26 grudnia 2015

Postne święta

Tak ciepło i jednocześnie wilgotno, bo i często dżdży i mgli, że drób od rana z pasją grzebie w ziemi, zostawiając karmę nieruszoną. Jakoś tak się najada glebą, korzonkami traw i pewnie jakimś robactwem także, że zmuszona zostałam do oszczędzania ziarna i osypki na cięższy czas. Jednocześnie cały czas od lata kury się niosą, do czego doszły już wreszcie na nowo opierzone dwie emerytki, oraz gęsi (które z tego powodu dostały odroczenie), więc jaj naprawdę nam nie brakuje, a przychodzi też częstować znajomych, żeby miejsce na nowe w lodówce zrobić.
Jeden z trzech kogutów poszedł na swoje, w podarunku świątecznym dla pewnej pani, do kurnika, nie do rosołu, więc miał szczęście.

Dzisiaj wykociła się kolejna koza, szybko i bez problemów, przyprowadzając na ten świat dwa dorodne, zdrowe koziołeczki maści srebrzystoszarej. Dorwały się do cyca prawie natychmiast po urodzeniu. Z powodu wykotów od jakiegoś czasu mamy trochę mleka dla siebie, nie tylko do kawy, ale i na zsiadłe stawiam, bez którego głupio się czuję i jak się przekonałam, czegoś wyraźnie mi brakuje, jeśli nie wypiję choćby jednego, a najlepiej dwóch kubków dziennie. Po poszpitalnych sensacjach jelitowych nie ma już śladu, ale nie czuję, że wszystko wróciło do zupełnej normy. O czym przekonuję się właśnie wtedy, gdy przerywam picie kwaśnego mleka.
Anna zbiera zapas siary na kolejne mydło (zamraża je w plastikowych butelkach w zamrażarce). Zostaje też trochę dla psów i kotów. Poza tym pasjami, czyli godzinami, rozpaliwszy sobie pierwej w spichlerzyku, tudzież chatce dziadka na pracownię przerobionej, aby nie marznąć, kręci z gliny na kole garncarskim kubki, kufelki, miseczki, cukiernice z przykrywkami, ćwicząc pilnie rękę. W takt nastawionego głośno radia. Bo bez codziennego ćwiczenia nie ma co mówić o sztuce garncarskiej, co najwyżej o mniej lub bardziej udanych próbach ulepienia garnka takiego, czy owakiego. Muszę przyznać, że wychodzi jej wszystko coraz lepiej. I ja się do podobnego zajęcia także po cichutku przymierzam.

Z okazji Świąt, jak co roku o tej porze pościmy, czyli przez trzy dni zajadamy się potrawami na kolację wigilijną przygotowanymi. Barszczem z buraków, sałatką warzywną, śledziami z cebulką i sernikiem. Odkryłam zapomniany gąsiorek z winem z naszych tegorocznych pierwszych czarnych porzeczek. Mniam! Grzaniec z niego na piecu, z dodatkiem goździków, kardamonu, cynamonu, wanilii i imbiru, a na koniec odrobiny miodu, cudowny jest na wieczorną popitkę w kubku własnej roboty.

24 grudnia 2015

Świąteczne bekania

Wszystkim Czytelnikom i Czytelniczkom tego bloga, naszym bliskim i dalszym znajomym, którzy tu zaglądają, życzymy niniejszym wszystkiego dobrego, szczodrych  Świąt i bezpiecznego całego nowego roku 2016. 

Ewa i Ania z Kresowej Zagrody

w towarzystwie grupki psów, pary kotów, stada kóz oraz drobiu: gęsi, kur i indyków
(które beczą i szczekają, miauczą i gęgają, gdaczą i gulgają: Hosanna na wysokościach!, Alleluja! i co tam jeszcze Bozia wymyśliła)

Poniżej prezentują swoje wigilijne wdzięki najnowsze dzieciaki w koziej zagrodzie, Mała Me


oraz Plamka i Mysza.


