31 sierpnia 2010

Krosna i ser


Ania pomagała dzisiaj instruktorce z domu kultury, pani Ninie w nawijaniu osnowy do tkania na krosnach. Szykuje się z wolna na długie jesienno-zimowe wieczory kurs tkacki.



U mnie bez zmian. Popasłam kozy na ugorze. Udało nam się zdążyć przed ulewą popołudniową, która rozpoczęła się po 13 i właściwie nie ma jak dotąd żadnej przerwy. Łacio zamelinował się w ciepłym domu, na łóżku, na miękkim kocyku, zwinięty w kłębek (od niedawna spędza nawet noce w domu, przeważnie na górce albo na stole w jadalnym). Kicia i Jasiek trwają w drzemce na tarasie. Zmoknięte kury próbowały przetrwać na tarasie i ganku, ale dały sobie spokój i zgromadziły się przed kurnikiem pod wystającym dachem obory, grzebiąc ziemię z podkulonymi ogonami. Jedna Gusia nic sobie z deszczu nie robi, pasie się słodko przy drodze i na podwórzu w swoim nieprzemakalnym i ciepłym, białym płaszczyku z piór.
Palę pod płytą, już nie tylko po to, aby zrobić zwarnicę z serwatki i zakisić wczorajsze mleko na twaróg, ale głównie po to, aby ogrzać dom. Zrobiło się chłodno, na moje wyczucie ok. 14-15 stopni. Lubię takie dni (dobrze, że kozy nie słyszą i nie rozumieją), bo mogę w strzelającym szumie palącego się drewna spokojnie pracować na komputerze. Literki, literki, korekty, notatki, analizy, przeglądy. A na koniec kąpiel, w gorącej wodzie z domieszką świeżej serwatki.

30 sierpnia 2010

Miasto

Wyjazd do Białego(stoku). Dzień zaczął się ładnie, nawet dość słonecznie. Po drodze zdumiewałam się przedziwnymi wałami chmur na wschodnim niebie. Tego się nie opisze. Stykały się ze sobą dwa zwaliska chmur dokładnie pod kątem prostym, jedno długie płaskie, drugie stojące. Nie zdziwiłabym się, gdyby wielka aktywność chemicznych smug od wczesnej wiosny w Polsce, a zwłaszcza ich codzienna obecność w drodze z zachodu na wschód widoczna nad naszym regionem, nie miała na celu ataku klimatycznego na Rosję. Zważywszy niezwykłe skutki tego lata nad Moskwą.
Załatwiłyśmy sprawy firmowe i wylądowałyśmy w markecie budowlanym. Teraz kupujemy lakiery do podłóg, farby akrylowe do sufitów, farbę olejną, pędzle, rozpuszczalniki itp. A potem w Auchan zwróciłam uwagę na coraz bardziej spiekielniającą się ofertę reklamową. Okładki zeszytów dla dzieci, gier PC, książek dla młodzieży pełne diabolicznych i potwornych motywów to mało, bo mnóstwo tej piekielnej agresji przybyło też na nalepkach alkoholi w dziale alkoholowym. Czerń z czerwienią, nazwy, piw, tanich win i wódek, nawet herbatki bywają grzeszne w nazwie i wabią grzesznego klienta.
Z zasady nie kupuję nic, co ma tego rodzaju chwyt w sobie. Przeważnie kryje on grubą krzywdę. Puszki z karmą dla psów i kotów o nazwie Dante są piekielnie trujące i palące żołądek, moje zwierzaki wszystkie jak jeden mąż rzygają po nich dalej, niż widzą.
Pamiętam z lat dziewięćdziesiątych tanie wino marki "Uśmiech wampira", które było hitem na wsiach pod Olsztynem. Zostałam czymś takim poczęstowana na urodzinach pewnego współ-biwakowicza, który kupił tego kilka skrzynek, żeby biwakowców uszczęśliwić. Nie dało się skonsumować, nawet przy silnej woli. Całą szklenicę musiałam wylać do ziemi.
W drodze z powrotem radio już nadawało, że nad Polską szykują się dziś i jutro wielkie ulewy. I jak na zawołanie wjechałyśmy za Zabłudowem w wielką ciemną chmurę lejącą sowitym deszczem, ciągnącą z zachodu. Na szczęście im bliżej nas, tym się rozjaśniało i okazało się, że w domu jest ok.
W ciągu godziny trzeba było nadrobić cały dzień. Kozy do lasu na żer, psy i koty nakarmić, potem kury i gęś, ugotować obiad nam, i karmę dla psów na jutro, zlać mleko na zsiadłe do garnków, no, i na koniec wgonić kozy do obory, zamknąć kury w kurniku i wydoić kozuchy, nakarmić stare i młode, gęś zamknąć w koziarni, napoić koty świeżym mlekiem, zlać je (tj. mleko) do garnka, wystawić na taras. Uf... i zajrzeć w komputer. W którym dzieją się też różne zastanawiające rzeczy.

28 sierpnia 2010

Jaka praca taka płaca

Chłopcy dwaj, że chcieli sobie dorobić osobno, przybyli za pozwoleniem szefa naszej brygady samodzielnie, by szalować ścianę w kuchni. Wczoraj była rozmowa z szefem o formie zapłaty. Ugodziliśmy się, że za pakamerę 2x2, w której okno i troje otworów drzwiowych stoi, a więc wymagającej czasochłonnej pracy dostaną zapłatę za godzinę. Reszta miała być po staremu, od metra.
Nie wiem, kto czego nie zrozumiał, ale chłopcy dwaj, przybywszy do roboty o dziesiątej zaczęli podejrzanie wolno wszystko robić. Ponieważ siedziałam długo w mieszkaniu trudno mi było tego nie zauważyć. Po dwa piwa wydudlili (nasze), zjedli śniadanie, potem obiad (kartofelki ze sztukamięsem i kiszonymi ogórkami, więc nie byle jaką zalewajkę) oraz paczkę papierosów spalili na tarasie, deski nosząc i przycinając w tempie zwolnionego filmu. Poszłam zatem ze skargą do Ani, w pracowni ciężko pracującej na chleb powszedni.
- Coś mi się zdaje, że chłopaki są przekonani, że cała kuchnia ma być na godziny. I w takim tempie będą się z robotą pieprzyć przez tydzień.
Oglądnęłyśmy robotę. Przed osiemnastą było tyle: olistwowali jedną ścianę z drzwiami i jedną w pakamerze i ułożyli deski na połowie drugiej ściany.
Tu muszę powiedzieć, że znam ich prawdziwe tempo pracy, bo szalowali dom z zewnątrz...
Ania odwiozła ich samochodem do miasteczka i wszczęła rozmowę z szefem. Uprzejmie. I wyszło na to, że panowie nie są zainteresowani inną płacą, niż na godziny, są przekonani, że tak się ugodzili na całość roboty i w takim razie nie chcą tej fuchy i już do pracy nie przyjdą.
- Ok - powiedziała Ania - Wam się nie opłaca, mnie się nie opłaca. Trudno. Będę szukać innego wykonawcy. Dziękuję.
I tyle dnia.
Aha, Koli skończyła się wreszcie cieczka, która prawie przez miesiąc ściągała wszystkie małe i duże kundle ze wsi do obejścia. Najprzykrzejsze były Ufo i Nol, należące do pewnego mieszkańca wioski, winne moim zdaniem pomniejszenia mojego stada kurczaków przy okazji.
Poza tym wzięłyśmy się za sprzątanie starych cegieł, wywalonych pod oborę przez pierwszego zduna przy rozbiórce starej kuchni i komina jeszcze w zeszłym roku. Część już się zlasowała, część najlepszych ułożyłam zgrabnie i nakryłam od deszczu.

