30 października 2010

Bez-las

Ania właśnie ogląda film o Dalaj Lamie, a ja myślę odruchowo od kilku dni o tym, że polski wyraz pustka jest źródłowo podobny do wyrazu puszcza.
Czy pierwotna puszcza była tym samym co pustka albo pustynia?
Brak ludzi, brak indywidualności, samotność samotnego człowieka wobec potęgi przyrody? Tak samo wobec lasu jak i braku lasu...
Oprócz kalendarza ściennego-puszczańskiego, ostatnio przez nas opracowywanego zjawił się także piękny wpis na stronie pana Białczyńskiego.
Poczytajcie i wejdźcie w nią sami.
http://bialczynski.wordpress.com/2010/10/24/ksiega-wiedy-lekcja-druga-%E2%80%93-gdzie-zyjemy-oraz-o-uniwersalizmie-wiary-przyrodzonej-slowian/

Widać niewidzialne

Polakierowana odpowiednią ilość razy podłoga i schody pozwalają już nam używać jadalnego pokoju. To sprawia, że połysk na drewnie i świeżo zawieszone zasłony w oknie (wśród nadal starych i niedopracowanych ścian, przy braku obróbki okna i parapetu) wprowadza nas w nastrój komfortowej czystości. I chęci jak najszybszego wydostania się z budowlanego chaosu ku uporządkowanemu kulturalnie i czystemu światu. To się musi wreszcie stać!
Kleimy płytki terakotowe. Codziennie po kilka. Tyle, na ile starcza wiaderko rozrobionego kleju. Stopniowo widać już zarys całości.
Dziś pojawili się niezapowiedziani goście. Jeden z byłych właścicieli zagrody z synem. Miłe chwile, ale i smutne. Został niedawno wdowcem. Nastroje przed-zaduszkowe dają o sobie znać. I duchy się schodzą. Jak co roku o tej porze. Ożywają we wspomnieniach. Także i moje duchy.

29 października 2010

Porcje i apetyt na sukces

No, to kogut już poćwiartowany. Ania złapała go przy śniadaniu i zaniosła do pani Wiery. Nawet nie zdążył się zbytnio przestraszyć, gdy stracił łebek i przeszedł do nieskończoności. Wątroba rzeczywiście była do wyrzucenia, ale reszta posłuży do ugotowania dwóch rosołów plus trzeciego z resztek, dla psów. Jeden taki rosół jemy we dwie przez trzy dni. No, za trzecim razem prostym sposobem zamieniam go w zupę pomidorową, aby się nie znudziło. W takim razie z jednej kury można nakarmić jednorazowo 12 osób! plus przez kilka dni 2 psy.
Kogut następca jednak zachowuje się bardzo egoistycznie. Już kolejny raz musiałyśmy go siłą ewakuować z obejścia pani Wiery, gdzie okopał się przy garnku już w południe. Coraz mniej chętnie wraca do kurnika, z wolem przepełnionym pszenicznym ziarnem sięgającym ziemi, i moim zdaniem, trzeba go będzie podarować sąsiadce, bo co z tym zjawiskiem zrobić?
Będzie miała kolorowe kurczaczki w przyszłym roku, tylko zysk dla wsi, bo więcej nisko-cholesterolowych jajek będzie do sprzedania.
Dobrze, że jest jeszcze jeden ochotnik na stanowisko rozpłodowca i szefa podwórza. Choć mniej rezolutny od Krakowiaczka-ci-ja, przyznaję.
Za kogutem dotychczasowym odeszła stara kura. Nie wróciła do kurnika, zwyczajnie...

Poza tym pchamy sprawy wykończeniowe. Ania przywiozła z Warszawy szafki kuchenne. Ale zanim staną kończymy klejenie terakoty. A dzisiaj zabrakło kleju. 1/3 posadzki wykonana.
Także okno w jadalnym dostało karnisz i zasłony.

28 października 2010

Karmienie o stałej porze

Moje Zielone Nóżki są nadal mniejsze od kur zwykłych (tak je nazwę, bo inaczej nie umiem określić kur kupionych na początku mojej hodowli z wylęgarni). Dwa żyjące koguty są w różnym wieku. Ten starszy zdobył już piękne upierzenie oraz bujny ogon i wygląda jak Krakowiaczek-ci-ja. Powoli przejmie władzę w kurniku, bo stary kogut ma się jakoś nietęgo, zaczął chudnąć, brzydnąć i kuleje na prawą łapę, co jest najczęściej u kur oznaką choroby wątroby. Niedługo pójdzie do garnka, a wtedy...
Jak na razie Zielononóżek wykazuje nadzwyczajny spryt. Mianowicie odkrył, że kiedy ktoś nie domknie bramy do obejścia pani Wiery to może się dostać na jej podwórko, nie tylko pełne kur, ale i ze stale postawionym jedzeniem przy oborze. Kogut sąsiedzki nie przejawia wobec niego stosownej agresji, zatem przeszkód nie ma, aby zajadać cudze. Mało tego, że kradnie, to jeszcze tarmosi obce sobie kury za głowy! W ogóle te Zielone Nóżki to dzicz i agresja, histeryczne gdakania z byle powodu, awantury w kurniku plus jeszcze jeden mankamencik. Gonisz je, wołając: sio!, a one uciekają zamiast do przodu, jak każda inna kura, na boki i do tyłu. W ten sposób nie dają się zagonić w żądane miejsce, a raczej rozpraszają się jeszcze bardziej. Denerwujące to bywa.
Nauczyłam je jednak reagować na dźwięk łyżki, którą uderzam w garnek z jedzeniem, głośno je wołając. Karmię je dwa razy dziennie, rano przy wypuszczaniu i przed zmierzchem, gdy zwołuję je tym głosem do kurnika. Teraz wypada to ok. 17. Dzwonię dotąd, aż wszystkie się zbiegną z różnych zakamarków i sadu, odliczam czy są w komplecie i sypię im jedzenie wewnątrz kurnika. One wbiegają bardzo zaaferowane, a ja szybko zamykam za nimi drzwi.
- To ci dopiero! Ja mogłabym wołać swoje przez dwie godziny i żadna nie drgnie nawet - dziwuje się pani Wiera. Ale ona nie trzyma psa ani kota, nikt nie wyjada jej kurkom jedzenia z garnka, schodzą więc same do kurnika wraz z zapadającym zmierzchem, po czym zamyka kurnik.
U mnie to niemożliwe ze względu na kozy, gęś i psy, które nie pozostawiłyby karmy dla kur zbyt długo w garnku. Poza tym muszę je zamknąć wcześniej, zanim zacznę doić, gdyż kury nie dałyby z kolei zjeść spokojnie paszy kozom. Zatem opracowałam taki sposób właśnie.
Prosty, każdemu zwierzęciu, czy to ptak czy ssak, kodują się na stałe pożądane przyzwyczajenia na bazie karmienia. Jeśli zachodzi ono o stałej godzinie i używa się jeszcze przy tym zawsze tego samego dźwięku, to odruch Pawłowa murowany.
Wszystko w obejściu ma swój porządek i kolejność.

27 października 2010

Koźli los

Na babskim wieczorku przy litewskim piwie i babce ziemniaczanej prosto z pieca, w cieple rozpalonego kominka, szybko i miło upłynął nam wczoraj czas u znajomej, zahaczając nawet sporo o dzisiejszy dzień.
Nawet nie poruszałyśmy tematu naszych projektowanych projektów, jeszcze w fazie sporego rozrzutu koncepcyjnego. Tyle się znalazło do prostego obgadania i przegadania.
Ot, odpoczynek...

Poza tym spokojna jesień wchodzi w fazę późnego rozkwitu. Kozy pasą się długo i systematycznie w swoich miejscach ulubionych, za Górą na państwowym, w sadzie, w akacjowym gaju za chatą, na buszowisku i oczywiście kończą wypas w swojej koziej zagrodzie, gdzie je zamykam i odchodzę z pasterskiego stanowiska obiad gotować i palić w piecu.
Żywią się resztkami jabłkowych spadów, żołędziami, opadającymi i świeżo spadłymi liśćmi, końcami gałązek leśnych i ugorowych krzewów czeremchy, pigwy i samosiejek brzozy i sosny. Oraz zieleniejącym się najdłużej wśród zrudziałych traw runem, wrzosem i mchem, wgryzając się porostom do korzeni.
Są ociężałe i flegmatyczne, ciąża przekroczyła już półmetek. Lubię do nich przemawiać i głaskać je przy każdej okazji. Zwłaszcza przy karmieniu i dojeniu. Mam wrażenie, że się od tego lepiej chowają i czują bezpieczniej.
Kozły nabierają szybko masy ciała przed zimą i są to coraz cięższe i mocniejsze młode byczki. Ostatnio Ania karmiąc kozy chlebem, oblężona przez stado, została niespodziewanie pchnięta przez stającego na tylnych nogach Klapaucjusza, który chciał dostać chleb pierwszy. Zachwiała się i przewróciła.
Trzeba uważać już na ich siłę, z której na razie nie zdają sobie sprawy, ale mamy doświadczenie z Super-Wiktorem, alpejczykiem w tym względzie, takie, aby nie ryzykować pewnych spoufaleń z kozimi samcami. Wiktor, osiągnąwszy wiek ponad roku i wagę ok. 70 kg sterroryzował całe obejście na Dąbrowie, włącznie z nami. Nie pozwalał kozom wchodzić do obory na noc, tylko prowadzał je niczym udzielny władca po okolicy, spały pod drzewami w sadziku, albo pod chatą. Żeby je wydoić musiałyśmy używać skomplikowanych podstępów. Sam zajmował miejsce prestiżowe na schodkach do chaty i doszło do tego, że zaczęłam bać się wychodzić z domu. Z początku Kola go przeganiała, wypadając z sieni z głośnym szczekaniem, ale w końcu Wiktor przycisnął ją potężnymi zakręconymi rogami do ściany tak mocno, że jęknęła z bólu i już więcej nie odważyła się nawet wargi podnieść na niego. Nadszedł dzień, gdy to samo chciał zrobić z Anią, w porę się usunęła. Kiedy ostatecznie rozłożył się o świcie na progu bez zamiaru wstawania i Ania musiała wyjść przez okno, żeby dotrzeć opłotkami do garażu i samochód odpalić, nadeszła jego kryska.
Nikt nie zgłosił się na dawane wcześniej ogłoszenia w prasie regionalnej, że mamy rasowego kozła-reproduktora do sprzedania.
Skończył tak jak każdy inny nierasowy kozioł, niestety.

