30 czerwca 2014

Znowu pada

Anna, która stara się zachowywać dystans wobec moich poglądów na rolę chemtrails, tj. chemicznych smug na niebie sprowadzających deszcz, niedawno wpadła w determinację i zaprzeczyła sama sobie:
- Zaczynam mieć taką teorię spiskową, że "oni" specjalnie nie chcą, aby ludzie zebrali siano. I żeby było drogie i zmniejszyła się hodowla. No, patrz co się dzieje! Znowu pada!
A tu co rusz ktoś podjeżdża pod nasz płot i oferuje ściętą trawę na swojej łące do zebrania. Bo akurat był dzień pogody i można było to zrobić.
- Bierzcie, suszcie, zabierajcie sobie - serdeczny uśmiech na twarzach.
Tylko nerwy są z tego większe. Bo Anna nakręca się na sianokosy, gdy tymczasem na drugi dzień niebo zachodzi chemicznym klejem i po kilku godzinach zaczyna padać. Nie są to jakieś ogromne ulewy przeważnie (właśnie dopiero jedna się zdarzyła dzisiaj taka, jaką opisuje w swoim świeżym wpisie pan Jacek mieszkający w środkowej Polsce), ale siano wymaga przesuszenia, a tu pogoda nie chce z tą potrzebą współpracować. Wręcz złośliwie staje na przeszkodzie wszelkim planom. Trzech dni pogody pod rząd nie przewiduje żadna dostępna prognoza, także te dłużej dystansowe wróżą taki mokry cały lipiec (w czym zaczęły sobie przeczyć, bo niedawno głosiły inaczej).
No, jak ma być inaczej, jeśli zima była ciepła i bezśnieżna? Ciepła zima to mokre lato, taki jest mój sposób prognozowania, który mi się zawsze sprawdza.
Co prawda spotkałam się jeszcze z inną ludową przepowiednią pogody na tegoroczne lato. Nasz młynarz (nasz, bo już u niego się głównie zaopatrujemy w mąkę i osypkę) zdradził swoją metodę następującą:
- Patrzę co pierwsze liście wypuszcza. Brzoza czy olcha. Jak brzoza to będzie sucho, gdy olcha - będzie mokro. W tym roku ruszyły jednocześnie. Wróżę, że będzie to i to na przemian, po równo.
Hm. Może i tak po trosze jest. Na dwa dni słońca, lub chociaż wietrznego bezdeszczu przypadają dwa dni mokre. I klops. Jednego dnia skosisz, drugiego przewracasz, a trzeciego dnia nie ma, żeby zebrać. Wdaje się deszcz i siano nie nadaje się do zebrania. Przez dwa dni nasiąknie tak dalece, że potrzebowałoby co najmniej dwóch dni wielkiego upału (którego nie ma) i wiatru, aby wyschnąć i dać się zebrać dnia trzeciego. I tego właśnie brak. Ludzie czekają jeszcze z sianokosami, ale ile można? Trawa przerosła, zakwitła, traci na wartości. To i co, że bujnie wyrosła dzięki wilgoci. Jeśli ścięta gnije na łące.
- Nie ma co! Ty w niedzielę do kościoła idź i proś Boga o pogodę na sianokosy - orzekł Wania, który też się na nie szykuje, ale w roli pomagiera.
No, właśnie, może by jakiś rytuał przywołujący słońce zrobić na wiosce? Znam jedynie korowody, którymi przywoływano deszcz, niestety.

Zamiast u siana zatem, Anna spędziła dzień szyjąc i doglądając ekipy, która się zjawiła, aby dokończyć budowanie szalunków z desek pod fundament budynku, który ma stanąć. Chłopcy zrobili, co mieli zrobić, moknąc w dużej części, ale dzielnie nie przejmując się deszczem, który wtedy nie był jeszcze zbyt obfity. Lunęło sporawo po kilku godzinach, późnym popołudniem. Aż mnie na mocny sen zebrało. I zalewania betonem nie było. Przeniesione na inny dzień.
O, i znowu pada...