27 sierpnia 2010

Jesienny remont

I jesień, jesień już, śpiewa się samo. Leje od rana, kozy przestały prawie cały boży dzień przy żłobie. Była jednak dobra strona tego medalu, bo... pojawiła się niespodziewanie brygada i założyła listwy w kuchni, a na nich gipsokarton pod glazurę. Jutro szykuje się ciąg dalszy.

Dla ucieszenia pamięci zamieszczam link do reportażu internetowej tv z tegorocznego festiwalu w Czeremsze.
Festiwal folkowy "Z wiejskiego podwórza" Czeremcha 2010.

26 sierpnia 2010

Ciepło zimno

Pogoda od dwóch dni jesienna się zrobiła. Wielkie skłębione chmurzydła na niebie, temperatura spadła poniżej 20 stopni. To dobrze dla serów, wyjęłam je z lodówki i poukładałam na regale w najchłodniejszym pokoju przy uchylonym na dwór oknie, niech dojrzewają. Ale kozy straciły ochotę na całodzienną wędrówkę po polach i wokół obejścia. Najchętniej to w ogródku by pobuszowały, dynię i pomidory zeżarły. Pasłam je dzisiaj osobiście na łące pani Wiery za stodołą, po skoszeniu przyjemnie zieloną. Tak jakby zapomniały, że jesień przyszła wczesna i jadły, jak dawniej, z zapamiętaniem. Niemniej mleka już mniej. Z 10 litrów dziennie spadło do 8, w porywach 8,5 litra.
Z tego wszystkiego rozpalam pod kuchnią codziennie przez godzinę-dwie i jest przyjemnie ciepło wewnątrz do następnego popołudnia. Ocieplenie chaty sprawdza się. Przedtem napalenie pod płytą ogrzewało raptem kuchnię, trochę pokój na wieczorne kilka godzin i tyle.

Władza i lud

Wczoraj władza zjechała na wioskę. Dyskusja odbyła się u stóp Góry, na asfalcie, w gronie sąsiadów, którzy się zeszli i władzę szczelnie otoczyli. Przydreptała także ciekawska Gusia, która na szczęście dzioba nie otworzyła w dyskusji, jedynie pilnie obserwując wójta i jego świtę.
No, i co tu dużo gadać. Projekt rzecz święta, ma pieczęcie zatwierdzające i umieszczony został na prawomocnej mapie. Nikt już nic nie wskóra. A można było inaczej, oszczędniej i lepiej dla mieszkańców, puścić wodociąg drogą szutrową, a nie asfaltową, która biegnie skrótem od sąsiedniej wsi, z której rurę ciągną, a przy okazji zaopatrzyłaby nas bliżej w wodę, bez konieczności rycia w ziemi 50-metrowego rowu. Inni mają gorzej... Pani Marusia ma 100 metrów do przyłącza, i Pioter do swojej chaty blisko 80. Powiedzmy-Sławko nie chce wodociągu, woli studnię, ale gdyby zechciał, to byłby jeszcze większy kłopot... Władza ustami wieloma wyłuszczyła, że ma być jak jest i kropka. Staruszkowie muszą sobie sami radzić.
Inną kwestią jest koszt kopania rowu pod rurę. Firma, która to robi z ramienia gminy bierze kosmiczne pieniądze, 50 zł za metr. Przeliczcie sobie ile musiałaby ze swojej renty odłożyć pani Marusia i jej 80-letni mąż, mając 100 metrów do przeciągnięcia.
Szukamy zatem tańszej kopary i już są pewne widoki.
Na razie nie spieszymy się, bo kopania połączymy z zakładaniem oczyszczalni ścieków.

Dzisiaj niespodzianka dla wszystkich, którzy poszli chleb kupić do sklepu na kółkach. Zajeżdża takowy co 2 dni ok. 11 godziny. Mianowicie chleb zdrożał o 30 groszy. Zboże na mąkę dla piekarni podrożało ponoć 60%, tymczasem jak wiemy kwintal żyta u chłopa można dostać za 40-60 zł, niewiele drożej, niż w zeszłym roku.
- Nu, szczo, budem kartofle jeść, a na szczo nam chleb! - rzekła sąsiadka.