Wzięło mnie na wspominki, bo dzisiaj przeglądając zamrażalnik, w ramach wyjadania zapasów przed odmrażaniem, odkryłam ostatnie kawałki mięsa z zeszłorocznego kozła, który był wiktorynkiem, czyli synem Wiktora.
I oto szykuje się niesamowity obiad, o zapomnianym już nieco pysznym smaku. Pieczona koźlęcina z warzywami, ziemniaczki i ćwikła.

26 października 2010

Polski Orient

Coś dla kontrastu po wczorajszej prezentacji. Są także na Podlasiu budynki pięknie odnowione i barwne. Jak ta błękitna cerkiew w Bielsku Podlaskim, dawnej stolicy carskiej guberni.
Błękit i zieleń majowa to są ulubione i najczęstsze kolory prawosławnych Podlasian, malują nimi cerkwie, kaplice i własne chałupy, tudzież ich elementy zdobieniowe, czyli narożniki (węgły domu), okiennice, drzwi, czasem ściany.



.





I w ramach ciekawostki link do filmu promującego całe Podlasie
.(Ania)

25 października 2010

Wycieczka po podlaskich wsiach

Nie daję nazw wsi, bo niczym te sfotografowane domy nie różnią się od innych gdzie indziej w całym regionie.
W każdej wiosce jest zawsze co najmniej kilka chałup opuszczonych, chylących się, długo i daremnie czekających na rękę młodego gospodarza, odchodzących za swoimi mieszkańcami w nieskończoność.
Było tu kiedyś pięknie...







24 października 2010

To nic

Wycieczkowo się dzisiaj zrobiło. Przez kilka godzin zwiedzałyśmy różne okoliczne wsie, w poszukiwaniu... inspiracji, ale i czegoś konkretnego, o czym może kiedyś napiszę, jeśli się ziści. Na razie zapeszać nie będę.
Nie wiem, czy gdzieś w Polsce jest jeszcze taki region jak ten. Każda wieś to osobna kraina. Inny świat. Inny dialekt i akcent, religia, czasem budownictwo, zdobienia.
Pogadałyśmy z ludźmi, chętni są do opowieści. Wystarczy stanąć samochodem przed jakimś wybranym punktem we wsi i zaraz się schodzą sąsiedzi, opowiadają, opowiadają... czasem bardzo ekspresyjnie, z gestami naśladującymi, co tylko może aktorzy z wędrownych teatrów mogliby odtworzyć.

Przyznam, z początku mojego zamieszkiwania na Podlasiu to mnie interesowało, słuchałam pilnie, ale dziś stwierdzam, że powiało mi nudą. Wszyscy gadają jak gdyby na jedną nutęęęęę. Oswoiłam się jednym słowem.
Ania słucha o wiele lepiej ode mnie. Zna już koligacje i powiązania rodzinno-środowiskowe w całej, rozszerzającej się szybko okolicy. Rozróżnia sąsiadów, mężów, żony, dzieci, kto z kim, kiedy i gdzie wyjechał, jak mu się wiodło i wiedzie. To jest prawdziwe wrastanie. Szkoda, że mi pamięci brakuje do tylu szczegółów. W sumie można by jakąś sagę napisać, serial nieskończony, z dziesięć domów na grzęzawisku napisać, zarobić. Nu szczo, jak pamięci nie starcza. Uwaga się wyłącza po dziesięciu minutach.

Dla równowagi dodam, że podobnie nużą mnie opowieści dziwnej treści, o duchach, poltergeistach, latających talerzach, Atlantydzie, piramidzie Cheopsa i innych dziwach. Takich jak inne wymiary, przepowiednie, magiczne zaklęcia. Oraz dieta-cud, ekologia na papierze, projekty przyszłości, której nie będzie. Kiedyś dla mnie bardzo pasjonujące.
W jedną i w drugą stronę, gdy uwaga człowiekowi ucieka (tj. w przeszłość albo w przyszłość, albo wszerz do innych, albo w głąb ku sobie) znaczy życie tu i teraz męczy i nie porywa, korzeń się wyczerpał i maca się naokoło, żeby energii zaczerpnąć, cudzym pożyć.

W takim razie o co chodzi? Co zostaje w środku?
O nic nie chodzi. Właśnie. I NIC nie ma.

23 października 2010

Mądrość na przyszłość

Czasem słyszę pytanie, zdziwione, różnych przygodnych i znajomych ludzi, dlaczego akurat wywiało mnie na wschód? A nie w jakieś szczęśliwsze, bardziej cywilizowane, ludniejsze i bogatsze rejony, bliżej jakiejś wielkiej metropolii.
Skąd my tutaj? Po kiego licha?
Tu Pan Bóg mówi dobranoc, tu mieszkają ludzie z lasu, nie ceniący terminów, obietnic, z brakiem poczucia czasu, o innej religii i z dziwną historią, nieznaną w reszcie kraju, tu ziemia lekka, plony marne, zjadane w dodatku przez dziki i żubry, a dobytek żywy szabrowany przez lisy, kuny, jastrzębie, sokoły i wilki niekiedy też.
Trudno mi na to odpowiedzieć bez poruszenia spraw nieomal paranormalnych, zatem w większości milczę lub zbywam ciekawość jakimiś zrozumiałymi (zracjonalizowanymi) opowieściami. Niemniej, tyle teraz wyjaśnię. Najistotniejszą rolę w obraniu tego, a nie innego kierunku poszukiwań miejsca, bazy i ziemi odegrała moja intuicja, przeczucia i sny.
Mapę okolic z nazwą miejscowości (niestety przekręconą po obudzeniu) ujrzałam w półśnie kilka lat przed ich odkryciem. Mam ją narysowaną w notatniku, także dom (po przebudowie) i jego położenie, opatrzone datą mogącą powalić niedowiarków.

Mogę powiedzieć, że kierował mną jakiś atawizm i sentyment. Choćby stąd się biorący, że mój tata był fanatykiem Trylogii Sienkiewicza i miał za znajomych dwa małżeństwa przesiedleńców ze Lwowa. W rozmowie z nimi zawsze z rozkoszą przechodził na ruski akcent.
Pamiętam ich. Choć już dawno temu odeszli w nieskończoność. Byli to prości i niezwykle serdeczni ludzie, odbijający na tle innych czymś, co mój ojciec kochał, a ja od niego to przejęłam. Pan U. na przykład był namiętnym grzybiarzem. Takim, co skoro świt wychodził do lasu, a gdy znalazł grzyb siadał przy nim i patrzył pilnie... Twierdził po tych obserwacjach, że grzyby rosną skokowo. Widział, jak rosną grzyby!
Ale mniejsza o to.
Mną powodował głównie lęk. Wywołany długotrwałą serią apokaliptycznych snów. Które niestety zaczęły się już spełniać.
Strach przed głodem i chłodem mam zresztą po biednych chłopskich przodkach ze strony mamy, dotkniętych różnymi klęskami dawno temu. Nadwrażliwość po schłopiałych szlacheckich przodkach ze strony ojca.
Powodował mną lęk przed kryzysem i chęć zaradzenia mu w porę. Umoszczenia sobie gniazda i sprawienia, że głód mi nie zagrozi. Ani mnie, ani moim bliskim (którzy zresztą nadal nie mają pojęcia, co mnie wywiało, ani tym bardziej nie podzielają moich obaw).
Pchanie się na wschód, tyle razy dotknięty przez historię, biedny, zapomniany przez cywilizację... dość dziwnie wygląda. Jednak posłuchałam w tym swoich przeczuć, a nie logiki.
- Ach, to wielki trójkąt radiestezyjny z uśpioną białą energią czakramu! - ktoś mi na to rzekł - Rozumiem. On się ma obudzić. Sięga czubkiem aż do Rygi i zajmuje obszar co najmniej połowy Białorusi i część Podlasia. Świadczą o tym choćby nazwy zawierające człon "biały".
Ale ja nic o tym nie wiem. Oprócz tego, że na dzisiejszej Białorusi dziwnym zbiegiem okoliczności przyszli na świat wszyscy nasi wielcy wieszcze! I tego, że mój duchowy mistrz prawie pół tysiąca lat temu napisał, że wielkie światło obudzi się tam, gdzie jest granica kalendarzy i różne terminy postu i świąt.