29 czerwca 2014

Pełen zwój

Niektórzy stawiają na rozwój, zapewne duchowy mając na myśli, choć nikt tak naprawdę nie ma pojęcia co to ów duch, dopiero jak nim sam się stanie. Niemniej rozwój jest w modzie. Przeważnie łączy się z nim dietę wyniszczającą tkankę tłuszczową i robactwo w organizmie, uczęszczanie na kursy i warsztaty do rozmaitych guru, terapie i autoterapie, medytowanie z mantrą lub liczeniem baranów do przodu i do tyłu, twarzą do ściany lub ikony, wyginanie ciała według mody azjatyckiej, rzadziej zachodniej, czytanie samych pozytywnych książek i świętych historii, aby w trakcie takich właśnie oczyszczań ciała i ducha (czymkolwiek on jest) wyczyścić także swoje życie prywatne od toksycznych związków z przykrymi ludźmi, stwarzającymi tylko problemy. W zamian włącza się takim oczyszczonym jakiś rodzaj programatora i szybciochem taksują i kasują wszelkich nowych znajomych, oceniając ich błyskawicznie pod kątem nieprzerobionych kompleksów, niskich emocji, złych nawyków i ciężkiej do udźwignięcia karmy. Bywałam i ja tak taksowana i bywam wciąż, choć sama nikomu szansy nie odbieram, choćby najbardziej dziwnemu typowi charakteru i umysłu. Przypomina to dokładnie to samo zakręcenie, które mają fanatycy, także polityczni, którzy zadają się tylko "ze swoimi". A więc prawicowiec z prawicowcami, lewicowiec z lewicowcami, katolik z katolikami, buddysta z buddystami itd. itp. Rozwojowiec z rozwojowcami także, a jakże.
W języku polskim słowo rozwój pochodzi od zwoju. Coś co jest zwinięte rozwija się i ukazuje, jak kolorowa wstążka. Jeśli przyjmiemy, że chodzi o coś podobnego do programu rozwoju, który uruchamia się w czasie samodzielnie, tylko pod wpływem zaprogramowanych w przyszłości punktów krytycznych, tik-tik, bije dzwon i nagle rozwija się jakaś zwinięta do tej pory taśma w mózgu i człowiek zmienia się (pozornie, ponieważ czyni tylko to, co musi i co w nim samo zaczyna wołać, no, zawsze wołało o zaistnienie), to tak naprawdę "świadomy rozwój" to jakieś kulturowe kuriozum!
Moje doświadczenie wewnętrzne i zewnętrzne (na podstawie obserwacji ludzi i zjawisk życiowych) mówi mi jasno: człowiek nie zaprogramowany ku przemianie duchowej nigdy się w tę stronę nie rozwinie, będzie tylko co najwyżej małpował modne zachowania, słówka, miny. Ducha w sobie za cholerę nie obudzi. Lepiej by zrobił, gdyby został kimś zwyczajnym, osadzonym w rzeczywistości i czynił rzeczy zwykłe. No, ale - tu paradoks jest też dla mnie oczywisty (dla mnie, jako astrologa, który widzi szkielet indywidualnej psychiki narysowany w horoskopie), taki ktoś, biegający "świadomie za rozwojem" także jest na owo bieganie zaprogramowany i rozwija owo właśnie, bieganie, nic innego. Więc niechaj biega sobie, z Bogiem! Co mi tam. Byle nie zmylił mi pojęć co jest co.
Jestem człowiekiem introwertycznym i flegmatycznym. Aktywnym przede wszystkim w głowie i sercu, wewnątrz. Nie pobudzającym wnętrza zewnętrzem i sztucznie wytworzonymi bodźcami. Dlatego w moim życiu były okresy długiej nudy i trwania (przetrwania) w trudnych i nierozwojowych warunkach, które nagle i diametralnie kończyły się czyszczeniem wcale nie przeze mnie zainicjowanym. Ot, zmiany spadały na mnie z woli losu, przemian ustrojowych, śmierci bliskich i trzeba się było do nich dostosować. Wręcz, powiem tyle, że żadne z podjętych przeze mnie świadomych prób zmienienia siebie i życia nie przyniosły rezultatu, grzęzły w błocie codziennym i udupionym przez różne uwarunkowania. Dlatego nauczona doświadczeniem nie podejmuję już żadnych akcji przyspieszających ów legendarny rozwój, o którym wszyscy mówią. A czort z nim!
To, co teraz robię, to głównie zwijanie, a nie rozwijanie (się). Tak z pewnością by orzekli niektórzy rozwojowcy. Nie szukam kontaktu z uduchowionymi ludźmi, a raczej przeciwnie, cieszą mnie jak najprostsze przypadki, bo najwięcej mi dają do myślenia. O duchu, przyrodzie, świecie, Bogu, jak zwał tak zwał. Są bowiem jego (ich) cząstką najczystszą i nieskażoną żadną modą i sztucznością, ani zadufaniem.
Nie cierpię uduchowionej mowy, czy to kościółkowej, czy ezoterycznej, tak samo jak nie cierpię politycznych i ideologicznych przemówień.
Dlatego, tak, dlatego przebywam na co dzień ze zwierzętami i im poświęcam wiele swojego czasu i pracy. Przyroda potrzebuje teraz o wiele więcej uwagi, niż dawniej. Bo zanika, także się zwija. Zwijamy się zatem razem. Nie uważam tego czasu za stracony. Wystarcza mi go na wszystko inne, to kwestia organizacji dnia i czynności. I nie uważam, że konieczna do wykonania w gospodarstwie praca, ciężka i mozolna, bezwzględnie codzienna odbiera mi szansę na "rozwój". Niczego mi nie zabiera, a daje.
Ostatnio na przykład uczę się gęsiego języka i wydaję z siebie dziwne dźwięki, aby dogadać się z kubankami. Ale nie tylko z nimi. Bo i z resztą drobiu także. I powiem wam coś. One to rozumieją i reagują odpowiednio! A zatem jak to nazwać? Rozwijam się czy zwijam?