24 sierpnia 2010

Późne lato

Zrobiłam obchód włości, z Kicią, Kolą, kozami i Gusią, drepczącą uparcie krok w krok za naszą gromadką, nie zważającą na trudy przedzierania się niezgrabnymi łapkami przez rżysko, chaszcze i wysokie trawsko. Trawa na ugorze wyschła dokumentnie, ale zielone liście zakrzaczeń są ciągle atrakcją dla kóz. Czeremcha już owocuje, choć kiście nie są jeszcze w pełni czarne, a owoce słodkie. Trzeba będzie zerwać je już niedługo na świąteczną nalewkę.
W sadzie pełno spadów. Kozy nie nadążają uprzątać. Pozwalamy zbierać je ludziom ze wsi i sąsiadom, przyzwyczajonym od lat, że sad był długo bezpański, a zatem jakby wspólny. W zamian jednak dostajemy warzywa z ogródka, które u nas nie wyrosły (cukinię, ogórki, koper, marchew, buraczki), a nawet masło własnej roboty.
Same robimy codziennie świeży kompot bez cukru, świetny dla zgaszenia pragnienia. Resztki zjadają zwierzęta. Próbny cydr w 5-litrowym gąsiorku nabiera mocy, kwas już dawno został wypity. Niektóre jabłka są już w miarę dojrzałe w smaku i te pokrojone na cząstki zaczynamy suszyć na kuchni.
Wypróbowałam przepis na twarożek podpuszczkowy, który na koniec miksuje się ze śmietanką albo masłem oraz dodatkami ziołowymi. Wyszło tego dość sporo, więc przygotowałam trzy rodzaje, z nacią pietruszki i solą, z pieprzem czarnym mielonym i solą i śmietankowy do użycia na słodko z miodem albo konfiturą. Spore śniadaniowe urozmaicenie po zwykłych twarożkach z kwaśnego mleka, serach miękkich i dojrzałych maziowych, no, i żółtych rozmaitych.

23 sierpnia 2010

Kruk i woda

No, i przeleciał nade mną wczoraj kruk, kierując się od miasteczka ku polom. No, i wykrakałam, że jakiś urząd od dołków kopania zwrócił na nas oko. Dziś rano nawet żem dwóch kóz nie wydoiła, gdy zajechała na nasze wiejskie "rondo" przed bramą (przy którym mieszkamy my i dwoje sąsiadów, a po drugiej stronie wznosi się Góra) kopara z przyczepą, a na niej potrzebne narzędzia, rury i trzech pracowników. Ciągną wodę. I zaczęli od nas, jako pierwszych. Mamy zagwozdkę. Ciągnąć rury (już na własny koszt) od bramy do domu 45 metrów, po drodze przebijając się przez instalację studzienną własną i ryzykując jej uszkodzenie, czy ciągnąć jedynie 10 metrów do starego spichlerzyka, gdzie stanęłaby studzienka pomocna w razie awarii, lecz niekoniecznie czynna w zimie. Rzecz w tym, że na razie woda z abisynki jest, ale zawsze może się zanieczyścić, zamulić owa rura studzienna i nigdy nie wiadomo kiedy coś takiego się wydarzy. Zatem ryzykować, płacić i kopać, czy na spokojnie czekać rozwoju wydarzeń.

21 sierpnia 2010

Pustynia w lesie

Pomalowałam roztworem wapna i wody graby w koziej zagrodzie. Trzeba było, bo wiosenne malowanie ochronne przyblakło i miejscami kozuchy zaczęły się dobierać do kory. A nie chciałabym stracić tych drzew. Uwielbiam je. Lasy grabowe robią niezwykłe i egzotyczne wrażenie, jakby z tolkienowskiego snu.
Coraz ich mniej. W sąsiedniej gminie, gdzie zdarzają się jeszcze grabiny leśnictwo wycina je na potęgę. Drewno grabowe jest cenne jako opał i gra rolę w nowoczesnych systemach opałowych opartych o najlepsze gatunki drzew. A takie "ekologiczne" systemy ogrzewania zamontowali sobie najbogatsi i ludzie u władzy. Jadąc na Grabarkę "podziwiałam" kilka nowych gniazd, tj. wyjebanych chamsko (przepraszam za słownictwo) ogromnych polan w lesie i wielką nieobecność najpiękniejszych okazów grabów, dębów i brzóz.
Zresztą, co tu dużo mówić. Od trzech dni trwa taka wycinka gdzieś blisko naszej wioski. Od rana do nocy słychać z lasu warkot piły, pokrzykiwania drwali i co kilkanaście minut wielki ostatni jęk powalanego drzewa.
Z faktów przez nas stwierdzonych podczas budowy: w hajnowskiem legendarna zasobność w drzewostan to pokutujące dawne przekonanie, przeżytek nie mający pokrycia w rzeczywistości. Drewno jest tu na tartakach słabe, młode, cięte w lecie, i drogie. Droższe, niż w zachodniej Polsce!
Pamiętam opowieść sąsiada z Dąbrowy, starego już człowieka.
- Boże, ile tu kiedyś ptasząt gniazdowało i kląskało rozmaicie! Teraz łyse polany, drzewa jednorodne, nie ma dzikich jabłoni, pszczoła nie ma gdzie usiąść. Rżną jak zbóje jacyś. Jak żyję to, co teraz się w lesie wyprawia to działo się zaraz po wojnie. Cięli wtedy na potęgę, ale człowiekowi nie było żal, bo kraj się odbudowywał, Warszawę trzeba było na nowo postawić. Ale teraz? Gdzie to, na Boga idzie? Całe szczęście, że nie dożyję tego, jak tu pustynia zostanie...

20 sierpnia 2010

Dziś

Ania przykleiła płytki terakotowe na ganku. A ja to co zwykle plus prasowanie (praca firmowa).

19 sierpnia 2010

Grabarka for ever


Gorączka spasowa okazała się jednak silniejsza od obowiązków. Porzuciłyśmy pracę i pojechałyśmy na Liturgię poranną o 10 godzinie. Po raz pierwszy odbyłam całkowitą prawosławną mszę, od a do z. A to nie byle jakie osiągnięcie z punktu widzenia katolika i do tego niepraktykującego. Na szczęście wytrenowana jestem w wielogodzinnych medytacjach i rozmyślaniach w jednej pozycji i nie był to dla mnie żaden szok czy utrudnienie, bo stać trzeba było bite 3 godziny.


Oczywiście ludzi pełno, dostałam się jedynie w pobliże cerkwi, w cień krzyży i wysokich pochylonych wiatrami sosen. Niemniej i tak wrażenie było spore. Zwłaszcza podczas wspólnych modlitw w nieznanej mi melodyce i ledwie zrozumiałej mowie starocerkiewnej oraz podczas czytania Ewangelii po grecku. W głowie coś mi się zachwiało, nie wiem czy to powroty zaburzeń błędnika z dzieciństwa, czy może jakieś energie zaszumiały. W każdym razie nieustanny śpiew chóru: Sława tiebie Gospodi i Gospodi, pomiłuj i Amin wprawiły mnie w przyjemną baczność na każdym poziomie czakr, od stóp do samego księżyca.
Potem zeszłyśmy, żegnane ostatnią pieśnią Mnogaja lieta i umoczyłyśmy ręce w strudze świętej wody, płynącej u stóp Góry, w towarzystwie ludzi nacierających nią sobie chore nogi, kolana, ręce, oczy chusteczkami, które potem zostawiają zawieszone na gałęziach pobliskich krzaków do zebrania i spalenia w specjalny sposób przez mniszki. Przetarłam sobie czoło, zwłaszcza punkt nad nosem, czerwony od wielu dni tak, że zaczęłam podejrzewać siebie o marsowe czoło. Ból, który poczułam wchodząc na Górę ustąpił i już nie wrócił.
U stóp Góry rozciągnęły się jarmarczne stragany, z niezliczonymi obarzankami, lizakami, lodami tradycyjnymi i włoskimi, balonami, pistoletami na kapiszony, kasetami i płytami z muzyką ukraińską, hitem za wschodnią granicą: elektrycznymi rakietami tenisowymi na muchy i komary, kapeluszami kowbojskimi, a nawet garnkami i talerzami. Oto było i sacrum i profanum, jak Pan Bóg przykazał.


A potem dzień jak co dzień. Praca, robienie sera, gotowanie obiadu i karmy dla zwierząt, palenie pod kuchnią, zmywanie oraz karmienie głodnych istot z obejścia.

18 sierpnia 2010

Spas

Pogoda siadła, w nocy trochę padało. Ale zdążyłam pomalować okna i wyschły przed ulewą. Pozamiatałam potem poddasze z trocin i resztek wełny, usiadłam na stołeczku i próbowałam je umeblować w wyobraźni. W gruncie rzeczy jest to jedno duże pomieszczenie, duża sala, której zagracać nie mam zamiaru. Chcę zachować tę przestrzeń. Może do jakichś spotkań, zebrań, grupowych roztrząsań rzeczywistości? Wizja pozostaje niejasna, jednak intuicja zawsze mnie prowadzi tam, gdzie jest jakaś brama w przyszłości. I tak to wyczuwam teraz.
Dziś dość chłodno i pochmurno, jednak kozy nie narzekają. Przełamując ból głowy i niżową senność zabrałam się do pracy firmowej.
Złe samopoczucie i właśnie ta podła pogoda zdecydowały, że nie jedziemy dzisiaj na doroczne święto Spasa na Grabarce. Zniechęcają mnie walące tam tłumy Miastowych, co roku większe. Ale pamiętam zawsze i będę pamiętać, ten ludowy harmider, jarmark, sprzedające święte precjoza mniszki prawosławne z Polski i Białorusi, śpiewy przychodzących z drogi pielgrzymek, ich uroczyste wchodzenie na Górę i powitania, kolejkę do biskupa po święte oleje i błogosławieństwo, przepiękne śpiewy cerkiewnego chóru z Białegostoku, liturgię, świece rozpalające świętą górę w nocy jak wielkie ognisko światła, pobożność prostych ludzi zgromadzonych ściśle wokół, wspieranych przez krzyże wotywne postawione przez przodków i nieobecnych. Mam to teraz w sobie i karmię się tym wewnętrznym kontaktem i pamiętanym obrazem, i sercem jestem razem ze wszystkimi szczerze modlącymi się tam do Chrystusa dzisiejszej nocy.

www.cerkiew.pl jutro: transmisja z Grabarki
19 sierpnia o godz. 10 na TVP 2 rozpocznie się transmisja fragmentów świątecznej Liturgii na św. górze Grabarce. Nabożeństwu będzie przewodniczyć patriarcha konstantynopolitański Bartłomiej.

a dla wszystkich, którzy daleko stąd zdjęcia z poprzedniego roku zalezione w necie

17 sierpnia 2010

Tak nie tak

No, to są już deski na pokrycie ścian poddasza. W porządnym drugim gatunku.
Wciąż maluję okna.
I dziwne spotkanie prawie IV stopnia z Bezimienną Przelotną Turystką, przyniesioną równie bezimienną falą niosącą Miastowych na Wieś.
Świat się zmienia, a ja nie akceptuję tej zmiany. Nie widzę w niej nic dobrego. Chyba tylko to, że zjawisko owo, ingerencji globalności w indywidualne życie, wstrząsa świadomością i sercem jak mało co. I w człowieku coś krzyczy: NIE! NIE! NIE! To nie tak ma być!

16 sierpnia 2010

Wąż i sławojka

Ponieważ jestem człowiekiem zmęczonym Miastem i przede wszystkim ludźmi Miastowymi, kusi mnie z przekory wobec nich napisać pean ku czci sławojki. I bogato zilustrować go zdjęciami z natury. Jak na razie brak mi na to czasu, ot, pomysł.
Niemniej coś tam powiem od siebie.
Bawi mnie wstrząs Miastowego po wizycie w drewnianym wychodku.
Jest tam zwyczajnie wedle jego kanonów piękna rodem z reklam - brudno.
Lecz po co zamiatać i zdzierać liczne girlandy pajęczyn, wiszących w kątach, rogach i pod daszkiem? To przecież sprzymierzeńcy w walce o komfort tego miejsca, tj. policja anty-musza i anty-owadzia.
Odór bywa względny i zależy od pory dnia (najsilniej czadzi wczesnym ranem) i pogody (gdy wilgotno i deszczowo). W ciągu dnia i wieczorem przeważnie wcale go nie ma. Jest jednak całkowicie naturalny i pomóc w odnalezieniu spokoju może myśl, że świadczy o pozytywnej transformacji materii i karmionej obfitością ziemi.
Razi mnie nieumiejętność korzystania Miastowego z drewnianego siedziska. Myślę nawet, że przed wizytami Miastowych będę musiała ilustrowaną instrukcję obługi wywiesić po wewnętrznej stronie drzwi sławojki (dla kobiet) i na ścianie naprzeciw (dla mężczyzn). Przeważnie bowiem po takiej wizycie muszę deski szorować, bo są zalane przez kogoś, kto się ich brzydząc nie umiał porządnie usiąść, albo wręcz wlazł na nie nogami. W takim wypadku nie rozumiem tego zamykania się w drewnianym domku, zamiast zwyczajnie i wygodnie załatwić swoją potrzebę w leśnych krzakach.
Nie chcę się tu specjalnie rozwodzić nad kwestią różnic między mężczyznami i kobietami, które są, w paskudzeniu sławojki. Panom jednak szczerze polecam sikanie pod drzewem raczej, niż do dziury wyciętej w deskach. Zdecydowanie w nią nie trafiają. Trzeba być wychowanym na wsi, aby wiedzieć, że względy czystości i dobrego współżycia z innymi wymagają jednakowo od kobiet i mężczyzn siadania przy korzystaniu z wychodka. Wtedy ów wstydliwy problem nie psuje nikomu humoru, ani nie moczy niespodziewanie pupy drugiej osobie. Która nie jest nikim anonimowym i nieznanym, jak w Mieście.
Na koniec dodam, ku uwadze przegiętych miastowych umysłów i nawyków super-czystości, że drewno, o ile nie jest zabrudzone przez takich "chigienistów" jak wyżej opisani, samoistnie zachowuje równowagę bakteriologiczną i jest z pewnością bardziej sterylne, niż wypucowane domestosem białe trony w miejskich łazienkach.

Sławojka ma jeszcze jeden zasadniczy urok. Można w niej siedząc uczestniczyć w życiu wszechświata.
W nocy wystarczy otworzyć szeroko drzwi, aby kontemplować gwiazdy i księżyc na niebie, albo bezpiecznie przyglądać się burzy.
Jest to także niezwykła sprawa w kontakcie ze zwierzętami domowymi. Przeważnie są one zafascynowane sławojką i tym, kto w niej się znajduje.
Przyjmuję w niej wszystkie koty, zaglądają do niej kozy, a także kury i gęś.
Gusia na przykład przez baczną obserwację rozpracowała tajemnicę otwierania szeroko drzwi. I już kilka razy zastałam ją w środku, walczącą zajadle z... rolką papieru toaletowego.
Bo niewiedzącym warto może objaśnić, że gęsi są wielkimi wrogami węży. Każdy długi kształt, czy to szlauch, lina, postronek, wstążka, szarfa czy nawet obierki z jabłek są w oczach gęsi obrazem diabelskim. Jeśli ów wąż leży na jej drodze (np. szlauch) Gusia staje i zamiera przed nim, i za żadne skarby świata nie przekroczy zaklętej linii. Jeśli Ania ubierze się w spodnie z frędzlami staje się od razu przedmiotem wściekłych ataków, syczenia i wrzaskliwych ostrzeżeń na całą wieś ze strony rozhisteryzowanego ptaka. Który z miejsca jej nie poznaje i traktuje jak wroga numer 1.
No, więc stąd pochodzi owa fascynacja naszej gusieńki sławojką i papierem toaletowym.
Właśnie przed chwilą wygnałam ją stamtąd po raz któryś z rzędu. Odeszła z godnością krętą ścieżeczką wśród śliw wiodącą od sławojki do domu. Zostawiając za sobą zielony ślad na deskach.
Który pracowicie wyczyściłam, acz bez żadnej bezsilnej złości, jaką bywa, że czuję po takich wizytach ludzi Miastowych...
Inną, równie fascynującą dla tego gatunku wężową linią jest... ścieżka, droga. Z lubością poruszają się utartymi szlakami wzdłuż nich, a droga wciąga je w swoją głąb bez końca, jak zaczarowane. Moje gęsie stado potrafiło maszerować drogą szutrową od naszej chaty do sąsiadów nawet kilkaset metrów, pogęgując do siebie bez najmniejszego niepokoju. Niczym innym nie wabione, tylko tą głębią przepastną uporządkowanej przestrzeni i gęsim instynktem bezpiecznej podróży.

15 sierpnia 2010

Chwila poezji

Adam z Kresowej wyruszył na Kuchary. W drodze napisał poemat, który niniejszym we fragmencie zamieszczam. By dać upust nastrojom wspomnieniowym z tego dziwnego lata.

NACZEREMCHĘ

Gdzie ludzie
myślą
melodią
skąd jadę
przybywam podążam
splątane ludzkie losy
kosy kosy kosy

Na werandzie
Pani Wiera
między nami palinka
tort słoninka
ma swoje lata
kogo wyswata
ten wygrał

Z nocą zaczęła śpiewać
tutaj to znają
od zawsze
w melodii słów
jest śpiew

Kogut
młody
uczy się piać
chodzi
i kuku
kukury
je
ech
i wdech
i jedzie

Czy będzie z niego Majls
podwórkowy Majls
czy nic
poza pianiem
nie pozna?

Weranda
nie trzeba gadać o magii
jak kiedyś
po prostu

Wyruszasz
w zasłyszaną melodię
w te pędy
[...]
Kozy
dwa koziołki
co za dzień
chcą kryć
całe stadko
świruje
na jedno kopyto
ołje

Stąd jadę
pomiędzy światy
do Kuchar

Wreszcie
spotkać się
ze swym odbiciem
tu i teraz

Tymczasem
rozśpiewane Podlasie
rozpływa pieśnią
ludzką biedę

Kozi ser
w twej torbie
myśli przebojów

Słowa
układają się
w deszcz

Jeśli coś z tego będzie
jeśli tylko ktoś przybędzie
myślisz rymami
nie melodiami

Jeszcze
nie poznałeś
swych słów

Koguciku
wciąż próbuj

Próbuj do skutku
bez smutków

Przy pełni księżyca
deszcze padały
Ewcia i Ania
nie nie
wcale nie
ołje

Był tam koncert Dikandy
w Czeremszy
dzikie baby
tam tam grały
sam żywioł

Ludzie stąd
to nie dla nich
oni melodią
myślą
własną

Ale Dikanda
poszła najdalej
w swym szale
[...]
W nocy grała Dikanda
ale następnej nocy
grała już tylko weranda
i która gdzie
była lepsza
kto wie?
[...]
A i jeszcze było
aceleri bomba
aceleri bomba
bomba

Że z Węgier
blisko Serbii
śpiewali z wszystkimi

Jeszcze dzień przed Dikandą

Splątane ludzkie losy
rozmawiałem na ławce z jednym dziadkiem
przed domem
przyszła sąsiadka
z własnym stołkiem
i nawijka
[...]
I jeszcze jeden koncert
Czeremszyna
Kupala rozkupala
uuuuuuuuuuuuu

Nawet w czasie prób
tańczyli ci
co chcieli
akurat teraz
popłynąć

Gdzie indziej
jak tu
inaczej

Zabiorę tę podróż
ze sobą
Arystokratyczne kurki
o zielonych łapkach
wcinają proso

Dwa psy
Miłka i Kola
ganiają patyki
Ewcia i Ania
w obejściu
co robią?
tutaj zwie się to obrządkiem
prawdziwym
nie magicznym
po prostu

Nie ma potrzeby
rozmawiać o proroctwach

Że Armagedon
za rok albo dwa
salwy manipulacji
to się dzieje
ale po co
mówić o tym
kto wie

Trzeba
załomotać
w drzwi percepcji

Jak wszyscy
powiedzą nie
ziści się

[...]
Szept śmiechu swaty
ziści się
my tutaj braty
ziści się
kto czego chce
ten wie
[...]
Już teraz
tu i teraz
jest

Jest a nie bądź
ła godny bądź
ołje

Ku ku ku
ry ku

Teraz jest

Z czasem staję się coraz bardziej naiwny
czy to dobrze
czy to źle
kto wie?