Świąteczny luz

Ciepło, słonecznie. Temperatura w nocy prawie taka sama, jak w ciągu dnia, czyli w okolicach 10 stopni, sprawia, że można wysiadywać na poddaszu w najlepsze, bo dom kumuluje ciepło. To plus.
Przed samymi świętami wzięło nas na budowanie. To taki nastrój zbliżającego się własnego znaku zodiaku, który już jest u władzy w tej chwili. W tym celu w pokoju sypialnym wszystko stanęło na głowie, szafy i szafki nieomal fruwały w powietrzu, aby odsłonić ścianę. Co do której nagle ogarnęło nas zwątpienie i niewiedza, co z nią zrobić i jak. Czy zwykły gipsokarton, a potem zabudowa z półek po całości, czy może tynk gliniany własnoręcznie położyć? I tak jakoś szafy wróciły na miejsce, a Anna przerzuciła się na deski szalunkowe do "sklepu" (to nazwa robocza i całkiem bezpodstawna dla jednej części kurniko-paszarni), zalegające we wnętrzu od roku bez żadnego ruchu z naszej strony. Deski pojechały do stolarza, aby je odpowiednio obrobić w maszynie, dojechały szczęśliwie i ta część planu została pomyślnie zrealizowana. W dalszą część zaingerował jednak los.
Coś zafurkotało pod maską samochodu i nie ruszył już. Spod sklepu w miasteczku (szczęście w nieszczęściu), gdzie w drodze od stolarza Anna zatrzymała się ostatnie przed świętami zakupy uskutecznić.
Wróciła okazją do domu, po czym na drugi dzień zamówiła lawetę u mechanika z Bielska, który ostatnio samochód naprawiał. Ten podjechał, zabrał mechaniczne zwłoki i dziś zawiadomił telefonicznie, że śruba od silnika się urwała i samochód jest do kasacji.
To żadna niespodzianka. Ale jaki wkurw na myśl, ile forsy poszło na niepotrzebne ostatnie naprawy, gdy mechanicy, jeden po drugim zwodzili nas, że to może trzeba wymienić, a może tamto, a może jeszcze tamto i kasiora warta polowy nowego starego samochodu wyleciała bez sensu z kieszeni.
W każdym razie jest o czym myśleć w święta. Jaki samochód będzie następny?

Co do świąt, to umyłam i wyszorowałam wszystko w kuchni, Anna na zajęciach w domu kultury zrobiła stroik świąteczny w miejsce choinki, której od lat nie stawiamy w domu, mając je rosnące pięknie na działce, i moczę śledzie. Tyle. I aż tyle. Nie mając blisko rodziny, która mogłaby przybyć, lub my do niej, nie musimy się wysilać. Daję sobie na luz. Świąteczny oczywiście.

16 grudnia 2015

Wieczór w wieczór

Ostatnie obniżone nastroje przezwyciężyłam, dzięki wizytom towarzyskim, tu i ówdzie. W urzędzie miejskim, u znajomych osiedleńców i miejscowych znajomych, trafiły się wręcz dzień po dniu, wieczór po wieczorze. Wreszcie mogłam pogadać w dowolnej obfitości, posłuchać cudzych opowieści i doszłam do wniosku, że winna smętkowi była przedłużająca się samotność i przepracowanie przy pisaniu. 
Klują się pewne zamierzenia, konkretyzują plany na cały przyszły rok, mimo, że temperatura nieco spadła i znowu pojawił się nocny mróz, choć niewielki. Jakoś nas ten zbliżający się czas urodzin i naszego urodzeniowego znaku Koziorożca zawsze nastraja pozytywnie względem przyszłości.
Muszę stwierdzić, że wraz z grupą owych znajomych, rozrzuconych po różnych wioskach i miejscowościach, tworzymy jakiś taki ciekawy zaprzyjaźniony światek, w którym dzieją się sprawy wolno, statecznie, zależnie od osoby i jej przedsięwzięć lub przechodzonych właśnie kłopotów, ale także tworzą się jakieś zręby, wyręby, podpory i otwory na dalsze takie wspólne funkcjonowanie, w oparciu o wzajemną obecność, czasem drobną pomoc, radę, posiadane kontakty i wiedzę albo bieżące potrzeby.
To jest jak najbardziej lokalne zjawisko, można się spotkać od czasu do czasu, odwiedzić w wolniejszej chwili, pogadać nawet o głupstwach, powspominać albo podyskutować o polityce, czy dalekim świecie. Bez jakichś sąsiedzkich niesnasek, podejrzeń, krytykanctwa czy rywalizacji.
Nasze umiejętności potrafią dodawać się do siebie, albo pomóc komuś znaleźć nowy sposób, przepis, drogę. Zmobilizować do działania, mimo biedy. Choć przecież jesteśmy zgoła mocno różni i różnie nieraz do tych samych zagadnień podchodzimy i je urzeczywistniamy.
Każde inaczej traktuje swoje zwierzęta, gospodarstwo, ogródek, uprawy, sprawę zarabiania i prosperowania, tak samo jak i zdrowego odżywiania się. Każde interesuje się czym innym i w czym innym jest dobre.
Ale właśnie, gdy choćby raz czy dwa do roku jest okazja w wakacje rolnika się spotkać i pogwarzyć o codzienności (w ciągu roku kontakty przeważnie zachodzą stale, lecz najczęściej drogą internetową i telefoniczną), poza interesami, albo w ich sprawie, to jest to miłe i ma swój poufały klimat.
Dla siebie jesteśmy już miejscowi, tutejsi, choć autochtoni oczywiście tak tego nie widzą. I nigdy pewnie nie zobaczą. Taka jest zasada. Jednak lata mieszkania tutaj, blisko lub dalej stąd, czynią nas powinowatymi w duchu.
Ktoś mieszka od lat 16, ktoś - jak my - od dziesięciu, inny od 7 albo tylko 4 czy 3. Są różnice w doświadczeniu, bo ci najmłodsi stażem jeszcze mogą się wykruszyć, zrejterować, dlatego "starsi" są bardziej tutejsi, niż oni i mniej się ciskają, mądrzą, nie opowiadają dyrdymałów o tym, jak się powinno żyć, jeść i pić, zarabiać i prosperować. Życie codzienne na Podlasiu, zmiany pogody, stanu zdrowia, wydarzenia zwykłe i niebywałe, dłuższe, niż krótsze relacje z sąsiadami i tubylcami z dziada pradziada dodaje do siebie rok po roku cierpliwość, spokój, wyciszenie, pewną nawet obojętność na wyzwania i zadania do wykonania, wyniki pracy, jej jakość, przemijające zawsze sukcesy i klęski.
To jest dobre.

A poza tym rano przywitały nas w oborze dwie świeżo narodzone córeczki Luby.

12 grudnia 2015

Długie wieczory

Było kilka nocy z temperaturą około zera, rano witała nas malownicza szadź na polu i drzewach. Teraz znów pada. Niech pada. Ziemia przyjmuje wodę z radością po tak upalnym i suchym lecie.
Anna odbyła dwudniowe szkolenie u zawodowego ceramika z Warszawy i jest z niego bardzo zadowolona. Wreszcie udało jej się utoczyć glinianą butelkę i dzbanek. Pilnie ćwiczy na swoim kole, choć najpierw trzeba mocno przepalić w piecu, aby móc w pracowni wytrzymać kilka godzin. 
W tym czasie w wolnowarze warzy się przeważnie jakaś zupa na kościach koźlęcych bądź gęsich. Pożywne rosoły, warzywne, fasolowe, cebulowe. 
Długie popołudnio-wieczory skłoniły mnie do pisania. Walczę przy jego pomocy z odzywającą się od czasu do czasu depresją, niechybnie jesienną.