmy, żegnane ostatnią pieśnią Mnogaja lieta i umoczyłyśmy ręce w strudze świętej wody, płynącej u stóp Góry, w towarzystwie ludzi nacierających nią sobie chore nogi, kolana, ręce, oczy chusteczkami, które potem zostawiają zawieszone na gałęziach pobliskich krzaków do zebrania i spalenia w specjalny sposób przez mniszki. Przetarłam sobie czoło, zwłaszcza punkt nad nosem, czerwony od wielu dni tak, że zaczęłam podejrzewać siebie o marsowe czoło. Ból, który poczułam wchodząc na Górę ustąpił i już nie wrócił.
U stóp Góry rozciągnęły się jarmarczne stragany, z niezliczonymi obarzankami, lizakami, lodami tradycyjnymi i włoskimi, balonami, pistoletami na kapiszony, kasetami i płytami z muzyką ukraińską, hitem za wschodnią granicą: elektrycznymi rakietami tenisowymi na muchy i komary, kapeluszami kowbojskimi, a nawet garnkami i talerzami. Oto było i sacrum i profanum, jak Pan Bóg przykazał.


A potem dzień jak co dzień. Praca, robienie sera, gotowanie obiadu i karmy dla zwierząt, palenie pod kuchnią, zmywanie oraz karmienie głodnych istot z obejścia.

18 sierpnia 2010

Spas

Pogoda siadła, w nocy trochę padało. Ale zdążyłam pomalować okna i wyschły przed ulewą. Pozamiatałam potem poddasze z trocin i resztek wełny, usiadłam na stołeczku i próbowałam je umeblować w wyobraźni. W gruncie rzeczy jest to jedno duże pomieszczenie, duża sala, której zagracać nie mam zamiaru. Chcę zachować tę przestrzeń. Może do jakichś spotkań, zebrań, grupowych roztrząsań rzeczywistości? Wizja pozostaje niejasna, jednak intuicja zawsze mnie prowadzi tam, gdzie jest jakaś brama w przyszłości. I tak to wyczuwam teraz.
Dziś dość chłodno i pochmurno, jednak kozy nie narzekają. Przełamując ból głowy i niżową senność zabrałam się do pracy firmowej.
Złe samopoczucie i właśnie ta podła pogoda zdecydowały, że nie jedziemy dzisiaj na doroczne święto Spasa na Grabarce. Zniechęcają mnie walące tam tłumy Miastowych, co roku większe. Ale pamiętam zawsze i będę pamiętać, ten ludowy harmider, jarmark, sprzedające święte precjoza mniszki prawosławne z Polski i Białorusi, śpiewy przychodzących z drogi pielgrzymek, ich uroczyste wchodzenie na Górę i powitania, kolejkę do biskupa po święte oleje i błogosławieństwo, przepiękne śpiewy cerkiewnego chóru z Białegostoku, liturgię, świece rozpalające świętą górę w nocy jak wielkie ognisko światła, pobożność prostych ludzi zgromadzonych ściśle wokół, wspieranych przez krzyże wotywne postawione przez przodków i nieobecnych. Mam to teraz w sobie i karmię się tym wewnętrznym kontaktem i pamiętanym obrazem, i sercem jestem razem ze wszystkimi szczerze modlącymi się tam do Chrystusa dzisiejszej nocy.

www.cerkiew.pl jutro: transmisja z Grabarki
19 sierpnia o godz. 10 na TVP 2 rozpocznie się transmisja fragmentów świątecznej Liturgii na św. górze Grabarce. Nabożeństwu będzie przewodniczyć patriarcha konstantynopolitański Bartłomiej.

a dla wszystkich, którzy daleko stąd zdjęcia z poprzedniego roku zalezione w necie

17 sierpnia 2010

Tak nie tak

No, to są już deski na pokrycie ścian poddasza. W porządnym drugim gatunku.
Wciąż maluję okna.
I dziwne spotkanie prawie IV stopnia z Bezimienną Przelotną Turystką, przyniesioną równie bezimienną falą niosącą miastowych na wieś.
Świat się zmienia, a ja nie akceptuję tej zmiany. Nie widzę w niej nic dobrego. Chyba tylko to, że zjawisko owo, ingerencji globalności w indywidualne życie, wstrząsa świadomością i sercem jak mało co. I w człowieku coś krzyczy: NIE! NIE! NIE! To nie tak ma być!