27.VII.2010
Adam Sieroń

14 sierpnia 2010

Moje kurki

Kurczaki rosną. Z biegiem czasu zdobywam nowe doświadczenie. Nigdy dotąd nie miałam do czynienia z rasą zielonych nóżek. Teraz mam i jest to zabawne, ciekawe, zaskakujące.
Te kurki różnią się nie tylko wyglądem od dotąd mi znanych zwykłych kur gospodarskich (karmazyny itp.).
Są płochliwsze, niż tamte, lecz z drugiej strony ufniejsze od tamtych. Czyli najpierw uciekają, potem myślą gdzie i po co. A karmiącej je właścicielce włażą na stół i krzesło i dają się nawet wziąć do ręki.
Problemem jest zrobienie im zdjęcia. Na widok aparatu przyłożonego do twarzy uciekają w wielkiej panice.
W stadzie mają hierarchię, opartą na agresywnych przepychankach siłowych. Kogutki już w wieku kilku tygodni zaczynają piać i robią to tak, że można boki zrywać ze śmiechu. Nigdy nie słyszałam pocieszniejszego koguciego śpiewu. Pieją inaczej, niż koguty z innych ras.
Są lekkie i lotne. Lubią wysiadywać na gałęziach drzew lub na płocie, jak na grzędach.



Na gałęzi było ich oczywiście więcej, ale zanim nacisnęłam spust aparatu zostały już tylko dwie. Po zrobieniu zdjęcia nie było już tam żadnego kurczaka.

13 sierpnia 2010

Sposobem

Znów upalnie. W nocy przeszła jedynie krótka sucha burza. Sucha, znaczy bez deszczu, tylko grzmiało i błyskało się.
Suche burze to ponoć zjawisko afrykańskie, lecz także są czymś częstym w pobliskim regionie nad rzeczką Orlą. Opowiadano mi, że od lat są przyczyną wielu pożarów na tamtejszych wsiach. Nikt nie wie, czemu akurat ulubiły sobie tamten teren.
No, a teraz jak widzę i słyszę, zaczynamy mieć owo cudo i u nas.

Upały źle także wpływają na serowarzenie. Narzeka na nie znajomy koziarz i serowar-hobbysta. Mówi, że sery mu kwaśnieją. I ja miałam pewne kłopoty i trochę trwało, zanim nauczyłam się pracować z mlekiem w taki gorąc.
Mianowicie zostawiam mleko z wieczornego udoju w piwniczce albo na tarasie, jeśli noc jest chłodna (a robią się już chłodniejsze). Rano dodaję to z porannego udoju, mieszam oba i zostawiam na 1,5-2 godziny, aby dojrzało. Nie dodaję zakwasu, bo mleko wieczorne jest już rozbuchane kwasowo, choć jeszcze tego nie czuć w smaku. I po dodaniu podpuszczki odczekuję tylko 5-10 minut, aż utworzy gęstwę. Otóż dłuższe czekanie (według przepisu ok. pół godziny), powoduje właśnie zbytnie skwaśnienie i zbrylenie się sera, ziarno nie lepi się dobrze, a ser potrafi się rozpaść po wyjęciu z formy.
Dalej postępuję jak zawsze, choć przetrzymywanie sera w ciepłe dni w domu jest ryzykowne. Dojrzewa zbyt szybko w niekorzystnej dla bakterii temperaturze. Solę, wysuszam ser, a gdy dostaje skórki pakuję go w parafinę i do piwnicy. Ostatnio jednak przy wielkich ulewach i parowaniach podskoczyła wilgotność i niektóre sery, nie mogąc szybko wyschnąć, dostały lekkiej pleśni na skórce. Trzeba by je było myć w solance i znów suszyć. Nie mam jeszcze warunków dojrzewania dla serów z pleśnią, wolę nie zakażać sobie przestrzeni przypadkowymi grzybami (choć w sumie to żaden problem na razie, bo owe pleśnie są z gatunku czerwonych, białych i niebieskich, pachną przyjemnie i nic złego serowi nie robią), to jednak opóźnia to zaparafinowanie, co w taki upał jest istotne. Dlatego ostatnio robione sery zalałam na próbę woskiem (prezent od znajomej). Liczę na to, że wosk będzie zdrowo kontrolował dojrzewanie takich lekko zapleśniałych serów. Zobaczymy za kilka tygodni co się teraz dzieje pod ochronną warstwą w środku.
Uch, kiedy uporamy się z budową (jeszcze czekają na robotę 2 podłogi, progi w drzwiach i schody na poddasze) zabieram się za sklep (tj. piwniczkę). Trzeba ją przygotować profesjonalnie do funkcji, którym ma służyć. Przede wszystkim wysprzątać, pomalować ściany świeżym wapnem, zamontować drzwi wewnętrzne, które odpadły od spróchniałej futryny, a są bardzo potrzebne zwłaszcza w gorące i bardzo mroźne dni, bo utrzymują stałą temperaturę w środku, postawić dodatkowe półki w najgłębszej salce, z drewna olchowego. Przyda się też pociągnąć tam światło. Dopiero wtedy, także po wstawieniu gęstej siatki w okno i zabezpieczeniu wywietrznika przeciw gryzoniom i owadom, będzie można pracować z pleśniami i dojrzewaniem profesjonalnym serów. Co bardzo mnie interesuje, lecz zostawiam sobie jako przygodę na przyszły rok.

Poza tym brygada zabrała dyle pozostałe z budowy domu, aby przetrzeć je na legary pod podłogi. Oraz nieporżnięte dębczaki, kupione w lesie jeszcze na Dąbrowie, niby na opał, ale w dobrej długości, grubości i zdrowiu na to, aby zrobić z nich deski progowe i futrynę w piwnicy. A ja maluję trzeci raz okna lakierobejcą koloru jasny dąb.