25 czerwca 2014

Psia obsada

Dawno nie opowiadałam o psach. Nadrabiam temat.
Laba jest już prawie dorosłą, roczną suką. Jeszcze do niedawna zachowywała się po szczeniacku i trudno było ją okiełznać. Jest żywiołowa, uwielbia biegać i ścigać kozy. Robiła to po swojemu. To znaczy ja goniłam kozy przed sobą, ona wyprzedzała stado i zaganiała je od drugiej strony na mnie z powrotem...
Jej relacja z Kolą zbudowała się z czasem. Kola długo była obrażona i stroiła fochy jedynaczki, właściwie do czasu, gdy Laba zaczęła wyglądać jak dorosły pies. Jednym słowem Kola nie znosi dzieci. Laba zachowała wobec niej pokorę i cześć, składa jej hołdy kilka razy dziennie. Nie ma i nie było jednak między nimi zażyłości siostrzanej, jest twarda hierarchia, szefowa i sługa. Zatem nie było nigdy psiej zabawy.
Kola mimo to bardzo widocznie zmieniła się przy Labie, dzięki jej obecności. Dopiero wtedy, gdy się zmieniła, zrozumiałam w jakiej depresji i osamotnieniu była po śmierci Miłki. Najważniejsze, skończyły się ciągle powtarzające się kontuzje tylnej łapy i kulenie przez kilka miesięcy z rzędu! Odmłodniała wyraźnie. Jest pełna zapału, energii, czuje się silna i ważna. Subtelnie także pilnuje porządku i posłuszeństwa wobec nas u reszty psów, nie na darmo nosi ksywę Policja.
Kiedy nastała Paszka, powstała już mini-wataha. Laba nagle, z dnia na dzień wydoroślała i spoważniała. Wzięła pod opiekę szczeniaka i jest najlepszą towarzyszką i nauczycielką Pasi, jaką można by jej wymarzyć. Nagle zrozumiała w którą stronę goni się kozy, słucha rozkazów, potrafi zagonić kozią młodzież do obory i trzymać ją w szachu tak, że można wszystkie kozy spokojnie poutykać w swoich boksach i żadne się nie rozlezie. Ponadto całe godziny spędza na zabawach z Paszką. Tu zauważam wielką inwencję w wymyślaniu zabaw u obu, psy bawią się ze sobą w podobne zabawy co ludzkie dzieci pozostawione samotnie na podwórku. A więc jest gonitwa i wyścigi, zabawa w chowanego, w berka, wspólne gonienie kota lub koguta dla postrachu, nie żeby skrzywdzić (kot się nie obraża, a czasem sam zaczyna zabawę, po czym sprowokowawszy psy wskakuje na daszek i stamtąd śmieje się z nich), dzisiaj było coś w rodzaju piłki nożnej, w której rolę piłki pełniła plastikowa doniczka skradziona z ogródka, podrzucana i "kopana" przednimi łapami i wyrywana sobie zębami. No, i oczywiście psie zapasy, nieustanna tarzanina po piasku i trawie, gryzienie sobie uszu i straszliwe warczenie i szczekanie na siebie nawzajem.
Laba ma też dużą czujność, choć jeszcze nie wychyla się przed szereg i zazwyczaj czeka na pierwszą reakcję Koli. Bo Kola reaguje natychmiast na rozkaz, gdy trzeba pobiec w las i postraszyć nie wiadomo co, a czego wystraszyły się kury. Biegnie wtedy w stronę kurzych gdakań i szczeka bardzo głośno i groźnie. Zazwyczaj to pomaga spłoszyć polującego drapieżnika, choć bywa, że niekiedy za późno. Laba biegnie tuż za nią i czasem się odzywa, czasem nie, zostawiając pole do popisu szefowej. Kiedy jednak Koli nie ma na podwórku, a ona coś zauważy zrywa się z alarmem bez czekania. Na ludzi tylko ujada przy płocie, niegroźnie, ale gdy chodzi o zwierzę zrywa się błyskawicznie do biegu. Od jakiegoś czasu bywało, że wybiegała z zagrody i obszczekiwała dramatycznie brzeg lasu na Górze po drugiej stronie drogi. Nie wchodziła jednak w głąb. Kombinowałam, że to może na jakiegoś grzybiarza szczeka, albo wioskowego partyzanta ukrywającego się przed policją, ale wczoraj okazało się wreszcie, że nie szło jej o człowieka. Z lasu bowiem wychylił się na chwilę lis. I Laba ruszyła z pazura błyskawicznie i tak odruchowo w jego stronę, że lis ledwie ogona w jej pysku nie zostawił. Tym sposobem uratowała życie kurom sąsiada Mikołaja, na które lisisko się zasadziło w krzakach przy drodze.
Paszka jest jeszcze maleńka, więc jej przydatność pasterska jest żadna. Zwłaszcza, że wciąż jeszcze zajmuje z góry upatrzoną pozycję w razie jakiegokolwiek hałasu czy zamieszania na podwórku. Ale widać stopniowe postępy. Przede wszystkim uwielbia zaganiać kurczaki i koguta, bo są jej wzrostu. Potrafi tak się zapamiętać, że  wgania całe kurze stado na ziemiankę albo daszek, gdzie oczekują zmiłowania pańskiego, czyli mojego. Ona biega wokół i szczeka piskliwym szczeniackim głosikiem calutka szczęśliwa. Teraz zauważam, że ośmiela się towarzyszyć Labie przy zaganianiu kóz do obory, nie odstępuje jej boku, choć jeszcze sama się nie wychyla. Ale już wykazuje aktywność, a nie strategiczne chowanie się przed biegnącym stadem.
Od samego początku codziennie i bez wyjątku zabieramy ją do każdego obrządku, aby oswoiła się z kozami, a one z nią. Uwielbia te wyjścia, bo może się wtedy swobodnie bawić z Labą przy nas. Gdy raz zaspała i spóźniła się, zaalarmowała nas ogromnym wyciem i piskiem dobiegającymi zza drzwi domu, tak histerycznymi, że trzeba było czym prędzej ją wypuścić na dwór.

Zmieniając na koniec temat wspomnę, że z gusiami stanęło na czterech żywych kubankach, reszta jaj była martwa, być może częściowo niezalężona. Anna wyrzuciła je i zgoniła indyczkę z gniazda, aby rozprostowała mięśnie. Rzeczywiście, chodziła z przykurczem jakiś czas. A my deliberowałyśmy co zrobić. Czy oddać jej czwóreczkę cennych dla nas gąsiąt pod opiekę i ryzykować, że coś się z nimi może stać z różnych powodów, czy nasadzić na kolejnych jajach zielonych nóżek, aby wysiedziała i wyprowadziła kurczęta w kurniku, a nie obce sobie i kurom gąsięta. Po południu decyzja zapadła. Gusie zostają w pudle pod elektryczną kwoką na kilka tygodni, zanim się nie opierzą, potem dołączą do stada starszych gęsi. A indyczka zasiadła na 15 jajach zielonych nóżek na kolejne trzy tygodnie.

22 czerwca 2014

Niedzielny opad, czyli nie szwedzki potop

Ta sama pogoda co wczoraj, przelotne opady. Goście zebrali się do powrotu, więc i nas wzięło na jakąś niedzielną wycieczkę. Zadzwonił niespodziewanie kolega i ustaliliśmy znowu spotkanie w Mielniku. Kończył się tam dzisiaj trzydniowy zlot wojowników Słowian, Bałtów i Wikingów. Miało być jeszcze gędźbowanie. Czemu nie posłuchać? Pojechałyśmy. Kilka kilometrów przed Mielnikiem złapał nas deszcz.
- Pewnie zaraz skończy padać, zobacz widać koniec chmury - stwierdziłam.
Nie było jednak tak łatwo. Kolega ukrył się ze znajomymi w restauracji, aby przeczekać opad. Wymieniliśmy wartości i poszłyśmy w tym samym celu zrobić zakupy do marketu. Lało jak z cebra. Z wzrastającym impetem. Istne oberwanie chmury.
W końcu ustało.
I natychmiast wyszło piękne słońce, niebo błękitne, niewinne. Zostawiłyśmy samochód przy cerkwi i zeszłyśmy drogą w dół ku stadionowi, gdzie wyżej wzmiankowany zlot się odbywał, według jedynego plakatu reklamowego, jaki udało nam się znaleźć.
Na dole okazało się, że umiejscowiony u stóp góry zamkowej teren obozowiska wojów został dokładnie zalany, zrobiło się grząsko i nie raz trzeba było skakać przez kałuże i szybko przebierać nogami, żeby do butów się nie nalało.
Wojowie byli w rozsypce i najwyraźniej gotowi na ewakuację. Nikt nie myślał o gędźbowaniu, tylko ogarniał dobytek. W trawsku można było znaleźć porzucone bezładnie dzidy i młoty Tora. Paliło się jedno ognisko i ktoś coś pitrasił na ruszcie. Tyle.
Zawróciłyśmy. Przy skoku przez kałużę stąpnęłam w trawę podstępnie nasiąkniętą wodą, woda wlała się do buta. 
I taka to była nasza wycieczka niedzielna. Po-kupalna. Żywioł wody jednak się zamanifestował w znacznej obfitości. W drodze powrotnej oceniłyśmy siano, już skoszone na kolejnej łące bobrowej, z której można by je zwieźć. Od wczoraj wlało się w pokos już sporo deszczów. Tyle, że jest prawie stale wiatr i po deszczu słońce, więc przesycha po każdej zlewce. Wzięłyśmy po garści, aby sprezentować kozom i sprawdzić, czy jedzą. Wianków już nie było gdzie puścić, bo u nas w tym czasie wcale nie padało. Za to, na poprawę nastroju, zajęłam się dosładzaniem wina z mniszka i przy okazji zlałam z gąsiora buteleczkę do konsumpcji.
Oj, kupała, kupałła!

21 czerwca 2014

Podejrzliwość

Nikt na wsi teraz nie rozmawia o polityce, ta sprawa nie istnieje. Ważne są sianokosy i inne prace sezonowe. Politykują jedynie staruszkowie na ławeczkach pod płotem przy drodze, z racji emerytury nie mający rolniczych obowiązków i z zainteresowaniem śledzący media. Nie bezkrytycznie, to jednak stare pokolenie. Nauczone podejrzliwości i znające ludzką naturę. Doskonale wiedzą, że góra zajmuje się zawsze korytem, a doły ciężką pracą i nigdy nie było inaczej.

Tak i u nas. Wylęgła się jeszcze piąta gąska, ale nie wiemy czy przeżyje. Ma dość spore zranienie na szyjce, nabawiła się go przy wychodzeniu z jaja. Jaja gęsie mają twardą skorupę i to częsta przypadłość u piskląt. Jutro zobaczymy jak przeszła noc pod indyczką.
Pani sprzedająca jaja zachwalała je, że wszystkie zalężone i z każdego wyskakuje gąska. Trudno mi było w to uwierzyć, bo znam realia. Poza tym było już jednak późno, jak na wylęgi. No, i tak zdaje się jest. Ech, dobra teraz i połowa narodzonych.
Nakryłam Kicię. Pod moją nieobecność wskoczyła na stół i wlazła do pudła gąsiątek. Usadowiła się w kąciku pod lampą-kwoką, niczym w solarium, a gąsięta, ufnie i spokojnie siedziały tuż obok niej, zadowolone z towarzystwa.

Pogoda zmienna. W ciągu dnia przeszły trzy chmury i trzy deszcze. Po nich wychodziło słońce. Anna z Jarym porządkowali teren budowy, po czym zwieźli przyczepkę zalegających jeszcze w miejscu zakupu budynku starych dachówek.
Nasi goście nazbierali w tym czasie w lesie prawdziwków i raczyli się jajecznicą z grzybami na obiad. Sprawdziłam, rzeczywiście były to prawdziwki. Po czym poszli gdzieś na leśnej polanie świętojańskiej paproci szukać.

20 czerwca 2014

Dochodzenie

Przez noc doszły jeszcze dwie kolejne kubanki. Stacjonują w czwóreczkę pod lampą, czekają na dalszy rozwój wydarzeń. Na razie nie daje się wyczuć żadnego poruszenia w reszcie jaj, ale dajemy im szansę.

Z rana zjawiła się ekipa z betoniarką, Anna zwiozła pożyczoną przyczepką gruz rozbiórkowy, który wszedł w skład fundamentów. Zostały dzisiaj zalane.

19 czerwca 2014

W drodze

Zaczęły lęgnąć się gąsięta. Nie znam efektów, bo dzień był naprawdę zakręcony i naprawdę, kiedy to piszę, jeszcze się nie skończył.
Anna pod wpływem słońca zdecydowała przedwczoraj o skoszeniu łąki. Została skoszona, a wczoraj pojechała przewrócić siano. Robiła to sama większość dnia. Ja pilnuję gospodarstwa, a to jest mnóstwo zajęć. Dzisiaj przeczytała w prognozie internetowej, że jutro ma zacząć padać. Rzeczywiście, tak się składa, że znajomi zaczęli na fejsie dawać zdjęcia świeżych chemicznych smug czynionych w okolicach Warszawy i innych miast. Do nas to płynie z wiatrem. Będzie jutro. Zgodnie z prognozą meteo. Ma padać.
Zatem zadziałała spontanicznie. Wzięła z wioski Wanię, który jedyny się ostał do pomocy (Jary został porwany przez kogoś innego) i pojechali na łąkę zgrabiać siano. Załatwiła kostkarkę i zwózkę. Po 17 przyjechał pełen rozrzutnik, Wańka, Ania i wzięty jeszcze do pomocy młodszy brat Jarego rozładowali go i zapakowali siano na poddaszu obory. Potem jeszcze obróciła trzy razy samochodem zwożąc na pace resztę kostek z łąki. Te już wylądowały w garażu, żeby było szybciej.
To tylko część ostatniego zakręcenia. Mam wrażenie, że wszystko przyspieszyło, kręci się jak na karuzeli. A to tylko Uran przez aniny Ascendent przechodzi.
Znów wczoraj piekłyśmy chleb. Jutro rusza budowa. Legną się gąsięta. I kilka innych projektów jest w drodze.