W ciągu ponad dwóch lat w trakcie mieszkania na cudzym, czyli na Dąbrowie, zajęłam się tłumaczeniem tekstów Nostradamusa z francuskiego na polski. Nie tylko z nudów, ale przede wszystkim po to, aby zrozumieć co mnie naprawdę prześladuje, i co z tego może się rzeczywiście spełnić.
Wiele zrozumiałam, odkryłam, lecz nadeszła jakiś czas temu pora, aby przetłumaczyć też oprócz czterowierszy, także teksty prozą Proroka z Salon.
Kilka dni temu dopiero zrozumiałam jeden z nich. I odkryłam w nim dzieje konfliktu bliskowschodniego oraz coś, co wydaje się poruszać kwestie chaosu politycznego, który dopiero zaczyna się bujać w Polsce.
Posuwam się zdanie po zdaniu w głąb zrozumienia i nie jest to łatwe. Jednak dotarłam już do akcji Pustynna Burza, ugaszenia wielkiego dymu i egzekucji przywódcy i jego dworu, po wyjawieniu wszystkim ich wielkich zbrodni. W tym samym czasie w Europie "owczarnia miała zostać powierzona wilkom porywającym". I rozpoczęło się wielkie sprzeniewierzenie wartości duchowych i upadek autorytetu KK i jego kapłanów.
Co dalej?
Wspominam o tym, ponieważ panowie współ-blogujący na zalinkowanych na Kresowej blogach zajęli się projektowaniem funkcjonowania świata po przekroczeniu Peak Oil i wobec narastającego kryzysu paliwowego. Posługują się logiką i racją. A ponieważ brakuje w tym uwzględnienia tego, czego nie da się nijak uwzględnić bez jasnowidzenia i uruchomienia intuicyjnej półkuli mózgu, to dopowiem coś ze swej działki. Słowami Nostradamusa (zresztą jest ich więcej na ten temat, ale pozostawiam to sobie jeszcze do przemyślenia). Brzmią one tak w tłumaczeniu uwzględniającym styl epoki:

"Następnie, ponieważ omawiane zaćmienie przypadnie w okolicach początku pierwszego niebiańskiego domu, da ono złej partii jedną nieszczęsną przepowiednię, a to mianowicie wielkiej drożyzny żywności: przywódcom nastać w najwyższym podniesieniu, wraz z dobrowolną i niedobrowolną klęską głodu, jednak w większości z powodu uchybienia tego, którego pola nie wydadzą tyle swej powinności, ile będzie się miało nadziei. Mądry, kto się zaopatrzy."

Klęska spowodowana przez GMO, przyjmowane dobrowolnie i rozsiewane niedobrowolnie...
Owo "następnie", o jakim jest mowa w tym zdaniu, ma nastać po czasie chaosu politycznego spowodowanego wielkim śledztwem i wielkich zamachów terrorystycznych w Europie (nie było ich jeszcze) oraz coraz częstszych atakach epidemii różnych dziwnych chorób.
Do końca jednak jeszcze trochę...

Ha, każdy ma swój mit, który go wiedzie tam i gdzie indziej przez życie.
Ja mam właśnie ten.

22 października 2010

Winne grona

Powiał wiatr z południa i szybciutko wygubił resztki wczorajszego śniegu. Nie strącił jednak ostatnich, żółciutkich już koszteli z drzewa, trzymają się skubane z całej siły! Teraz są najsmaczniejsze. A i sok z nich wychodzi bardzo dobry, zwłaszcza z dodatkiem ciemnych winogron, które rosną u niektórych gospodarzy w naszej wsi. Może z racji chłodnego klimatu są drobniejsze, ale za to bardzo aromatyczne, powalająco.

21 października 2010

Rozpalanie pieca, czyli pierwszy śnieg

Atrakcją dzisiejszego dnia okazał się pierwszy śnieg, który rozpadał się około 17. Kury ze strachu ukryły się wcześniej w kurniku. Jedna Gusia odważnie kołysała się nad białą przestrzenią podwórka. To będzie jej bodaj trzecia zima, ma rutynę. Jasio odważnie asystował przy karmieniu kóz, ocierając się co rusz o ich nogi. Pamiętam jego przerażenie w zeszłym roku pierwszym śniegiem! Cały poranek i dzień spędził wtedy ukryty pod samochodem.
Od dzisiaj przeszłyśmy na jednorazowy udój kóz. Trzeba się zacząć godzić z niedomiarem mleka. Za jakiś czas zaprzestaniemy tego w ogóle, czyli jak mawiają rolnicy, zasuszymy kozy. Będzie zimowy urlop od tej przymusowej pracy. I od serów. To też lubię. Praca na okrągło jest ogłupiająca. Za to pani Marusia ma teraz mleczność dwóch krów w rozkwicie i będzie skąd brać świeże mleko. I masło.
Z ogrzewaniem w te wilgotne, czasem wietrzne, jak dzisiejszy dni również nie ma problemów. Wystarcza jednorazowe przepalenie węglarką drewna w pieczce w ciągu doby. Rozpalam zawsze po południu, piec rozgrzewa się w ciągu kilku godzin do maksimum i stygnie do południa następnego dnia. W mieszkaniu utrzymuje się temperatura umożliwiająca mi chodzenie w krótkim rękawku.
Zdun nauczył mnie prawidłowego palenia w ścianówce. Wcześniej robiłam zasadnicze błędy.
Zasady są takie:
- wkłada się do paleniska porąbane na dość grube szczapy drewno, tyle ile się zmieści. Przeważnie jest to pół węglarki. Wsuwa się je do końca, aby z przodu uzyskać wolną przestrzeń i aby ogień palił się w głębi pieca, a nie przy drzwiczkach (takie palenie dość szybko powoduje pękanie kafli nad drzwiczkami).
- z przodu układa się trochę palnego papieru (już coraz rzadziej można go kupić w formie gazety, większość to papier syntetyczny, trudno palny i śmierdzący, z dużym dodatkiem kredy i nie wiem czego), a na nim garść suchych żywicznych szczypek, które na Podlasiu smoliną albo łuczyną zwą. Ta kupka służy jako zapalnik najważniejszej reszty w głębi. Jeśli smolina jest naprawdę żywiczna, a nie tylko sucha, to nie trzeba żadnego papieru.
- uchyla się szyber i podpala rozpałkę, zamykając przy tym pierwsze drzwiczki, w których są szpary, przez jakie można obserwować ogień.
- ogień powinien załapać w ciągu kilku minut. Wtedy zamknąć drugie drzwiczki. Po mn. w. godzinie dołożyć resztę drewna z węglarki i zakręcić szczelnie drzwiczki. Można o wszystkim zapomnieć. Piec już będzie pracował sam na nasze ogrzanie.
- po wypaleniu się ognia i żaru, czyli po kilku godzinach, zasunąć szyber, aby wiatr czy mróz nie wychłodził pieca zbyt wcześnie.
I wsio.

20 października 2010

Blokady na drodze

Dzień stracony dla twórczej pracy przez komunikację, czyli jej brak.
Rano przyjęłyśmy wizytę pani Marusi z córką, oglądających nasze ostatnie i przedostatnie instalacje wodociągowe.
- Wot, maładcy - chwaliła nasze dzieło staruszka, w tym wygląd domu i różne inne usprawnienia, których u niej wciąż brak.
Mieszkając w Polsce od kilku lat codziennie nosi wodę w wiadrach ze studni dla krów, byków, drobiu i siebie s diedom. Pierze we Frani, korzysta z wychodka i myje się w misce. Na Białorusi zaznała kołchozowych udogodnień i marzy jej się teraz chociaż brodzik z prysznicem, o zlewie w kuchni nie mówiąc.
Ania, korzystając z podwózki (podwody, jak mawiają u mnie w piotrkowskiem) zabrała się z nimi do Czeremchy, a stamtąd wojadżerem dotarła do Kleszczel. Punktu, w którym teoretycznie można złapać autobus do Siemiatycz. Spóźniła się jednak, gdyż nikt nie umiał określić dokładnie o której jeździ ten autobus, a internet rano odmówił nam posłuszeństwa. Na miejscu okazało się, że już pojechał, a następny i ostatni jednocześnie jest dopiero po 16. Zatem spróbowała złapać na trasie autostop. Udało jej się po jakimś czasie. Szczęśliwie trafiła na ludzi jadących na Grabarkę. Wysadzili ją na zakręcie, ale dalej nie zdołała już posunąć się ani o krok. Nikt się nie zatrzymywał. Dopiero wzmiankowani wyżej państwo (zamiejscowi), wyjeżdżając z Grabarki podwieźli ją do Siemiatycz. Tam pieszkom na koniec miasta do zakładu mechanicznego i uff, udało się usiąść za własną kierownicą.

Słowem, region podlaski ma wciąż całe wielkie obszary, gdzie podróżuje się jak w latach 50-tych ubiegłego stulecia.
Dobrze, że nie musiała wracać tą samą drogą, bo pewnie jutro bym się jej doczekała. Tak, przebycie odległości ok. 40 km zajęło jej "ledwie" 7 godzin.

Ja tymczasem wzięłam się za rozplantowanie dwóch wzgórków piasku, które chłopcy wczoraj zostawili nie wiadomo po co. Chyba, żebym się dzisiaj nie nudziła. Kiedy mi się to jakoś udało, poszłam na wioskę szukać kóz.
Kozy, niezwykle samodzielne ostatnio, powędrowały sobie bowiem drogą koło sadu aż na koniec płotu od ogrodu pani Wiery, przeszły na jej stronę i wróciły paść się za jej stodołą, gdzie jest jeszcze trochę zielonej trawy. Tamtędy podreptały do sąsiadów.
Idąc drogą przez wieś zauważyłam Mikołajową na podwórku i zawołałam z daleka:
- Nie widziała pani moich kózek?
- A ło - pokazała ze śmiechem za swoją stodołę.
Kiedy przechodziłam przez jej podwórze zauważyłam, że Mikołajowa robi pranie w letniej kuchni, we Frani oczywiście. Studnia otworzona, żuraw nastawiony z wiadrem do ciągnięcia.
- No, już niedługo będzie można zainstalować pralkę automatyczną w domu i przestać się tak męczyć - powiedziałam.
- A co tam, nieee - uśmiechnęła się nieco stropiona Mikołajowa. - Nie chcę. Automaty tyle przycisków mają, kto by to spamiętał do czego są. Żeby jakaś najprostsza się trafiła... ale takich w sklepie nie mają.
I tak to jest na tej naszej wiosce.
Kran w domu może sobie starsi i zamontują, ale już odpływ wody z niego, albo inne udogodnienia typu prysznic czy kibelek, to już na pewno nie za ich życia u nich nastanie, jeśli w ogóle kiedykolwiek.
Z drugiej strony starzy są, po siedemdziesiątce, niektórzy więcej, przywykli, nigdy inaczej nie mieli. Poza tym są mało zaradni, nie umieją znaleźć firmy, sklepu, części, nie znają się, łatwo ich oszukać na cenie i wykorzystać finansowo. To ich zniechęca. Jedna z kobiet opowiadała z przerażeniem, jak się u córki w wannie wykąpała i potem wstać nie mogła w niej na nogi. Już nigdy w życiu do czegoś takiego nie wejdzie, bo to zabawa dla młodych sprawnych. To są dołujące historie, które wybijają im z głowy głupie zachcianki.

I tyle zdarzeń. Ach, wraz z przyjazdem Ani naprawił się internet. Pewnie coś nie łączyło.

19 października 2010

Awaria usunięta


Poranna mgła rozsnuła przed moimi zaspanymi jeszcze oczami krajobraz baśniowy na podwórku.
Koparkowy zjawił się zaraz po dojeniu i dokończył to, czego nie zdołał wczoraj. Czyli podkopał się pod piwniczką w łazience i przeciągnął tamtędy rurę. Korzystając z okazji puściłyśmy też tym samym wykopem kabel elektryczny, aby przeciągnąć tym sposobem prąd do garażu i obory w przyszłości.
Po czym odjechał koparką do następnego gospodarza, który zamówił go do kopania u siebie.
Anna pomachawszy łopatą z godzinę doszła do wniosku, że pie...yć to, i poszła na wioskę po chłopaków. Sprowadziła Andriuszę i Iwana i ci do 16 zakopali cały rów. Za to sama połączyła złączką przerwaną rurę i awaria została usunięta.
Dostali dniówkę, obiad i 2-litrowe piwo na spółkę.
Poza tym telefony, w różnych sprawach, oczyszczalni i samochodu najważniejsze. Auto zreperowane czeka na odbiór.

18 października 2010

Wegetarianie, czyli czy zjeść jajko od kury bzykanej

Na bazie definiowania różnych pojęć, mniej lub bardziej nośnych we współczesnym świecie znalazłyśmy przez przypadek dyskusję dotyczącą wegetariańskiej hodowli kóz.
Dla mnie niestety, to kilka dobrych żartów. Mimo pewnie szczerych intencji dyskutujących tam ludzi. Bo, gdyby ktoś chociaż przez pół roku pomieszkał ze zwierzętami, może wpadłby na pomysł, że one też mają swoje potrzeby, m. in. bardzo silną potrzebę łączenia się w pary i rozmnażania się oraz życia w stadzie. I nie sądzę, że marzą o kuracji hormonalnej podtrzymującej laktację, zamiast corocznego jak Pan Bóg przykazał wykotu. W ogóle dobrze jest przyjmować rzeczy takimi jakie są. Bo zostały stworzone przez doskonalsze od nas Źródło.
Ja osobiście nie potrafiłabym hodować kur na bazie wegetariańskiej diety, bo kura (i tutaj musimy obalić kolejny mit) lubi mięso, padlinę ... robaki. Nie umiałam również im wytłumaczyć, żeby grzebały selektywnie w moim ogródku, bo przeważnie najbardziej smakują im młode rośliny. Szczególnie te posiane przeze mnie. Wstyd mi się przyznać, ale z moich podwyższonych grządek spływa ciągle woda przy podlewaniu. Może mało trendy będę, ale nie podoba mi się też idea kurzego kombajnu. Żadna ze znanych mi kur nie chciałaby tam zamieszkać. To chyba "trochę" uprzedmiotowione podejście do tych sympatycznych nielotów.
W każdym razie załączam link do osobistego zapoznania się i ustosunkowania:
http://wegedzieciak.pl/printview.php?t=6422&start=0&sid=7aee659f9ce96b6d18571d2978665c0a
(Ania)

Naginanie rury

Powinnam zacząć od tego, że w sobotę przeleciał nade mną kruk, kracząc głośno, z kierunku od Z. na M.
- Cóż to będzie? Znowu jakiś dołek? - pomyślałam i szybko zapomniałam tę myśl.
Rano plany na dzień popsuł nam sołtys. Zjawił się z wieścią, że koparka już u niego pracuje (70 zł za godzinę) i że chłopak chce na wsi spędzić cały dzień i czy by u nas nie kopał, pod rurę wodociągową, oczywiście.
Chłopak (syn pana Leona z Ż. - kierunek wyżej wzmiankowany, który nam deski i bale woził), młodziutki przystojniaczek, zjawił się po 13. I dostał robotę, która mu do zmierzchu zeszła.
Szło zrazu szybko, ale piasek zaczął się obsuwać. Anna wskoczyła ze szpadlem do dołu, ja rurę naginałam (hehe), aż się Iwan trafił i pomógł mi ją układać. Po drodze, gdy kopara zbliżyła się do przeprowadzonej już w zeszłym roku rury od domu do kranu zewnętrznego na ścianie obory, syn pana Leona wyskoczył z maszyny, wyciągnął skądeś dwa zagięte pręty i ustalił przy pomocy różdżki, gdzie owa rura biegnie. No, i nie pomylił się, tak jak my, któreśmy bliżej ją sytuowały. I go zmyliły okrzykami: Uwaga, uwaga! Przestał uważać nieco dalej i bęc, rura przerwana.
Trzeba było szybko do piwnicy po drabince włazić i zakręcić wodę wiodącą na zewnątrz, bo hydrofor co nieco oszalał.
Dotarł w miejsce docelowe, ale było już za ciemno, aby łączyć przewody i płot zakładać, zdjęty dla koparki. Jutro dokończy.
Teraz zatem nasze podwórze przypomina krajobraz kopalniano-księżycowy. Żółte piaski nieruszane od czasu ostatniego zlodowacenia wyległy obficie na powierzchnię. Góry piasku fascynują Gusię, która uparła się zajrzeć, co jest w rowie i kilka razy ją od skoku w dół odwiodłam. Swoją drogą wiem, że potrafi się wydostać, bo dokonała tej sztuki w zeszłym roku, gdy panowie kopali rów od studni do hydroforu. Po prostu stojąc na dnie wyciągnęła skrzydła, oparła się lotkami o oba brzegi wykopu i podciągnęła do góry, jak na rękach. I fiu!

16 października 2010

Biodynamiczna permakultura

Ania wystartowała wczoraj z samochodem i odstawiła go do zakładu naprawczego, z którego stale od kilku lat korzystamy. Okazało się, że pękł tylny drążek skrętny, a nowy będzie kosztował ok. 600 złotych. Na allegro znalazłyśmy prędko prawie 3 razy tańszy, lecz trzeba poczekać na dostarczenie go. Zatem samochód unieruchomiony został do co najmniej przyszłego wtorku.
Anna wróciła kombinacją komunikacyjną: autostop + autobus + pieszkom.
Dziś kleimy terakotę w kuchni.

Tymczasem ja w wolnych chwilach wracam do tematu biodynamiki. W polskim necie temat jest słabo rozwijany. Nic dziwnego, że permakultura go zdominowała i zawładnęła szybciej umysłami młodych ludzi, gotowych uciec z Miasta na Wieś. Stała się hasłem rozpoznawczym, które rzucone pozwala zidentyfikować się nawzajem i określić stosunek do świata i życia, ducha i Boga. Biodynamika nie ma tej siły, choć właśnie na boskie siły i harmonię z żywą Ziemią najwięcej się powołuje.
Biodynamika stała się składową permakulturowych teorii i jest tym, czym alfabet dla języka, którym przekazuje się różne od siebie treści.
Od lat 80-tych, gdy w Polsce zaczął się ze sporym impetem reklamowym ruch biodynamiczny (on pierwszy wprowadził do naszej mowy określenie ekologii, które to określenie dzisiaj ma całkiem przeinaczony względem swego źródła sens), powstało trochę gospodarstw tego typu, ale i wielu działkowiczów wie od tamtej pory co to kalendarz biodynamiczny, sprzyjające i niesprzyjające sąsiedztwo roślin, kompost, preparaty ziołowe oraz co niektórzy rozumieją biodynamicznie=ekologicznie samowystarczalność w gospodarstwie. Czyli kwestię hodowli zwierząt, właściwego ich karmienia wyprodukowaną karmą, a potem nawożenia gleby uzyskanym od nich nawozem kompostowanym.
Ponieważ co nieco znam się na astrologii i posiadam w bibliotece stosowne książki do wyznaczania faz i położenia na tle zodiaku planet, w tym Księżyca i Słońca, i ja w tamtych czasach sporo liznęłam owej wiedzy. Choć stosować stale raczej nie stosowałam, tyle co przy sianiu grządek na działce rodziców.
Tym niemniej znam do tej pory sporo osób, właścicieli niewielkich ogródków, które kalendarz biodynamiczny stosują i rozumieją na czym polega, choć nie umieją sami go wyznaczyć i korzystają z różnych kioskowych wydawnictw oferujących go na każdy rok.
Niedawno pani P. uświadamiała mnie co do faz księżycowych w zbiorach i przy siewie. Jest miłośniczką swoich ogródkowych upraw warzywnych. Powołuje się też na niego pani Nina, instruktorka z naszego GOKu.
Co do nas: Ania, jako absolwentka konwencjonalnej polskiej uczelni jest nieco oporna względem magicznych (czyt. nie-naukowych) technologii, ale jednocześnie... zapytowywuje mnie dość często, czy Księżyc jest teraz korzeniowy, owocowy czy może dobry dla kwiatów. I niekiedy podejmuje decyzje w związku z tym. Choć w naszym wypadku, gdy jest się zależnym od maszyn innych ludzi (siew i zbiory) i ich terminów, zgranie tych prac z fazą księżycową jest najczęściej niemożliwe i zdane na los szczęścia.
Ciekawe byłoby poznać szczegółowo i rozsądnie historię przekształcenia się (?) lub wpływu bezpośredniego idei i praktyki biodynamicznej w permakulturową. I na ile jest to tylko zmiana nazewnictwa i uproszczenie zasad, a na ile usamodzielnienie się nowych odkryć, które wyrosły i może przerosły koncepcję Rudolfa Steinera.

O biodynamicznym rolnictwie (ideach im przyświecających, samym twórcy i jego naśladowcach) wartościowy artykuł, autorstwa prof. Prokopiuka znalazłam w necie pod adresem:
http://www.gnosis.art.pl/e_gnosis/rozwidlone_sciezki/prokopiuk_rolnictwo_biodynamiczne1.htm

Trochę informacji na popularnym poziomie o biodynamicznej uprawie ogrodu w dwóch artykułach Beaty Romanowskiej. Pierwszy jest pod adresem:
http://www.se.pl/kobieta/dom-wnetrza/ogrod-biodynamiczny-cz-i_53944.html
a drugi na tym samym portalu.

15 października 2010

Chrzest niebieski czyli święto chaty

Wczoraj święto Ochrony Najświętszej Bogurodzicy (Pokrowa Preswiatoj Bogorodicy) ukryło znowu mieszkańców wioski w domach. Kobiety poszły w wigilię na wieczorne czuwanie do cerkwi.
Pamiętne to dla nas święto. Bo w zeszłym roku odbył się właśnie na Pokrowę chrzest naszej chaty.
Majstrowie rozkryli dach starej chałupy, wymienili belki stropowe, założyli z powrotem deski sufitowe nad starą częścią, a nad resztą zawiesili namiot z brezentu, oparty o sterczący w górę nowy komin. Wzdłuż chaty, po obu stronach umieścili belki krokwiowe i na to rzekli:
- Jutro Pokrowa. Nie przyjdziemy do pracy, bo to u nas wielkie święto. Nie wypada.
Szkopuł był w tym, że była to zdaje się środa i i dużo wcześniej zapowiadano na ten dzień nagłe oziębienie i opady. Żaden jednak argument do panów majstrów nie trafiał. Nawet ten, że mogli, znając prognozy pogody i kalendarz cerkiewny zgrać sobie wcześniej roboty tak, żeby nie zostawiać rozkrytego domu na pastwę żywiołów niebieskich.
- Siła wyższa - orzekli flegmatycznie.
Spędziłyśmy tę noc bardzo niespokojnie. Już wieczorem zaczął padać śnieg.
Nocowałyśmy w tym czasie, razem z psami i kotami w starym nieogrzewanym spichrzu, na materacach położonych na drewnianej podłodze, z głowami i nogami pod sprzętem sitodrukowym.
Opady wyrwały nas w nocy na dwór. Udało się jeszcze uruchomić samochód, podjechać pod chatę i wynieść z niej najcenniejsze rzeczy, czyli komputery, telewizor, różne dokumenty i trochę ubrań. Wiatr bowiem zrujnował namiot z brezentu, który pod ciężarem śniegu opadł na sufit bezwładnie.
Już rano nie dało się ruszyć samochodu, bo ugrzązł w śniegowej brei. Zaczynało się wielkie święto.
Wiatr przywiał ciepło i już w porannym słońcu śnieg zaczął topnieć. Ania spędziła kilka godzin na dachu (a raczej suficie, hehe) zgarniając na ziemię co się dało, łopatą, grabiami, miotłą i rękami. A ja podstawiałam w mieszkaniu miski pod kapiącą z sufitu na podłogę wodę. Poszły wszystkie miednice i wiadra, w końcu przyszło mi ustawiać talerze i kubki. Siedziałam w domu i co chwila wylewałam z nich wodę do głębszych naczyń, a z tych głębszych wynosiłam co jakiś czas na dwór.
Dźwięk kapiącej wody w całym domu był dominujący, jak z horroru.

I tak zeszedł nam ten dzień świąteczny. Zrobiłam zdjęcie, które postaram się odnaleźć w naszym archiwum i dać je na blogu. Nasza chata, z 12 krokwiami stojącymi wzdłuż ścian po obu stronach i kominem jak masztem wyglądała jak statek Argo, który wpłynął w lodową zatokę i tam zamarzł.

Następnego dnia zjawili się majstrowie. Zadowoleni, wypoczęci, najedzeni. I na nasze opowieści odrzekli tak:
- A czy to nasza wina? Myśmy temu nie winowaci. Bóg tak chciał i stało się.

Od tej pory deski sufitowe dostały zacieków i niestety, nie da się ich zwyczajnie pomalować. Trzeba wymyślać jakiś inny sufit. Ale tu też winnych nie ma.

No, więc uznałam, że Pokrowa to dzień chrztu naszego domu. I wczoraj umyłam z tej okazji wszyściutkie okna. Stanie się to dorocznym zwyczajem. A Ania rozmierzyła kafle terakotowe na podłodze w kuchni i wieczorem przykleiła trzy z nich na dobry początek.

14 października 2010

Koniec i początek

Wczoraj przyszedł Kościk i posprzątał to, czego Jarko nie zdążył. A więc wywiózł do dołu zalegające za chatą resztki ze ścianówki (lasujące się cegły, popękane kafle, glinę i kamienie), czyli to, co zostało po wybraniu wszystkiego, co nie uszkodzone i zdatne do przetworzenia w inną formę. Oraz przewiózł na inną kupę, w rogu podwórza pozostałości żwiru po budowie. Okazało się być tego dość sporo. Zwierzęta udeptały sobie tę kupę i zrobiły tam plażowisko i grzebalisko, dlatego wydawało się mniej, niż w istocie. Woził taczki całe popołudnie. Ale, na szczęście dla nas, zawziął się skończyć i zrobił to!
W tej chwili więc mamy podwórze uporządkowane, zapasy zimowe zgromadzone i pozostaje już tylko kilka drobnych prac do wykonania. Przed nadejściem pory rolniczych wakacji, czyli Pani Zimy.

Wpadła też z wizytą pani Hela i dalejże wspominać dawne dzieje. Jak to ludzie na wsi musieli kiedyś ciężko pracować, dorabiać się od zera, bez żadnych pożyczek czy zapomóg. Jej rodzice sprowadzili się tu z jedną krową, mieszkali w niziutkiej komórce, zanim tę chatę odkupili od kogoś w Puszczy i na tę piaszczystą górę przenieśli. Teście naszej sąsiadki mieszkali w tym samym czasie w "ziemlance" wygrzebanej na karczowisku. Kiedyś wąż tam wpełzł i wsunął się do dziecka uśpionego w kołysce w czasie, gdy pracowali w polu. W ziemiance także trzymali świnie, które były ich jedynym źródłem jedzenia przez jakiś czas. To miejsce jest już niezamieszkane, znowu porośnięte lasem. Pomiędzy drzewami istnieją jeszcze fundamenty budynku gospodarczego, który sobie później wystawili.
Opowiedziała też o dziejach nieistniejącej już dawno wsi Borki, sąsiadującej z naszą. Jej mieszkańcy sprowadzili się do niej przed wojną, bo ziemia była tania i mogli stać się rolnikami pełną gębą w zamian za poletko gdzieś indziej. Kilka lat karczowiska dawały plony, ale dość szybko gleba wyjałowiła się i przestała rodzić. Z ludnej wsi posiadającej nawet szkołę i przystanek pociągu pozostało z czasem kilku gospodarzy, a potem już nawet ostatni, obrabowany przez Cyganów w jeden dzień stamtąd uciekł do miasteczka. Jego ziomkowie ruszyli po wojnie na Ziemie Odzyskane i zapomnieli o tej wiosce, która wciąż wraca we wspomnieniach starszych okolicznych mieszkańców. Istnieją jeszcze ślady budynków pomiędzy drzewami w lesie, no, i przystanek na linii Nurzec-Stacja - Czeremcha. Wysiadają na nim zawsze gromadnie grzybiarze. I nazwa na tablicy widnieje: Borki. Taka to historia.
- Jak zamknę oczy to jeszcze widzę tę wioskę, wszystkie chałupy i budynki - opowiadała pani Hela - Światła w domach wieczorem i głosy ludzi i zwierząt słyszę. Ja tam nawet przez rok do szkoły przez las chodziła. Ech, przeminęło, nie ma, nie będzie.

13 października 2010

Starość puka

Wczoraj, przy wyjeździe na drogę coś w naszej Żeńce zastukało, pukło i okazało się, że jedzie dość mocno przechylona na lewy bok.
Prawdopodobnie pękła sprężyna od tylnego lewego amortyzatora. W zeszłym roku wymienianego.
No, tak. Żeńka (jej dawne francuskie imię Genevieve rozwiało się już na tutejszych wertepach dość dawno) już niemłoda jest. A musiała teraz wozić kilkakrotnie ciężkie materiały ze stolicy, potem drewno dębowo-grabowe, następnie worki ziemniaków i żyta. I klops.
Trza było zawrócić. Księgowa musi poczekać. Miejscowy mechanik ma czas dopiero w piątek. Zakład, w którym wymieniano Żeńce amortyzatory i są chyba jeszcze na gwarancji znajduje się 40 km stąd. Może warto będzie zaryzykować jazdę, ale najpierw po uzgodnieniach telefonicznych...

W zamian zatem zabrałam się za sprzątanie starych kafli i cegieł z rozebranej ścianówki. Jurek F. tak się rozczulał nad starymi kaflami i piał peany na temat starych glinianych pieców, że wstyd byłoby to zaniedbać i zostawić na pastwę deszczom i śniegom. Przebrałam zatem co lepsze i całe, nie pęknięte. Wytrząsnęłam z nich glinę i kamienie. I zwiozłam ich kilka taczek pod stodółkę, gdzie ułożyłam je zgrabnie na palecie (łoj, szczury będą miały zimą pod spodem super domek). Może kiedyś przydadzą się jeszcze do jakiegoś pieca chlebowego, kominka albo wędzarni. Niech leżą, jeść nie wołają.

12 października 2010

Srocze ogony

Lakierowanie posuwa się z dnia na dzień do przodu. Schodów i podłogi.
Wciągnęłyśmy na górkę dodatkową płytę osb, żeby nią zasłaniać wejście na poddasze. Teraz można drzwi do jadalnego otworzyć i grzać go, aby lakier szybko wysechł.

Trudno się żyje, gdy jednocześnie trzeba robić wiele różnych rzeczy. Z tego powodu każda realizacja wydłuża się w czasie wręcz w nieskończoność. Nie można jednak czegoś zostawić na rzecz czegoś innego. Po prostu się nie da.
I tak, jednocześnie wykańczamy dom (a tu w szczególe jest mnóstwo żmudnych czynności do wykonania), hodujemy zwierzęta, prowadzimy firmę, robimy projekty i rozwijamy każda własne zainteresowania. No, i od czasu do czasu trzeba zrobić zakupy, spotkać się z przyjaciółmi, pogadać, odprężyć się, wyjść z codziennego kieratu.
W rezultacie trzeba było nauczyć się cierpliwości, przymykania oczu na wciąż istniejące niedoskonałości otoczenia i cieszyć się drobnymi osiągnięciami. Jednak chwilami robi mi się ciężko na duszy, trudno to wszystko znieść, już piąty rok z rzędu.

Ania przez 2 popołudnia, spędzone w GOKu utkała swój pierwszy w życiu chodnik ze szmatek. Oto efekty na razie uwidocznione podczas pracy.


Chodnik jeszcze nie został odcięty ze wspólnego z innymi tkaczkami zwoju.

11 października 2010

Jesienny umiar

Jabłka zostały zebrane, zeżarte lub zgniły. Ich śladowe byty przyciągają do sadu dziki. Widać w trawie zryte ślady, nawet pod płotem od strony drogi i bramy! Wczoraj późnym wieczorem dziwne chrumkania spod chaty od strony pola wystraszyły spośród akacjowej gęstwy Jaśka.
Poza tym zimne noce i przymrozki ściągają dzikie ptaki bliżej domostw. Zaczęły zaglądać na taras i do obejścia stadka bogatek, sikorek ubogich, wróbli i pliszek. Bardzo to miły i rozweselający widok. Tacy goście zawsze przywołują na moją twarz uśmiech.

Lubię jesień. Palenie w piecu nie męczy mnie. Nie jest jeszcze intensywne, jak w zimie. Znikają przede wszystkim dokuczliwe owady. Oczywiście bywają, ale w ilościach do pominięcia. I jeśli tylko gryzonie są pod kocią kontrolą można bytować beztrosko.
Oprócz tego, co z lasu wyłazi i chrumka. Mam nadzieję, że do obejścia nie wlezie i nie natknę się na jakiegoś potwora w drodze do wychodka. Z którego w nocy przy okazji pasjami w gwiazdy patrzę. Teraz widoczne świetnie jak na dłoni.

9 października 2010

Jak kometa

Dzień jak co dzień (przetwarzanie grzybów i jabłek) przerwał telefon od zapracowanej w swoim ogrodzie Barbary.
- Wpadnie zaraz do was mój kolega, Jurek Fiedoruk. Sery są?
- Są. Zapraszam.
No, i zaraz wpadł, z synkiem. Spróbowali sera, wzięli od razu dwa. Dochodzące dojrzałości.
I pogadaliśmy sobie. O trendzie, który wieje teraz z Miasta na Wieś. O rzemiosłach, domach z gliny, starych domach podlaskich, warsztatach i kursach różnorakich, ludziach eko-wioskowych, którzy szukają tu i tam ziemi w większej ilości. Prowadzi teraz warsztaty garncarstwa dla dzieci w czeremszańskim GOKu.
Kiedy odjechał rozpakowałyśmy pakę samochodu (ziemniaki dla nas na zimę i żyto, do oddania siewcy), przeniosłyśmy wory kartofli do piwnicy i Ania pojechała na wioskę zawieść ziarno. Zabrałam się sama za dojenie kóz.

W trakcie udoju ujrzałam na niebie coś, czego nigdy nie widziałam. Było kilka minut przed 18. Niebo już lekko pociemniałe od zachodzącego słońca.
Nad Górą, wysoko, leciało coś jak samolot. Zrazu pomyślałam, że to chemtrails, bo zostawiał za sobą jasną, świecącą smugę.
Smuga jednak nie ciągnęła się, a towarzyszyła "samolotowi" w pewnej odległości. Dokładnie jak ogon komety.
- Ki diabeł? - pomyślałam i nagle przypomniał mi się dzisiejszy sen. Śniłam o wielkim pocisku, wystrzelonym z przelatującego dziwnego pojazdu, który spadł po środku naszej wioski. I nie wybuchł. Ostrzegałam mieszkańców wsi (było ich 350), aby uciekali jak najszybciej, bo to coś może w każdej chwili wybuchnąć. I ludzie zaczęli gromadnie wychodzić ze wsi.
Śledziłam poziomy lot pojazdu przez kilkanaście sekund. W końcu smuga zaczęła blednąć i zjawa szybko zniknęła. Działo się to na czyściutkim niebie.
Nie jestem znawcą lotnictwa. Ale nie był to samolot odrzutowy na pewno (nie zostawiał żadnego dźwięku ani śladu na niebie). Najbardziej przypominało to "coś" rakietę, czelendżera, lecącą płasko. Mogłoby być kometą, gdyby spadało albo tak szybko nie poruszało się i nie znikło.

UFO by mnie tak nie zdumiało, jak ten widok.

8 października 2010

Poprawka z rui

Kozy coraz grubsze i cięższe, poruszają się wolniej, dostojniej, więcej polegują w oborze albo na podwórzu, szybciej się męczą. Są już właściwie w pełni samodzielne i same potrafią zajść na buszowisko, pobuszować tam do woli, a potem wrócić do obejścia. Właściwie robią w ciągu wypasu pełne koło wokół niego. Zaczynają od sadu i spenetrowania pod drzewami świeżych spadów, potem idą drogą wzdłuż lasu na ugór, stamtąd zawracają na podwórze, piją coś, zjedzą świeże obierki z jabłek, przeglądają liście świeżo opadłe z jawora i dębów, zaglądają do swojej zagrody, potem wychodzą na drogę przed chatą i pasą się na stoku Góry. Mieszkańcy wioski są już przyzwyczajeni do ich widoku i uważają jadąc samochodem czy traktorem. One zresztą zachowują pełny spokój wobec ruchu na drodze. Przybiegają do domu na wołanie i klaskanie w ręce.
Trwa teraz poprawka z rui. Widocznie nie wszystkie poprzednio zostały zakocone, a młode po prostu były zbyt młode. Wczoraj Klapek odprawił rytuał godowy z Lubą, a dzisiaj Dziki Marian z Tynią. Zuzia wciąż nie wykazuje zainteresowania sprawą. Jest najdrobniejsza, choć ostatnio zaczęła się poprawiać, bo ją specjalnie karmię od czasu, gdy zauważyłam, że jest odpychana od miski przez swoich współ-boksiarzy.
Co do kur. Magiczna liczba trzynaście nie panowała zbyt długo. Od wczoraj jest ich już 12. Zabrakło jednego z dwóch najdorodniejszych kogutków zielonych nóżek.
W krzakach przy domu znalazłyśmy padłą młodą kunę. Coś ją zamordowało, i podejrzałam Łacia idącego skradającym się krokiem w tamtą stronę.

Z wolna pchamy zmiany do przodu. Ania uszyła nowe zasłony do kuchni oraz lakieruje schody i podłogę, ja ogaciłam kran zewnętrzny przed skutkami mrozu, starą jesionką, słomą i folią, palę w różnych piecach, no, i codziennie chociaż jeden raz uruchamiam sokownik.