12 sierpnia 2010

Chłopcy chłopcom nierówni

Chłopaki zrobili niespodziankę. I zjawili się bez zapowiedzenia po raz drugi wczoraj, aby dokończyć pracę na poddaszu. Dzięki temu została założona podłoga oraz ocieplony wełną mineralną sufit, na jętkach. Pozostaje jeszcze ocieplenie szczytów oraz pokrycie boazerią skośnych ścian i obu szczytowych. Ponieważ nadal nie mamy potrzebnego materiału, pozostaje cieszyć się nową przestrzenią w domu taką, jaka jest. Co prawda dostęp do niej jest tylko dla młodych i sprawnych, chodzących po drabinie bez trudu. Ale jest.
Całkiem inną niespodziankę zrobił Jarko. Nie przyszedł, nie ma go. I tyle.

10 sierpnia 2010

Dół i góra

Słoma skostkowana i zebrana. Niewiele jej było. Owies był w większości niziutki. Ale zapas na podściółkę dla kóz uzupełniony.
Brygada nagle ogłosiła powrót na jeden dzień, zatem wieczór spędziłam na poddaszu, malując belki stropowe środkiem grzybobójczym. Dzisiaj od rana chłopcy kładą na nich podłogę z płyt OSB. Dokończyłam malowanie, skacząc po belkach niczym konik polny, a Ania pojechała na pogrzeb pewnego staruszka z naszej wsi, który zmarł nagle przedwczoraj. Znów nieco wcześniej zapowiedziała tę śmierć sowa pohukująca na Górze.

8 sierpnia 2010

Niedziela

Jarko okazał się sprawny i pracowity. Od 9 do 17 (z przerwą na obiad i 2 kawy z papierosem) zniknęła jedna brzydka kupa drewna sprzed drewutni, naprawiła się też rozwalona ścianka przy oborze, dzięki zamontowaniu jeszcze jednej środkowej żerdzi. Pozwoził też taczką do drewutni to, co pospadało dawno temu ze ścianki. No, jeśli utrzyma takie tempo podwórze nabierze porządku w najwyżej dwa-trzy dni.
W dzisiejszą niedzielę leniuchuję. Po dojeniu tylko zaległe sprawy w internecie, obiad, jakiś film familijny na wideo i drzemka. Gdyby nie muchy, upierdliwe jak zawsze i mnożące się do sześcianu w kilka minut po otwarciu drzwi na taras byłoby cudownie, jak w Mieście. Niestety, te wariatki nadlatują co chwila i na wyrywki, lądując z wielkim bzykiem na głowie, czole, uderzając w oczy, czoło, ręce i nogi z ogromnym upodobaniem. Gdy nakryć głowę doskonale wiedzą gdzie masz ucho i właśnie tam siadają, i nie wiem jak nazwać ten dźwięk robiony skrzydełkami... pierdzą? Nie zaśnie się, za Boga. Gdy wziąć klapkę na muchy w rękę już po chwili nie ma wokół żadnej, robi się cichutko. Ledwie odłożysz, nalot z powrotem. Już Jack London opisał inteligencję muchy, która dzieliła ciasną karną celę z pewnym dożywotnim więźniem. Ja widzę inteligencję w całym muszym stadzie.
Ale, żeby nie było tak niedzielnie, to powiem, że ze słodkiej drzemki sprzed włączonego ekranu wyrwał mnie warkot traktora i nawoływania sąsiadki. Zerwałam się i z mało przytomną miną wybiegłam na taras. Stała już wśród naszych ogródkowych pokrzyw i dyniowych liści, gestykulując. Piotera zebrało na grabienie słomy na polu zgrabiarką. Jutro przyjeżdża kostkarka.
No, i po niedzieli.
Z tego wszystkiego Anię (spuchniętą, ale już mniej obolałą) wzięło na robienie bułeczek z ricottą.

7 sierpnia 2010

Otwarcie na nie wiadomo co

Jakiś polski astrolog już rok temu straszył datą 7 sierpnia 2010. Oprócz wczorajszego zaprzysiężenia prezydenta, które z grubsza załapało się na horrendalny półkrzyż kosmiczny, jaki panuje teraz na niebie i pewnikiem da jeszcze popalić i nam-obywatelom i prezydentowi, wydarzyło się to, że Ania dostała ostrego zapalenia zęba i od rana żyje na proszkach przeciwbólowych. Mnie zatem przypada większość obowiązków. Jak np. wieczorny udój i sprzątanie po brygadzie. Ta bowiem, nie zważając na nieszczęścia kosmiczne zjawiła się w zgodzie z obietnicą i wstawiła wreszcie resztę drzwi wewnętrznych, zamontowała dwie klapy do piwnic, przez co nie musimy się już potykać o grube dechy zakrywające pułapki w podłodze oraz zamontowała na powrót rynny spadowe, odjęte na czas szalowania.
Nowe wnętrze domu to jak nowa psychika. Ciekawe co się we mnie zmieni.

6 sierpnia 2010

Porządeczek musi być

Wczoraj, korzystając z porannego zachmurzenia nieba postanowiłam załatwić sprawy firmowe w Hajnówce. Tymczasem ledwie tam dojechałyśmy wyjrzało słońce, chmury się rozproszyły i zaczęło przypiekać niemiłosiernie. Z wielkim bólem głowy postanowiłyśmy wrócić bardziej cienistą i zalesioną drogą przez Opakę. Przy okazji zajrzałyśmy do naszych znajomych, państwa P.
Ech, kończą szalować sami dom (deskami z modrzewia, pięknie to wygląda). Obejście wysprzątane, trawa skoszona, ogródek wypielony i obfitujący w owoc ziemi, kozy grzecznie na łańcuchach zapalowane za płotem. I jakby większe od naszych, choć przecież naszych nie głodzę i jedzą tyle, ile chcą.
A u nas... podwórko zagracone belkami z rozbiórki i pociętym drewnem, trawa po rozkopach budowlanych wcale nie odrasta i mieszkamy na plaży, zwierzyna chodzi gdzie chce, Gusia gubi pióra i ulubiła sobie wysiadywać na ganku, co przy okazji oznacza na zielono, ogrodzenie nie skończone, ogródek pełen dziwnych roślin. A w mieszkaniu... ręce łamać.
Ania poczuła się zmobilizowana i od rana szaleje na podwórzu z nowym pomocnikiem, bratem poprzednich, więc pewnie niewiele lepszym od nich, ale sprawdzimy. Reklamuje się, że lubi pracować i że wszyscy w wiosce go lubią. Jarko ma na imię.