16 czerwca 2014

Znowu rośnie

Czemu nie ma zdjęć? Są. W aparacie. Już starzejące się i dezaktualizujące, bo przecież wszystko się zmienia i rośnie z dnia na dzień. W komputerze przeładowana pamięć, niemożność ściągnięcia, brak czasu, aby zrobić miejsce. I tak schodzi, jak to w sezonie ciepłym.
Co się działo? Raz wyjechałam do powiatu, miasta zażyć, urząd odwiedzić i sklepy. Po drodze zahaczyłyśmy o znajomych, jednych drugich. Jakiś barter się uskutecznił, jakieś projekty zawiązały.
Raz ktoś z towarzystwem wpadł z wizytą, serów posmakować, kozy spotkać. Drugi raz ktoś inny.
Poza tym co dzień tak samo. Rano wstać, kozom karmy dać... itd. itp.
Dzisiaj Anna odkryła, że pod kwoką pikoli siedem zielononóżnych pikolątek, już suchych i chętnych coś przekąsić. Zatem znowu pudło z pisklętami wylądowało w domu, kwoka sztuczna włączona, na czas dosiedzenia przez kurę reszty jaj. Część z piętnastu podłożonych zmarnowała. To stara kura, której charakterek poznałyśmy już parę razy. Co roku robi taki numer. Jest nerwowa, poderwana, niszczy niechcący jaja nogami, gwałtownymi ruchami, wychodzi z gniazda, nie chce wracać długi czas itd. itp. I tak dużo wysiedziała, bo zdarzyło jej się wysiedzieć tylko trójkę. Ma pod sobą jeszcze dwa jaja. Czekamy ponadto na indyczkę i jaja gęsie.
Był Jary. Wykopał fundamenty wzdłuż linek, odmierzonych przez majstra. No, tak, bierzemy się z wolna do budowy. Procedury w toku. Efekty dokumentuję. Może kiedyś jednak będzie możliwość ściągnąć zdjęcia z aparatu.
No, i przyrządzam kolejny w tym roku pasztet z kozy.

Po pełni popadało, ale dzisiaj pogoda była w miarę wyrównana. Sprzyja roślinności, nie sprzyja sianokosom. Czekamy z nimi, jak wszyscy, którzy nie zrobili ich tuż przed pełnią, gdy trafiło się trzy dni bez deszczu, upalnych. No, cóż, na Podlachii wielikoje świata co rusz, jak nie ichnie to nasze, nie wiadomo kiedy pracować. Trudno. Nie ma się co kopać z koniem. Przecież jutro też jest dzień.

