8 października 2015

Pastwisko

Kilka dni trwała praca. Do której trzeba było nająć chłopaka ze wsi. Dzięki temu obora została wyczyszczona z gnoju, a nawóz wywieziony furą i roztrząśnięty ręcznie widłami na pastwisku. Nie starczyło go co prawda na cały obszar (ponad hektar), ale pokrył najmniej żyzne części tego dawnego pola. Wczoraj przyjechał traktorzysta i zaorał całość starannie. Tak ma zostać do wiosny. Jednym słowem szykujemy pastwisko z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko z nazwy.
Siły wracają mi dość szybko, choć codziennie wyleguję się po południu na łóżku przez co najmniej godzinę, bo nogi jeszcze nie te. Za to doję już codziennie, przed wieczorem, sama wszystkie kozy. Choć pasą się już na resztkach trawy, liści i gałęziach z leśnych krzewów, to dziennie dają jeszcze blisko 15 litrów mleka i nadal je pracowicie przerabiam. Na ser żółty twardy, rzadziej na miękki, oraz co dwa dni na twaróg. Nastawiam też stale kefir, który bardzo nam obu zasmakował i wypijamy go w dużych ilościach.
Twaróg zjadam ja, psy, kury i indyki, a Anna piecze z niego od czasu do czasu pyszny sernik.

Zaczęły się nocne mrozy, nie tylko lokalne przymrozki. Woda w wiadrze zamarza. Dzisiaj po raz pierwszy napaliłam w piecu c.o. Oj, cieplutko się zrobiło w całym domu.

3 komentarze:

  1. Życzymy szybkiego powrotu d zdrowia.
    My od soboty palimy w c.o. ale wcześniej już w kominku przepalaliśmy bo Beata to straszny zmarzluch :)
    Pozdrawiamy.

    OdpowiedzUsuń
  2. jeszcze pieco kuchnia nie palona u mnie...

    OdpowiedzUsuń