5 sierpnia 2010

Na dziadowską nutę

Wczoraj wzięłyśmy udział w przedstawieniu dwuosobowego teatru Brama. Odbyło się ono w jurcie rozbitej na placu GOKu w Czeremsze i było jednym z wielu tego dnia, w ramach festiwalu teatralnego Wertep. Wertep to osobna historia, bo jest kreacją organizacyjną pary aktorów, którzy zamieszkali we wsi Policzna w sąsiedniej gminie. Poznałam ich na ostatnim spotkaniu Stowarzyszenia Miłośników Kultury Ludowej.
Przedstawienie nader ciekawe. Oparte na starej dziadowskiej nucie, granej i śpiewanej przez aktorskie małżeństwo przy starych instrumentach, lirze korbowej, malowniczym gordonie, bębnie i akordeonie. Pomiędzy pieśniami z XV-XVIII wieku, dawnymi przebojami dziadów lirników odśpiewywanymi pod kościołami, publiczność uczyła się tańczyć stare tańce korowodowe, ojrę, węża i coś tam jeszcze. Wąż, dokładnie tak, jak stara magia głosi, przywołał natychmiast ulewę. Stwierdzam, że tego rodzaju tańce budują wspólnotę i wzmacniają energię grupy. To jest prastare i dobre, łoj, dobre... (zwłaszcza, gdy już się jest po żniwach).

4 sierpnia 2010

Żniwo


Wczoraj odbyły się w naszej wsi żniwa. Przyjechał kombajn "dżondir" i zebrał zboże z pól kilku gospodarzy, w tym naszego. Żyto i pszenica wypadły bardzo marnie po zimie, która wygubiła oziminę pod obfitymi śniegami. Jedynie owies obrodził. Naszego owszem, nawet chyba na oko trochę więcej, niż w zeszłym roku wyrosło.
Koszt żniwa, tj. godzina koszenia kombajnem, 240 złotych.
Znaleźli się od razu ochotni chłopcy ze wsi, dwa Sławki i sąsiad, którzy pomogli nam zwieźć ziarno w workach i taczce do stodółki. Mamy tam skrzynię na ziarno, zbudowaną ze starych wrót stodolnianych. Jest teraz pełna.
W sumie pracochłonność żniw nijak się ma do sianokosów. Ot, dwie godziny pracy i wsio zebrane i zgromadzone.
Wieczorem nadeszła od zachodu burza i spadł deszcz. Wszystko więc wydarzyło się szczęśliwie w samą porę.

3 sierpnia 2010

Reminiscencje ze słowiańskich igraszek w Czeremsze

Wstriecza z Ukraińską Kulturą pozostawiła na zdjęciach i w pamięci ocznej feerię kolorowych, przepięknych słowiańskich strojów. Zamieszczam dla tych, którzy są na to wrażliwi (oprócz muzycznych smaczków polifonicznego białego śpiewu a capella i przy harmoszce, którego było dostatek).






Plony

Wreszcie udało mi się bez problemu wstać o świcie. To znak, że organizm odzyskał równowagę sił. I już się wyspałam (na ogół od 8 do 8 codziennie).
Z wolna wchodzimy w czas żniw i przetwórstwa. Owies już zrudział na polu. Kombajnista zamówiony. Pierwsze nieśmiałe próby z wytworzeniem kwasu jabłkowego (jest to sok musujący z jabłek, cukru, wody i odrobiny zwykłych drożdży) okazują się pomyślne i smaczne. Kilka butelek nabiera mocy w piwnicy. Powinny dojrzeć w dość niedługim czasie (jak pamiętam ze swoich młodzieńczych eksperymentów) do smaku przypominającego cydr. Bo na samym początku jedyną atrakcją kwasu są bąbelki.

Ogródek przyniósł trochę ogórasów, zaczynają się pomidory, powoli przyrasta dynia. W folii cały sezon zbieramy plon z pieczarek, które wyrosły same z nawozu koziego, obficie podsypanego pod grządki. Zaczęło się od kilku, ostatnio zebrałam powyżej kilograma na raz.
Pojadam pomidory i ogórki, jak w dzieciństwie w domu rodzinnym. W jednej ręce ogórek, w drugiej pomidor, trochę soli. Gryzie się i zajada jak jabłka czy gruszki.

2 sierpnia 2010

Mieszczuchy na wsi, czyli świat się kończy

Agroturystyka i miejskie cyborgi, można poczytać na branżowej stronie o tym, co się w Polszcze wyprawia i jak miasto chce miasta na wsi. http://www.witrynawiejska.org.pl/strona.php?p=1891&c=8701

Ruja II

Napisałam o końcu rui w złą godzinę. Rano była straszna awantura. Koziołki skaczące przez płotki i płoty, namolne, przeszkadzały w dojeniu. Ania zdecydowanie chwytem za rogi ustawiła je po kątach, a ja najszybciej jak umiałam zdoiłam mleko. O połowę go mniej od razu. Zosia została na cały dzień w oborze z Dzikim Kaziukiem. Klapaucjusz, o wyglądzie diabełka, poszedł ze stadem za merdającą zalotnie Lubaszką.
Zabrałam się za malowanie obramowań szalówki i okien.

1 sierpnia 2010

Czas fermentacji

Ruja skończyła się na Dziuni i Misi. Reszta kóz nieporuszona, pewnie szczęśliwie dotrwa do właściwego dla siebie czasu. Klapaucjusz wychodzi z siebie, capi na kilka metrów, ale czas to czas.
Wczoraj spróbowałyśmy coś sprzedać na Spotkaniach z Kulturą Ukraińską. Zarobiłyśmy tyle, co wioskowi chłopcy przez 5 godzin na szukaniu kurek w lesie. Miejscowi nie są zainteresowani swojskim jedzeniem, bo zwyczajnie... mają je na co dzień w domu. Na koniec podarowałam wójtowi tytułem akcji przedwyborczej znaczek z napisem "I love Czeremcha". Nie zrozumiał, że mógłby wszystkich manifestacyjnie kochać. Powiedział, że podaruje go dziecku.
Poza tym zdobyłyśmy ciekawe informacje od tutejszego Arcymistrza jak robić cydr i jak zamienić go w Calvados. Jabłek coraz więcej, trzeba coś z tym zacząć robić.