9 czerwca 2014

Koszmar powrócił

Zaczął się koszmar, od chwili, gdy nastały "upały". Piszę w cudzysłowie, bo wiadomo, że w praktyce owe szumnie reklamowane w mediach upały okazują się kilkoma godzinami słonecznego ciepła przerwanymi jakimś deszczem, niewielką burzą, zachmurzeniem, siąpieniem, aby znowu wróciło do łask słońce. Ponieważ nauczyłam się całkiem dobrze wróżyć pogodę z chemtraili, tudzież chemtrailsów, czyli chemicznych smug i chemicznych chmur na niebie, to i dzisiaj rano mi się udało. Kiedy ranek był jak najbardziej pogodny, a mój koszmar właśnie zaczynał się budzić.
- Oj, bude deszcz dzisiaj, całkiem niedługo, koło południa - orzekłam. Nawet Anna, która na wzmiankę o chemicznych smugach niecierpliwi się wzruszając ramionami, tym razem przyznała mi rację, że coś z tym niebem jest nie tak. Jakby pomazane białawym klejem.
Tymczasem koszmar powrócił i pognał za kozami na pastwisko, lecąc z bzykiem i buczeniem w podnoszącym się słońcu dołączającą skądeś z lasu gromadą.
No, i zachmurzyło się, upał ustąpił chłodowi i spadł deszcz. Stado trzeba było zagnać do obory, tak samo gęsi, nazywane pieszczotliwie kaczkami. Zmoczyło, poszumiało, koszmar zniknął na jakiś czas, po czym chmury zaczęły się rozstępować łagodnie, zrazu niepewnie, potem coraz szybciej, i zwierzęta poszły znowu na swoje żerowiska.
Wróciły przed wieczorem w tumanie towarzyszących im koszmarzątek i było nie było, trzeba mi się było zmierzyć z koszmarem raz jeszcze tego dnia. Jak co dnia w ten letni miesiąc. Podczas obrządku, czyli dojenia.
Nie ma nic gorszego dla mnie, niż latający bąk nad głową i plecyma, na których potrafi przysiąść swoim obrzydłym, chrzęszczącym odwłokiem muszego giganta, bo mnie niestety wszelkie owady kąsające bardzo lubią. A ja piszczę, oganiam się, wykonuję dziwne dżezzowe ruchy, a kozy patrzą na mnie z przymrużeniem oczu. Ponieważ tak się tego robactwa boję, to i zabić potrafię okrutnie i bez pardonu. Żadnych tam modlitw ani medytacji nad nimi nie odprawiam. Ot, najlepiej wychodzi to klapkiem zdjętym z nogi. Zatem często można mnie zobaczyć przy obrządku w jednym bucie, z drugim trzymanym w garści, albo na podorędziu. Kiedy koszmar usiądzie na ścianie obory blisko kozy łatwo go trafić, jeśli tylko ręka mi nie zadrży i uderzenie będzie mocne i celne. One jakoś klapka nie widzą! Może dlatego ślepakami je zwą.
Kiedy ślepak upadnie, trzeba go natychmiast odnaleźć i rozdeptać nogą. Bo inaczej ożyje. Rzadko pada na śmierć. Kiedy minie zbyt długi czas, minuta, dwie, okazuje się, że go już w miejscu upadku nie ma, choć nikt nie widział, jak odlatywał, bo powrócił z omdlenia do przytomności. To są cuda, do których zdolne są te potworne koszmary. Umieją znikać, stawać się niewidzialne. Uważam, całkiem serio uważam, bo zbyt często tego doświadczyłam, że one mają zdolność wyprzedzenia światła i przemieszczają się w czasie. Dlatego znikają. Dematerializują się jednym słowem. Robią to rzadko i tylko w bezpośrednim zagrożeniu życia, w tej chwilce resztki świadomości, gdy spadają na ziemię uderzone klapkiem (albo końskim ogonem lub innego stworzenia bożego).
Tym razem znowu się koszmar tak zamanifestował. Mianowicie Anna trafiła ślepaka dłonią, gdy przysiadł na wymieniu Tyni podczas dojenia. A że ona doiła to i nie uciekła, jak to ja bym uczyniła, tylko klapnęła go własnoręcznie. I co zrobił ślepak? Ano spadł do garnka z mlekiem i w nim wziął i utonął. Na naszych oczach.
- Dobra, odcedzimy go na durszlaku - powiedziałam i zaraz zlałam mleko z garnka do wiaderka. Na płachcie cedzakowej pozostała gruba warstwa piany mlekowej, w której niechybnie koszmar się skrył. Zlałam ją więc do psiej miski i zawołałam Kolę, aby zjadła. Nie było tego dużo, pies chlipnął ze dwa razy, żaden owad mu w zębach nie zazgrzytał, bo go tam po prostu nie było!
- Spodziewałam się tego. Zniknął i jest zniknięty - westchnęłam.
Koszmar trwa nadal.

7 czerwca 2014

Dzikie przygody

Kurczaczki zielononożne poszły już na swoje. Trwamy w oczekiwaniu na kolejne lęgi.
Dwa dni pod rząd piekłyśmy chleb, właściwie Anna miesiła ciasto i piekła, ja tylko doglądałam ognia. Chleb się udał (z mąki z lokalnego młyna w Orli, gdzie młynarz dba o ekologiczność wyrobu) i trafił w chętne ręce. Z powodu tego wypieku jednak, mimo nadzwyczajnej ostrożności, do sera wdarła się zaraza dzikich drożdży i dwa sery poszły na karmę dla kur. Musiałam wszystko dokładnie odkazić, wyprać, wyparzyć, łącznie ze zmianą ubrania, w jakim przebywałam przy chlebie i sprawa wróciła do normy. Tu nieświadomym wyjaśnię, że zakażenie mleka drożdżami nie dyskwalifikuje sera smakowo, nie daje też jakichś przykrych efektów w jelitach, jedynie wizualnie ser ma mnóstwo dziurek podobnie jak chleb i nie nadaje się do dłuższego przechowywania ani dojrzewania, bo serwatka źle odeszła, a w dziurki wdziera się powietrze i często pleśń. Ot, znów zysk i strata.
Z powodu takiej zarazy zdecydowałyśmy się w ogóle stawiać piec chlebowy w innym budynku, aby oddzielić oba procesy, serowarzenie od pieczenia. W czasach, gdy Anna piekła chleb w domu bywało, że i przez tydzień nie mogłam wyzbyć się dziurek w serze. Mimo mycia i czyszczenia wszystkiego od a do zet.
Ot, tak to jest z domowym przetwórstwem.

Dzisiaj był pierwszy dzień bez deszczu. Na obiad był ryż naturalny, befsztyk z koźlęciny, kurki w śmietanie i mizeria. Grillowanie nam się marzy, więc odmrażają się na jutro białe kiełbaski.