16 sierpnia 2010

Wąż i sławojka

Ponieważ jestem człowiekiem zmęczonym Miastem i przede wszystkim ludźmi Miastowymi, kusi mnie z przekory wobec nich napisać pean ku czci sławojki. I bogato zilustrować go zdjęciami z natury. Jak na razie brak mi na to czasu, ot, pomysł.
Niemniej coś tam powiem od siebie.
Bawi mnie wstrząs Miastowego po wizycie w drewnianym wychodku.
Jest tam zwyczajnie wedle jego kanonów piękna rodem z reklam - brudno.
Lecz po co zamiatać i zdzierać liczne girlandy pajęczyn, wiszących w kątach, rogach i pod daszkiem? To przecież sprzymierzeńcy w walce o komfort tego miejsca, tj. policja anty-musza i anty-owadzia.
Odór bywa względny i zależy od pory dnia (najsilniej czadzi wczesnym ranem) i pogody (gdy wilgotno i deszczowo). W ciągu dnia i wieczorem przeważnie wcale go nie ma. Jest jednak całkowicie naturalny i pomóc w odnalezieniu spokoju może myśl, że świadczy o pozytywnej transformacji materii i karmionej obfitością ziemi.
Razi mnie nieumiejętność korzystania Miastowego z drewnianego siedziska. Myślę nawet, że przed wizytami Miastowych będę musiała ilustrowaną instrukcję obługi wywiesić po wewnętrznej stronie drzwi sławojki (dla kobiet) i na ścianie naprzeciw (dla mężczyzn). Przeważnie bowiem po takiej wizycie muszę deski szorować, bo są zalane przez kogoś, kto się ich brzydząc nie umiał porządnie usiąść, albo wręcz wlazł na nie nogami. W takim wypadku nie rozumiem tego zamykania się w drewnianym domku, zamiast zwyczajnie i wygodnie załatwić swoją potrzebę w leśnych krzakach.
Nie chcę się tu specjalnie rozwodzić nad kwestią różnic między mężczyznami i kobietami, które są, w paskudzeniu sławojki. Panom jednak szczerze polecam sikanie pod drzewem raczej, niż do dziury wyciętej w deskach. Zdecydowanie w nią nie trafiają. Trzeba być wychowanym na wsi, aby wiedzieć, że względy czystości i dobrego współżycia z innymi wymagają jednakowo od kobiet i mężczyzn siadania przy korzystaniu z wychodka. Wtedy ów wstydliwy problem nie psuje nikomu humoru, ani nie moczy niespodziewanie pupy drugiej osobie. Która nie jest nikim anonimowym i nieznanym, jak w Mieście.
Na koniec dodam, ku uwadze przegiętych miastowych umysłów i nawyków super-czystości, że drewno, o ile nie jest zabrudzone przez takich "chigienistów" jak wyżej opisani, samoistnie zachowuje równowagę bakteriologiczną i jest z pewnością bardziej sterylne, niż wypucowane domestosem białe trony w miejskich łazienkach.

Sławojka ma jeszcze jeden zasadniczy urok. Można w niej siedząc uczestniczyć w życiu wszechświata.
W nocy wystarczy otworzyć szeroko drzwi, aby kontemplować gwiazdy i księżyc na niebie, albo bezpiecznie przyglądać się burzy.
Jest to także niezwykła sprawa w kontakcie ze zwierzętami domowymi. Przeważnie są one zafascynowane sławojką i tym, kto w niej się znajduje.
Przyjmuję w niej wszystkie koty, zaglądają do niej kozy, a także kury i gęś.
Gusia na przykład przez baczną obserwację rozpracowała tajemnicę otwierania szeroko drzwi. I już kilka razy zastałam ją w środku, walczącą zajadle z... rolką papieru toaletowego.
Bo niewiedzącym warto może objaśnić, że gęsi są wielkimi wrogami węży. Każdy długi kształt, czy to szlauch, lina, postronek, wstążka, szarfa czy nawet obierki z jabłek są w oczach gęsi obrazem diabelskim. Jeśli ów wąż leży na jej drodze (np. szlauch) Gusia staje i zamiera przed nim, i za żadne skarby świata nie przekroczy zaklętej linii. Jeśli Ania ubierze się w spodnie z frędzlami staje się od razu przedmiotem wściekłych ataków, syczenia i wrzaskliwych ostrzeżeń na całą wieś ze strony rozhisteryzowanego ptaka. Który z miejsca jej nie poznaje i traktuje jak wroga numer 1.
No, więc stąd pochodzi owa fascynacja naszej gusieńki sławojką i papierem toaletowym.
Właśnie przed chwilą wygnałam ją stamtąd po raz któryś z rzędu. Odeszła z godnością krętą ścieżeczką wśród śliw wiodącą od sławojki do domu. Zostawiając za sobą zielony ślad na deskach.
Który pracowicie wyczyściłam, acz bez żadnej bezsilnej złości, jaką bywa, że czuję po takich wizytach ludzi Miastowych...
Inną, równie fascynującą dla tego gatunku wężową linią jest... ścieżka, droga. Z lubością poruszają się utartymi szlakami wzdłuż nich, a droga wciąga je w swoją głąb bez końca, jak zaczarowane. Moje gęsie stado potrafiło maszerować drogą szutrową od naszej chaty do sąsiadów nawet kilkaset metrów, pogęgując do siebie bez najmniejszego niepokoju. Niczym innym nie wabione, tylko tą głębią przepastną uporządkowanej przestrzeni i gęsim instynktem bezpiecznej podróży.

15 sierpnia 2010

Chwila poezji

Adam z Kresowej wyruszył na Kuchary. W drodze napisał poemat, który niniejszym we fragmencie zamieszczam. By dać upust nastrojom wspomnieniowym z tego dziwnego lata.

NACZEREMCHĘ

Gdzie ludzie
myślą
melodią
skąd jadę
przybywam podążam
splątane ludzkie losy
kosy kosy kosy

Na werandzie
Pani Wiera
między nami palinka
tort słoninka
ma swoje lata
kogo wyswata
ten wygrał

Z nocą zaczęła śpiewać
tutaj to znają
od zawsze
w melodii słów
jest śpiew

Kogut
młody
uczy się piać
chodzi
i kuku
kukury
je
ech
i wdech
i jedzie

Czy będzie z niego Majls
podwórkowy Majls
czy nic
poza pianiem
nie pozna?

Weranda
nie trzeba gadać o magii
jak kiedyś
po prostu

Wyruszasz
w zasłyszaną melodię
w te pędy
[...]
Kozy
dwa koziołki
co za dzień
chcą kryć
całe stadko
świruje
na jedno kopyto
ołje

Stąd jadę
pomiędzy światy
do Kuchar

Wreszcie
spotkać się
ze swym odbiciem
tu i teraz

Tymczasem
rozśpiewane Podlasie
rozpływa pieśnią
ludzką biedę

Kozi ser
w twej torbie
myśli przebojów

Słowa
układają się
w deszcz

Jeśli coś z tego będzie
jeśli tylko ktoś przybędzie
myślisz rymami
nie melodiami

Jeszcze
nie poznałeś
swych słów

Koguciku
wciąż próbuj

Próbuj do skutku
bez smutków

Przy pełni księżyca
deszcze padały
Ewcia i Ania
nie nie
wcale nie
ołje

Był tam koncert Dikandy
w Czeremszy
dzikie baby
tam tam grały
sam żywioł

Ludzie stąd
to nie dla nich
oni melodią
myślą
własną

Ale Dikanda
poszła najdalej
w swym szale
[...]
W nocy grała Dikanda
ale następnej nocy
grała już tylko weranda
i która gdzie
była lepsza
kto wie?
[...]
A i jeszcze było
aceleri bomba
aceleri bomba
bomba

Że z Węgier
blisko Serbii
śpiewali z wszystkimi

Jeszcze dzień przed Dikandą

Splątane ludzkie losy
rozmawiałem na ławce z jednym dziadkiem
przed domem
przyszła sąsiadka
z własnym stołkiem
i nawijka
[...]
I jeszcze jeden koncert
Czeremszyna
Kupala rozkupala
uuuuuuuuuuuuu

Nawet w czasie prób
tańczyli ci
co chcieli
akurat teraz
popłynąć

Gdzie indziej
jak tu
inaczej

Zabiorę tę podróż
ze sobą
Arystokratyczne kurki
o zielonych łapkach
wcinają proso

Dwa psy
Miłka i Kola
ganiają patyki
Ewcia i Ania
w obejściu
co robią?
tutaj zwie się to obrządkiem
prawdziwym
nie magicznym
po prostu

Nie ma potrzeby
rozmawiać o proroctwach

Że Armagedon
za rok albo dwa
salwy manipulacji
to się dzieje
ale po co
mówić o tym
kto wie

Trzeba
załomotać
w drzwi percepcji

Jak wszyscy
powiedzą nie
ziści się

[...]
Szept śmiechu swaty
ziści się
my tutaj braty
ziści się
kto czego chce
ten wie
[...]
Już teraz
tu i teraz
jest

Jest a nie bądź
ła godny bądź
ołje

Ku ku ku
ry ku

Teraz jest

Z czasem staję się coraz bardziej naiwny
czy to dobrze
czy to źle
kto wie?

27.VII.2010
Adam Sieroń

14 sierpnia 2010

Moje kurki

Kurczaki rosną. Z biegiem czasu zdobywam nowe doświadczenie. Nigdy dotąd nie miałam do czynienia z rasą zielonych nóżek. Teraz mam i jest to zabawne, ciekawe, zaskakujące.
Te kurki różnią się nie tylko wyglądem od dotąd mi znanych zwykłych kur gospodarskich (karmazyny itp.).
Są płochliwsze, niż tamte, lecz z drugiej strony ufniejsze od tamtych. Czyli najpierw uciekają, potem myślą gdzie i po co. A karmiącej je właścicielce włażą na stół i krzesło i dają się nawet wziąć do ręki.
Problemem jest zrobienie im zdjęcia. Na widok aparatu przyłożonego do twarzy uciekają w wielkiej panice.
W stadzie mają hierarchię, opartą na agresywnych przepychankach siłowych. Kogutki już w wieku kilku tygodni zaczynają piać i robią to tak, że można boki zrywać ze śmiechu. Nigdy nie słyszałam pocieszniejszego koguciego śpiewu. Pieją inaczej, niż koguty z innych ras.
Są lekkie i lotne. Lubią wysiadywać na gałęziach drzew lub na płocie, jak na grzędach.



Na gałęzi było ich oczywiście więcej, ale zanim nacisnęłam spust aparatu zostały już tylko dwie. Po zrobieniu zdjęcia nie było już tam żadnego kurczaka.

13 sierpnia 2010

Sposobem

Znów upalnie. W nocy przeszła jedynie krótka sucha burza. Sucha, znaczy bez deszczu, tylko grzmiało i błyskało się.
Suche burze to ponoć zjawisko afrykańskie, lecz także są czymś częstym w pobliskim regionie nad rzeczką Orlą. Opowiadano mi, że od lat są przyczyną wielu pożarów na tamtejszych wsiach. Nikt nie wie, czemu akurat ulubiły sobie tamten teren.
No, a teraz jak widzę i słyszę, zaczynamy mieć owo cudo i u nas.