7 października 2010

Wiatr nadaje

Wczoraj wzięło mnie na spacer po brzozowym gaju koło koziego buszowiska. Usiadłam na pniu ściętego dębu, u stóp trzech dębów i właściwie chciałam pogadać ze sobą, z duchami przodków w ważnej dla mnie kwestii przyszłości. Kiedy tak siedziałam, nie wiem ile czasu, zapadł zmierzch i wyjrzały gwiazdy. Trochę wiało. Wiatr kołysał gałęziami czeremchy. Towarzyszyła mi z własnej nieprzymuszonej woli Kola z Jaśkiem. Kola u stóp, Jasiek za mną na pniu siedzący.
I wtedy, próbując rozmawiać z moimi prywatnymi przodkiniami z regionu tutaj dalekiego nagle coś usłyszałam. Brzmiało to jak płynąca z daleka muzyka. Wsłuchałam się w szum wiatru, który ją niósł. "Widocznie, ktoś jadąc od granicy zatrzymał się i wysiadł, zostawiając głośno nastawione radio w samochodzie" - pomyślałam zrazu. Melodia była ruska, ludowa, chóralna, niewątpliwie. Ładna, jak czastuszka, ale nieznana mi.
Jednak kiedy tak siedziałam dalej, już nie o zmierzchu, a w nocy, i wiatr dalej wiał tą samą melodią zwątpiłam, że to radio samochodowe.
Nie zmieniła się. Słów nie szło rozpoznać.
Melodia tej ziemi, lud słyszał ją i tak grał, jak ziemia śpiewa. Stąd bierze się muzyka. Z ziemi. Z tej ziemi ta muzyka.
Kiedy w końcu, nie wiem, po godzinie-półtorej ucichła, ruszyłam ostrożnie z powrotem do domu. Wysoko stawiając nogi, żeby nie potknąć się o jakiś pień w trawie. Wyciągając przed siebie ręce, żeby ominąć krzewy. Prowadził mnie pies.
Próbowaliście chodzić nocą po lesie?

6 października 2010

Muzyka, która prze i znika

Czaroffnico z Irlandii, słuchająca Kapeli ze wsi Warszawa, osobiście nie odpowiem na twoje wyzwanie-pytanie o muzykę wprost, lecz zza węgła. A Ania niech sobie mówi, co chce i kiedy chce na ten temat. Pewnie walnie Bałkanami i Ukrainą, jak ją znam.
Nie słucham muzyki w ogóle już, nawet, gdy ją słyszę. Nie szukam poprzez nią transu, odlotu, euforii, wzruszeń, podparcia ideologicznego, itd. Czemu tak jest, to by długo opowiadać. W skrócie, kiedyś przeniknęły przeze mnie dźwięki i rytmy, zaszumiały we krwi i zostawiły po sobie... wielką ciszę.
Zatem z muzyki, którą słucham stale z przejęciem to:
- cisza,
- wiatr,
- bębnienie deszczu o dach,
- śpiew ptaków, a specjalnie pianie koguta oraz gdakanie kury, gdy zniosła właśnie jajo.
No, i koniecznie dodać muszę:
- rytm własnego oddechu.

Odpoczynek

Po każdej zmianie, a do zmian największych bezwarunkowo należą zmiany wystroju i wnętrz, w których przebywa się najczęściej, trzeba odpocząć. Czyli zmienić tryb życia. Jednym słowem pracujemy zrywami, tak samo odpoczywamy. Dziś zerwałyśmy się samochodem do Bielska. Do banku, ale i po zakupy, a przy okazji sprawy firmowe może pchnąć.
Wizyta w Kauflandzie przekonuje, że niepostrzeżenie ceny niektórych podstawowych artykułów zwyżkują i pewnie kiedyś chwycą wszystkich za gardło.
Póki co kupiłam trochę puszek, groszku, fasoli, kukurydzy, koncentratu pomidorowego, żeby uzupełnić zapasy zimowe. Przydadzą się w czasie, gdy zaspy śnieżne i mróz unieruchamiają człowieka na całe tygodnie w domu.
Przed marketem niespodzianka! Maryna, znajoma Białorusinka. Rozpoznałyśmy się po ponad dwóch latach z niepewnością, ale zawsze. Trochę nowin, polsko-rosyjskim narzeczem. Jej mąż pracuje, postawili dom, córkę wysłali na studia nauczycielskie, a ona rok temu urodziła szczęśliwie synka. Zaprosiliby nas w gości, ale konieczność załatwienia wizy i opłacenia ubezpieczenia to wydatek ponad 300 euro.
- Nu, żdajem i żdajem, kak polityki dogadajutsa, cztoby był ruch biez wiz blisko granicy, a koniec kancow niczewo - mój rosyjski jest bardziej murzyński, niż ustawa przewiduje, ale zawsze mam pokusę pogadać w obcym języku i sobie nie odpuszczam.
W takim razie dostali zaproszenie do nas na czaj. Kiedy zechcą przy okazji wpaść przejazdem.

A w domu, jak w domu. Kozy z obory i sio. Ania na rower i do domu kultury, chodniczek tkać. A ja do garów.

5 października 2010

Taki smaczek

Stara uschła grusza przy drodze koło naszej chaty obrodziła niespodziewanie i obficie... opieńkami. Ania zebrała za jednym razem cały koszyk.

Schodami w górę

W nocy iskrzyły się gwiazdy na czyściutkim niebie jak rozrzucone kryształy. Zerwał się wysoki wiatr z południa i... Mn.w. około 2 zaskrobał delikatnie pazurek w drzwi tarasowe, a potem rozległo się cichutkie proszące miauknięcie.
- Jasiek zmarzł i chce wejść - zrozumiałam od razu.
- Nie, on chce jeść, a potem będzie piłował mordkę, żeby go wypuścić.
- Mówię ci, zmarzł.
Wszedł i natychmiast biegiem wskoczył na łóżko. Mrucząc wielkim głosem ulokował się na mojej poduszce, po czym swoim sprytnym sposobem, opracowanym w najdalszym dzieciństwie wsunął swoją kocią dupencję pod kołdrę.
Spał tak do rana, i rano też. Przespał śniadanie, dojenie i dopiero, gdy słałam pościel wyskoczył jak z procy prosto na dwór.
Reszta kotów też spędziła noc w mieszkaniu. Łacio na Fotelu Szefa, swoim ulubionym, a Kicia w koszu na drewno.
Znaczy, zrobiło się zimno.

Ania przywiozła z sąsiedniej gminy kupione okazyjnie u kogoś drewno na opał. Grabowo-dębowe, już pocięte i porąbane i co nieco przesuszone. Trzeba było 2 razy jechać, ale udało się zmieścić 3 metry sześcienne na przyczepce.
Od razu je ułożyłyśmy w ścianki. W takim razie jesteśmy najszczodrzej licząc jakieś 2 lata do przodu z zapasami na zimę. A najoszczędniej na 3.

Zjawił się także stolarz i zamontował schody.
Trzeba było wyciąć kawał stropu, żeby można po nich chodzić bez schylania się jak wąż.
Ale są wreszcie, uf! Teraz lakierowanie przed nami.

4 października 2010

Koszty ogrzewania i inne oszczędności

Oto kolejny dzień pracy Jarka.
Kilka solidnych, zdrowych bali ze starej chaty, usuniętych tylko dlatego, że zostały wymienione na nowe dłuższe, do tej pory zalegających za domem wylądowało porządnie na ścianie garażu. Wszystko poskładane starannie, z przekładkami, aby drewno oddychało i nie psuło się. Posłuży jeszcze w celach budowlanych na pewno. Trzy stosy takich dyli i żerdzi na wciąż nieskończony płot zostały nakryte blachą ze starego dachu. Nie została wyrzucona na śmietnik, bo nada się jeszcze spokojnie na pokrycie kolejnego daszku na drewno opałowe. A teraz chroni bale przed deszczem i śniegiem.
Przytargał także gałęzie z koziej zagrody, które był jeszcze ściął z grabów i sosen powiedzmy-Sławko kilka miesięcy temu, czyszcząc zdziczały drzewostan. A potem starannie okorowały kozy. I złożył je na kupę pod drewutnią, żeby w najbliższym czasie pociąć. Co znacznie zwiększy nasze zimowe zapasy opału.
Resztę drewnianych odpadów z szalówki i okien rezydujących dotąd za domem pokawałkował na krajzedze i ułożył z nich sporą ściankę na tarasie. Spalę je w tym miesiącu pod płytą.

Z opalaniem domu już ocieplonego wełną mineralną i oszalowanego, z dyla grubości 13 centymetrów (który sam w sobie w zeszłym roku wystarczył na całkiem znośne zimowanie) ma się w te chłodne jesienne dni i noce następująco.
Przepalam w ścianówce przez godzinę co kilka dni. W międzyczasie albo palę pod płytą, aby zagrzać wodę na kąpiel i zmywanie (też co 2-3 dni), albo, jak ostatnio - wystarcza ogrzanie domu sokownikiem lub piekarnikiem elektrycznym, czyli dłuższym gotowaniem na kuchence gazowo-elektrycznej. Co przy jesiennym przetwórstwie żywności jest normą. Do stałej temperatury ok. 20-21 stopni, wystarczającej, aby chodzić po mieszkaniu w krótkim rękawku.
Ogrzanie przestrzeni mieszkalnej składającej się z kuchni i dwóch pokojów, z których jeden jest otwarty na rozległe i nie do końca jeszcze docieplone (na szczytach) poddasze. Łazienka, docieplona od wewnątrz dodatkowymi 5 cm wełny mineralnej, choć osobna, ma w sobie tyle ciepła, że można się w niej śmiało kąpać bez włączania grzejnika.
Dodam, że palenie teraz w ścianówce czy pod płytą zużywa drewno najgorszej jakości, szczapy ze starych listew, patyki z lasu, suchy chrust, resztki z budowy, obrzynki z desek. Ot, wychodzę z domu kilka kroków i zbieram 2-3 naręcza tego drewnianego śmiecia na podwórzu, w zagrodzie i w lesie. Tego nigdy nie brakuje, bo każda zima przynosi nowe połamane od śniegu gałęzie, a każda jesień - objedzone i uschłe przez kozy.
Ile drewna opałowego zużywamy zimą w c.o. i w innych piecach trudno powiedzieć. Bo wciąż mamy zapasy ze starej chaty i swoje, przywiezione z Dąbrowy. Zeszłej zimy poszło nam półtora daszka opału. Może kiedyś przeliczę to na metry sześcienne. W każdym razie wszyscy byli zdumieni, że spaliłyśmy tak mało i tak słabego drewna (głównie stara sosna, trochę brzozy). Bo w naszym regionie ludzie lubią szczodrze dokładać do pieca, a gdy mają c.o. szczytem bogactwa jest palić tak, aby w domu, od parteru po strych było 32 stopnie. Nam starczało 21-22 stopnie. Swoją drogą więcej wyciągnąć się nie dawało, bo dom był nieszczelny. Nowe bale rozsychały się i w dobudowanej części domu ujawniły się nawet centymetrowe szczeliny między nimi. Niemniej 21 stopni przy 32-stopniowym mrozie uważam za spory sukces. Po doświadczeniach zimowania w starej zimnej chacie (o budowie szkieletowej) na Dąbrowie, które muszę do szkół przetrwania w ekstremalnych warunkach zaliczyć. Bo tam normą było 16 stopni po południu (18 przy samym nabuzowanym piecu) i 5-7 stopni rano.

Gazowe oszczędności

Żeby tyle pracować przy garach w niedzielę to grzech. W końcu wieczorem los się nade mną zlitował i zesłał koniec gazu w butli. Sokownik musi poczekać na następną, podobnie grzyby. Które Ania pracowicie targała wczoraj z lasu w koszach, a potem obierała tak długo, że zapadła w sen.
Podgrzybki, turki i opieńki.

A propos zużycia gazu. Oprócz kuchenki gazowej korzystam również w ciągu wszystkich sezonów (choć w różnych różnie) z płyty żelaznej opalanej drewnem, a zimą z pieca c.o. W Hajnowskiem robi się specjalne kotły, przystosowane do spalania drewna, z fajerkami i przestawianym rusztem (tzw. letnim i zimowym). Zatem ogrzewając zimą dom można spokojnie gotować na nich obiad, czy postawić czajnik z wodą na herbatę. W obrębie roku daje to spore oszczędności, jak to widzę właśnie na butli.
Jedna starcza nam na średnio siedem-osiem miesięcy.

3 października 2010

Małe dokonania

Kolejne maleńkie kroczki do przodu dokonane. Wczoraj. Jarko był w dobrym nastroju do pracy, a że jest silniejszy od Kościka, swego brata, to i zawsze widać lepiej jego dokonania. Wywiózł kurzeniec z kurnika i wrzucił w zamian ściółkę z koziarni, na której Gusia do tej pory urzędowała w przejściu między kozimi boksami. Potem poukładał stare bale na elegancją kupę, niektóre z nich, co mniejsze pociął na krajzedze, porąbał siekierą pocięty dawno pień starej gruszy i poukładał to wszystko na ścianie obory, aby schło. Zrobił też niewielką przecinkę wśród połamanych i uschłych gałęzi robinii akacjowej, zarastającej płotek od strony wschodniego sąsiada. Którego na oczy nie widzielim, choć tyle wiemy, że w telewizji pracuje.
A propos robinii, to muszę stwierdzić, że wbrew temu, co uważa Wojtek Majda, to jest to drzewko bardzo lubiane przez kozy i nie widzę, aby im konsumpcja gałęzi akacjowych krzaków, liści i kory w czymkolwiek szkodziła. Nie boją się także jego kolców. Zresztą kozy swoimi miękkimi wargami i silnymi szczękami świetnie sobie radzą ze wszystkim co cierniste i kolczaste, i nawet jest to zawsze ich specjalnym przysmakiem. Począwszy od zwykłej pokrzywy czy ostu, po dziką różę, maliny, pigwę czy właśnie popularną "akację".

Ponadto zjawił się elektryk i zamontował gniazdko na tarasie oraz dodatkowe oświetlenie nad stołem. Zawiesił też nowy żyrandol na poddaszu. A że to człek rosyjskojęzyczny to sobie jeszcze ruską mowę poćwiczyłam.

Ja zaś oprócz karmienia pracowników i zwierząt zajęłam się wyciąganiem soku z naszych cennych antonówek z pomocą świeżo kupionego sokownika jakiejś niemieckiej marki. To cud-maszyna. Co prawda wydajność, przy naszym jabłkowym urodzaju, niewielka (za jednym razem można uzyskać 2 litry czystego soku bez domieszki wody), ale cierpliwością można wiele dokonać. Wczoraj wydostałam z owoców 8 litrów, przy czym część wlałam w siebie, próbując różnych wariantów słodzenia, niesłodzenia, goździkowania i cynamonowania. Pozostały z procesu odparowywania soku słodki miąższ jabłeczny kozy wciągają w okamgnieniu.

2 października 2010

Pierwszy szron

Z tą zimą to nie żarty.
Wczoraj wzięło mnie na bielenie rur kaloryferowych i innych, przyozdabiających malowniczo naszą kuchnię. Przy okazji machnęłam też lakierobejcą od wewnątrz okno w kuchni i w łazience, bo wciąż odkładałam tę czynność na później. Do przeschnięcia zostawiłam je uchylone. I te niewielkie w sumie szparki dokładnie wychłodziły przez noc połowę domu.
Rano zaś kolejny zdziw. Biało od szronu na pastwiskach i w polu.

Przyszedł Jarko. I sprząta podwórze.
Ja bawię się w palenie w chlebowym (suszenie grzybów), pieczce, gotowanie, karmienie, sprzątanie i dozorowanie sokownika.

1 października 2010

Co jedzą koty?

Co jedzą koty, kiedy zabraknie kitiketa albo łyskasa?
Z rzadka miewam ten problem. Powtarza się on jesienią, kiedy koty dostają dzikiego apetytu i zapasy chrupków kurczą się szybciej, niż założenie kupującego.
Bo Łacio je teraz "na okrągło". Późną jesienią przypomina już dobrze utuczone prosię. Zimą okazuje się niestety, po co mu to. Bo kiedy przychodzi styczniowa ruja i kocur idzie "w długą", wraca już jako przysłowiowa "śmierć na chorągwi". Czyli szkielet obleczony w za dużą skórę, i to najczęściej poszarpaną i podziurawioną w wielu miejscach.
Kicia jest bardziej obrotna, jeśli chodzi o wyżywienie własne. Dlatego jest mniej żarłoczna. Przeważnie z Jaśkiem, swoim przybocznym spędzają noce na tarasie i czatują na myszy wokół domu. W efekcie żadna nie ma prawa nas niepokoić. Kończy żywot gdzieś w najbliższej okolicy. Przepraszam, jedna, zwabiona zapachem sera w pokoju, w którym otworzyłam na noc okno wspięła się po ścianie i nawet napoczęła ów ser w nocy. Ale rankiem już skończyła życie w zębach Łacia, który, jako jedyny z kociej rodziny sypia najczęściej w domu przy piecu.
No, więc co im dać do miski, gdy nie ma chrupków?
Trzeba sięgnąć po wiedzę naszych matek, babek i prababek.
Stwierdzam, że każdy kot ma nieco odmienne gusta smakowe. Kicia na przykład lubi suche chrupiące ciasteczka (najlepiej herbatniki), a Jasiek tego nie tknie. Za to uwielbia naleśniki z twarożkiem. Łacio jest zwolennikiem tłuczonych ziemniaków ze skwarkami. Albo kaszy z omastą. Ale wszystko inne też jesienią zje bez szemrania.
Tuczę je zatem słoniną z kabana (którą wciąż się zajadamy, bo całkiem niedawno odkryłam ją w piwnicy i stwierdziłam, że pysznie dojrzała), ziemniakami z tłuszczem, resztkami z obiadu, twarogami i nawet serami dojrzałymi, które bardzo lubią, byle im pokroić na kawałeczki, no, i mlekiem.
Mleko piją przeważnie dwa razy dziennie, po każdym udoju. Znają tę porę i czasem cała trójka zbiera się pod oborą i cierpliwie czeka aż skończę doić. Czasem bywają pojedynczo. Jasiek wtedy łasi się namiętnie do moich nóg oraz pije wodę z koziego wiadra, najchętniej razem z którąś swoją ulubioną kozą (czyli Kazią, Lubką albo Gwiazdą). Kozy obwąchały go już dawno i traktują jak swojaka.
Potem koty biegną za mną, gdy niosę wiadro z mlekiem do domu i z wyprężonymi ogonkami ustawiają się w szeregu do swoich miseczek. Ciepłe mleko prosto z cyca to jest podstawa dnia!
I tak się sprawa ma z kotami. Proste, prawda?