5 czerwca 2014

Indyki i gęsi

Przestało padać i dzisiejszy dzień był prawie cały pogodny. Prawie, bo ok. 17 godziny nadciągnęła nad naszą zagrodę chmura, powiał wietrzyk i musiałam zadzwonić po pomoc.
- Słuchaj, zaraz może padać, a ja z indyczką sobie nie radzę. Zawiesiła się u płota, dzieci przechodzą na drugą stronę. Jak je przegodnię do niej, ona się kręci w kółko i znowu je gubi. Muszą być dwie osoby, ja gonię, ty prowadzisz. Inaczej nie wrócą do lamusa wcale.
- Dobrze, już jadę.
Anna skróciła pobyt na warsztatach wyplatania ze słomy w domu kultury i wróciła czym prędzej, aby razem ze mną zagonić nadtroskliwą matkę z 14-ściorgiem nieco skołowanych nowym światem (dziś był ich debiut na dworze), przestraszonych i nieco już wygłodniałych indyczych dzieciaków.
Nawet we dwie było to trudne. Musiałyśmy wyłapać całą czternastkę, inaczej się nie dało. Dopiero kiedy wszystkie intensywnie pikoliły z lamusa indyczka dała się złapać w kurniku i zanieść do nich. Niedługo potem nastała wielka cisza pełna wyczuwalnej ulgi.

Za to gęsi są kochane. Poznały błyskawicznie cały dostępny im teren gospodarstwa i poruszają się po nim samodzielnie, bez potrzeby kontroli. O określonej godzinie, właśnie blisko 17, wracają na podwórko, a ja wtedy wychodzę z domu, niosę im ostatni posiłek (karmię je 2 razy dziennie, rano i o tej właśnie porze), a one biegną za mną i wchodzą po kolei do kurnika zsuwając się statecznie po podstawionej do progu desce. Stawiam im jedzenie, one wchodzą do swojej pakamerki, a ja ją za nimi zamykam, dodając jeszcze garnek z wodą. Kiedy trzeba je zamknąć wcześniej, na przykład z powodu deszczu, wystarczy wyjść przed dom i zawołać je, "Tasie, tasie, tasie! Gusie, gusie, gusie!" i zaraz rozlega się gęganie i nadbiega stadko, pomagając sobie skrzydłami, radośnie gaworząc między sobą. To są naprawdę inteligentne ptaki. I uczuciowe. W stadzie bowiem łączy je autentyczna miłość i przywiązanie.

1 czerwca 2014

Dzień dziecka na farmie

Na cały wczorajszy dzień pogoda się ustabilizowała i wyszło nawet słońce. Dzieciaki z miasteczka wraz ze swoimi opiekunami zjechały po 10 według wcześniejszego planu. Z okazji Dnia Dziecka stowarzyszenie społeczne, do którego należą ich rodzice, wraz z urzędem gminy i domem kultury urządziły im piknik, połączony z wycieczką rowerową i odwiedzinami "na prawdziwej farmie" (czyli u nas), a potem ogniskiem z kiełbaskami (już po powrocie do miasteczka). To na owe odwiedziny potrzebny był sernik, a także chleby z pieca chlebowego, ser, napoje i sałatki.
Udało nam się wszystko szczęśliwie zgrać w czasie i Anna oprowadziła około 20-osobową grupę po gospodarstwie. Z kóz jedynie Fela uratowała honor "farmy" (nazwanie dane przez jednego z dzieciaków) i nie dała drapaka na widok takiej watahy ludzkiej. Najadła się za to po pachy suchego chleba i pozowała do zdjęć. Gęsi zaś nie pozwoliły się do siebie zbliżyć, tylko z przerażeniem w oczach i gęsimi okrzykami "spadamy!" uciekły przed chłopcem, który "chciał je tylko pogłaskać" i nie dawał sobie tego zamiaru wyperswadować.
Oczywiście gwiazdą wycieczki stała się Paszka, Pasia, "słodkie stworzenie", która też musiała zostać w końcu ochroniona i ukryta w domu przed nadmiarem dziecięcej miłości do zwierząt. Anna na sam koniec musiała ją wydłubywać spod łóżka, gdzie się skryła, aby pokazać jeszcze raz dzieciom, by mogły się z nią pożegnać, bo nie chciały bez tego odjechać.

No, a dzisiaj najpierw od rana wiało, a potem nadeszły chmury i rozpadało się na dobre. Kozy i gęsi wróciły z pastwisk przed końcem dniówki. Sołtys, mimo, że dwoił się i troił przewracając siano na łące, aby przeschło na wietrze, nie zdążył go zebrać. Mnie zaś morzy spanko i zaraz się chyba walnę do łózka, mimo wczesnej jeszcze pory.