Upały źle także wpływają na serowarzenie. Narzeka na nie znajomy koziarz i serowar-hobbysta. Mówi, że sery mu kwaśnieją. I ja miałam pewne kłopoty i trochę trwało, zanim nauczyłam się pracować z mlekiem w taki gorąc.
Mianowicie zostawiam mleko z wieczornego udoju w piwniczce albo na tarasie, jeśli noc jest chłodna (a robią się już chłodniejsze). Rano dodaję to z porannego udoju, mieszam oba i zostawiam na 1,5-2 godziny, aby dojrzało. Nie dodaję zakwasu, bo mleko wieczorne jest już rozbuchane kwasowo, choć jeszcze tego nie czuć w smaku. I po dodaniu podpuszczki odczekuję tylko 5-10 minut, aż utworzy gęstwę. Otóż dłuższe czekanie (według przepisu ok. pół godziny), powoduje właśnie zbytnie skwaśnienie i zbrylenie się sera, ziarno nie lepi się dobrze, a ser potrafi się rozpaść po wyjęciu z formy.
Dalej postępuję jak zawsze, choć przetrzymywanie sera w ciepłe dni w domu jest ryzykowne. Dojrzewa zbyt szybko w niekorzystnej dla bakterii temperaturze. Solę, wysuszam ser, a gdy dostaje skórki pakuję go w parafinę i do piwnicy. Ostatnio jednak przy wielkich ulewach i parowaniach podskoczyła wilgotność i niektóre sery, nie mogąc szybko wyschnąć, dostały lekkiej pleśni na skórce. Trzeba by je było myć w solance i znów suszyć. Nie mam jeszcze warunków dojrzewania dla serów z pleśnią, wolę nie zakażać sobie przestrzeni przypadkowymi grzybami (choć w sumie to żaden problem na razie, bo owe pleśnie są z gatunku czerwonych, białych i niebieskich, pachną przyjemnie i nic złego serowi nie robią), to jednak opóźnia to zaparafinowanie, co w taki upał jest istotne. Dlatego ostatnio robione sery zalałam na próbę woskiem (prezent od znajomej). Liczę na to, że wosk będzie zdrowo kontrolował dojrzewanie takich lekko zapleśniałych serów. Zobaczymy za kilka tygodni co się teraz dzieje pod ochronną warstwą w środku.
Uch, kiedy uporamy się z budową (jeszcze czekają na robotę 2 podłogi, progi w drzwiach i schody na poddasze) zabieram się za sklep (tj. piwniczkę). Trzeba ją przygotować profesjonalnie do funkcji, którym ma służyć. Przede wszystkim wysprzątać, pomalować ściany świeżym wapnem, zamontować drzwi wewnętrzne, które odpadły od spróchniałej futryny, a są bardzo potrzebne zwłaszcza w gorące i bardzo mroźne dni, bo utrzymują stałą temperaturę w środku, postawić dodatkowe półki w najgłębszej salce, z drewna olchowego. Przyda się też pociągnąć tam światło. Dopiero wtedy, także po wstawieniu gęstej siatki w okno i zabezpieczeniu wywietrznika przeciw gryzoniom i owadom, będzie można pracować z pleśniami i dojrzewaniem profesjonalnym serów. Co bardzo mnie interesuje, lecz zostawiam sobie jako przygodę na przyszły rok.

Poza tym brygada zabrała dyle pozostałe z budowy domu, aby przetrzeć je na legary pod podłogi. Oraz nieporżnięte dębczaki, kupione w lesie jeszcze na Dąbrowie, niby na opał, ale w dobrej długości, grubości i zdrowiu na to, aby zrobić z nich deski progowe i futrynę w piwnicy. A ja maluję trzeci raz okna lakierobejcą koloru jasny dąb.