I lato za nami. Nie było najgorsze. Ani za gorące, ani za zimne, ani za mokre, ani za suche, burze i wiatry okazały się szczęściem słabowate. Kozy postanowiły zaciążyć już w sierpniu, czyli przynajmniej miesiąc wcześniej niż zwykle przyroda ustaliła (bydełko domowe i dzikie jednakowo odprawia gody na wrześniową pełnię). Jelenie trzymają się w każdym razie tradycji i słyszę z tarasu ich męskie ryki dobiegające z pobliskiego lasu.
Bociany odleciały, sterczą zewsząd puste gniazda. Takoż jaskółki i letnie ptaszęta, które umilały mi żywot codziennie śpiewem i bliskością. Pojawiają się już sikorki, więc trzeba pomyśleć o zapasie karmy zimowej dla nich. I to one teraz ćwierkają znajomo z gałęzi przydomowego dębu i klonu.
Stare jabłonie (znów któraś się złamała pod ciężarem owoców) obrodziły i dały smaczne, duże jabłka. Przerobiłam dużą ilość na dżemy oraz susz i codziennie wypijane ze smakiem kompoty.
Dynie i niektóre cukinie jeszcze w ogrodzie zalegają. Nie ma ich wiele, co roku zmniejszamy zasiew, ale i on sam z siebie się zmniejsza, czasem z powodu chłodów wiosennych.
Pomidorów starczyło na trochę butelek soków i na bieżąco do jedzenia. Jeszcze trochę ich dojrzewa w pudle na poddaszu, bo w tunelu za zimno im nocami. No, tak, tego lata było raptem kilka dość ciepłych nocy.
Przerabiam teraz śliwki węgierki, których pokazało się i dojrzało bardzo dużo, na powidła oczywiście, które obie uwielbiamy.
I kapkę soczków malinowych do herbaty.
Codzienne spacery drogą przy chacie nie pozwalają ominąć obojętnie krzewów czeremchy rosnących i owocujących obficie. Zajadamy się obie na bieżąco, ale i nalewka się wyprosiła.
Ekstrakty ziołowe, które zwykle mam w domu w razie potrzeby, zrobione. Na goździkach, na piołunie, na glistniku, na orzechu, to w razie potrzeby służy za doraźną pomoc.
Grzybów niewiele. Kurki bywały i znudziły się, nie przerabiam, bo mam w occie jeszcze zeszłoroczne. Z kolei podgrzybków i prawdziwków mało, jak się jakiś trafi to robaczywy, więc obejdziemy się bez suszu. Będzie zupa jagodowa na wigilię. Bo jagód było wiele i udało się kupić kilka litrów.
Opałowe drewno kupione ma zjechać na dniach na podwórze. To zapas na któryś rok do przodu. Trzymamy się sprawdzonej przez wieki tradycji i zawsze palimy wyleżakowanym drewnem, przynajmniej dwuletnim, a w kuchni chrustem.
Zapas żółtych serów po lecie dojrzewa w chłodziarce, ostatnie twarogi zjadamy, a nadmiarowe wędrują do zamrażarki. Kozy zaczynają zmniejszać mleczność, a nam się już znudziły obfite udoje, idzie czas odpoczynku.
Kaczuszki mają się wesoło wraz ze swą bonne maman, czyli przybraną mamuśką, indyczką-induszką. Ponieważ parluję z moimi zwierzątkami po francusku, to i kaczuszki zostały kanarkami (po francusku canards), indyczka została dęduszką (francuska nazwa dinde, jak i polska nawiązuje do Indii, a nie do Turcji, jak angielska), a Pasza została małą hienką (bo pies we Francji to chien).
Jednym słowem rolnictwo przycięte nieco do potrzeb. I pracy dzięki temu kapkę mniej i bez nerwów. A spokój jest, bo nie boimy się nadchodzącego kryzysu cenowego i jakościowego żywności. O którym przelatujące gawrony już coraz głośniej kraczą.
Anna rozwija hobby ceramiczne i przędzalnicze (kupiła sobie tradycyjne kółko do przędzenia i turkocze teraz wieczorami, przerabiając zgromadzone zapasy owczej wełny). Ja opracowuję przy pomocy AI dawne teksty astrologiczne tłumaczone z francuskiego i łaciny i czytam poważne i mniej poważne książki. I tak się plecie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz