29 listopada 2013

Kiszona teraźniejszość

Przymrozki, a nawet pierwszej nocy mróz wysokości - 8 stopni szybko się skończyły. Jasiek już jednak nocuje na stałe w domu. Dwie noce przespał na poduszce i pod kołdrą koło mnie, a teraz wymościł sobie gniazdko na kupie kartonów z książkami, zalegających w pokoju sypialnym, na podsuniętym mu starym swetrze. Bo ten nasz jeden główny pokój pozostaje wciąż w wersji pierwotnej, prawie nienaruszony od początku. No, zdarłam tylko ze ścian tapety, wyszorowałam ściany i sufit został obity gipsokartonem, wciąż nie pomalowanym, ani nie zaszpachlowanym. Ta zalegająca enklawa przedremontowego i przeprowadzkowego bałaganu wróży, że nie będzie jeszcze końca świata w bliskim czasie, bo daleko nam do zakończenia remontu domu.
A propos wróżenia, to podobno dzisiaj andrzejki. Wyrosłam z nich całkiem niedawno, tj. przestałam interesować się tym, co w przyszłości mnie jeszcze czeka. Remont, to pewne. Dojenie kóz też pewne. Cztery pory roku jak najpewniejsze. Reszta w rękach Najwyższego niech pozostaje.
Póki co Anna rozlicza projekt. Przewalając stosy papierów i faktur całymi godzinami. Trzeba chodzić na paluszkach... czego Laba jakoś wcale skumać nie potrafi i wciąż wybucha wojna domowa. A ja palę w piecach i przyrządzam obiadki. Na ten przykład kurczak pieczony (tj. spory 2-kilogramowy brojler naszego chowu), trzy dni konsumowany na różne sposoby, skończył w potrawce ryżowej. Albo jak dziś, jesienny smakołyk, babka ziemniaczana z wielkimi skwarami ze świńskiego podgardla (wersja wegetariańska nie jest na moje siły i cierpliwość) z dodatkiem surówki z kiszonej kapusty z beczki.

25 listopada 2013

Gorąca dereniówka

Dzisiaj wreszcie, kiedy zaczęło niemożebnie piździć, przyszedł czas na przycinanie świerkowych żerdzi, ponad miesiąc temu przez nas wysegregowanych, na traku. Udało się nawet zmobilizować Kościka do pomocy, żerdzie pojechały, zostały przecięte i przycięte, zależnie od grubości, i wróciły tym samym transportem. Wylądowały już na polu, gdzie powstaje ogrodzenie przyszłego permakulturowego ogrodu. A obok niego drugie ogrodzenie pastwiska dla kóz. Będzie go ponad hektar. Zatem trzeba będzie dużo więcej takich żerdzi. Jest jeszcze jedna taka kupa zebrana na drugiej leśnej działce, ale sprawy będą kontynuowane wiosną.
Anna z Kościkiem wychłodzili się, wiele godzin pracując na powietrzu. Dlatego po ciepłym obiedzie, gorącej herbacie w ciepłym domku przy rozgrzanych kaloryferach, oraz gorącym prysznicu przyszedł czas na wypróbowanie nalewki, dawno temu nastawionej. W ruch poszła dereniówka, już prawie półroczna. No, no. Lubię wytrawne smaki, zdecydowanie bardziej od słodkich. Obok podlaskich hitów ziołowych: bukwicówki, pigwówki i żurawinówki może to być moja ulubiona nalewka.
Wraz z zachodem słońca wiatr nieco przycichł. Nie, żaden śnieg nie spadł na Podlasiu, ani nie wygląda na to, że spadnie. Choć mają na kilka dni nastać przymrozki.

24 listopada 2013

Szare komórki pracują!

Z zapowiedzi zimy pewnie wyjdą nici. W dzień zaniosło się, owszem ciężkimi i ciemnymi chmurami, ale przyniosły mżawkę i deszczyk, jest mglisto i ciepło. Nawet Kicia spędziła zeszłą noc na dworze, co zresztą było spowodowane obrażeniem się. Choć z naszego punktu widzenia powinno być odwrotnie, czyli to my powinnyśmy czuć się obrażone na nią. Poprzedniej nocy bowiem ułożyła się do snu w kartonie przy kuchni, pozwoliłam jej tam zostać (zazwyczaj śpi ze mną w zamkniętym pokoju, dlaczego, to cała opowieść o jej przypadku i traumie) i w rezultacie zrobiła to, co zawsze wtedy, zsikała się, ale z tą różnicą, że nie na podłodze (usunęłam kuwetę z domu, aby ją nauczyć jednak wychodzenia), a do miski Laby! W sumie można uważać to za jakąś tam kocią kulturę, ale wiem, że z jej strony było to zaznaczenie terenu wobec psa, którego niezbyt lubi. No, więc wczorajszego wieczoru powędrowała jak zwykle wieczorem za drzwi, w celach profilaktycznych (diabli wiedzą, czy się wtedy załatwia, czasem tak, czasem nie, gdy nie utrafię w moment), i już nie wróciła. Choć uczciwie ją wołałam, a nawet w nocy wstawałam w tym celu. Wróciła dopiero rankiem, i to wcale nie najpierwszym. Ot, honorna i harda istotka!
Aliści właśnie pada, więc obraza majestatu zniknęła. Kicia wysiaduje na moich kolanach, gdy to piszę, przy ciepłym jeszcze kaloryferze i dba o swoją dobrą relację na tę noc, hehe.
Tyle mojego.

Poza tym znowu zaliczyłam wpadkę z kawą tzw. prawdziwą. To prawda, że nie kupujemy nigdy drogiej kawy, czy ziarnistej do zmielenia, która byłaby najpewniejsza, jeśli chodzi o zawartość glutenu, ale fakty wciąż mnie zaskakują. Ja mogę nawet zrozumieć, że mielona "Kawa palona" z Biedronki jest sfałszowana kawą zbożową, ale także paloną, zatem nazwa z grubsza się zgadza i nie ma czego wymagać od producenta.   Natomiast, gdy już tak samo reaguję na kawę Tchibo, która ma w rozpisce zawartość węglowodanów i tłuszczy nie wiadomo jakiego pochodzenia na opakowaniu, i na kawę Kronung, która jest droższa, i bez owej rozpiski, to zaczynam popadać w smutek i niewiarę w ludzkość. Kiedy zatem zaliczyłam kolejne dolegliwości po owym rarytasie kawowym (tym razem całonocny ćmiący ból w jelicie cienkim, który nie pozwolił mi zasnąć i dał czas na przemyślenia), ledwie wstałam przed świtem, (jak nigdy), z łóżka, oznajmiłam Annie:
- My mamy jeszcze w domu Maczu Pikczu?
- Co takiego???
- No, wiesz, to coś, co podarował nam Jerzy i ty próbowałaś nauczyć się pić. Jak to się nazywa, Sierra Madre?
- Ach, mówisz o Yerba Mate?
- Tak!
- Tak. Gdzieś jest.
- Poszukaj z łaski swojej, przechodzę na picie tego świństwa. Myślę, że jej jeszcze nie fałszują zbożówką i mi nie zaszkodzi.
Po dokładnym przeglądzie kredensu i szuflad znalazła się prawie cała paczka Yerby i nawet drewniane naczyńko z bombillą, które sobie sprawiłyśmy w daremnym zamiarze wejścia w ten zbożny nałóg.
W internecie przeczytałam jak parzyć, zaparzyłam, i z lubością (wstręt wyrzuciłam za okno zdecydowanym gestem) wypiłam jedno i drugie parzenie w czasie dnia. Uff, wreszcie jakaś baza dla przyzwyczajenia się!

Kilka dni temu zaś wzięłam się za tłumaczenie łacińskich wersów z przepowiedni Nostradamusa i całkiem mnie to bawi. Nie jest to niemożliwe. Zaliczyłam naukę łaciny przez rok w pierwszej klasie liceum, teraz zaś mamy internet. Świetny słownik łacińsko-francuski pod ręką plus omówienie gramatyki łacińskiej po polsku, i hm, daje się. Jak na razie przynajmniej, nieźle. I do tego właśnie popijanie yerby przez rurkę całkiem mi pasuje.

Być może to zielsko uruchomiło mi lepiej komórki mózgowe (w każdym razie po kawie były strasznie przymulone, i nie tylko mózgowe), bo po południu zrobiłam wstępne podliczenia rozliczeń, tegorocznych kosztów i zysków z gospodarstwa. I, muszę przyznać, jest kapkę (kapeczkę lepiej), niż w zeszłym roku. Hodowle pokryły koszty swego utrzymania (uprawa pola i łąki, zakup pasz, wynajem pracowników) oraz KRUS, podatki, pozyskanie drewna, elektryczność, a nawet zakup kilku narzędzi. Dotacja unijna pokryje zaś koszt ogrodzenia. Naszym zyskiem jest żywność, świeża, zdrowa, pewna, ogrzany dom i prąd w kontakcie. Cały rok jaja, mięso, mleko, sery i twarogi, oraz warzywa i owoce.
Nie jest więc źle, nie spadamy, a leciutko, leciutko wznosimy się nawet. To dodaje zapału do pracy, rozwijania jednak gospodarstwa i zaplecza. Ma to sens.

22 listopada 2013

Działkowanie leśne

Kozy skąpią już swej białej esencji coraz bardziej. Pewien wpływ ma na to oczywiście fakt, że nie wychodzą poza zagrodę przy-oborową i jedyne zielone, które jedzą, to igły sosnowe i kory gałęzi. Po południu niecały litr od nich przynoszę, który w połowie wypijają jakże spragnione koty i psy, dolewam też do Aninego dzbanuszka na mleko do kawy, i resztkę zlewam do gara. Aby zrobić ser zbieram mleko przez dwa dni. Na szczęście pogoda sprzyja jego przetrzymywaniu w naturalnym chłodzie na tarasie.
No, więc wynika z tego, że co drugi dzień mam wolne. Rzeczywiście. Wygląda ono tak, że zostaję porwana do innej roboty. Tj. wiadomo, łatwo się domyśleć, że na działkę leśną, dźwigać pnie sosnowe na kupy przy drodze, aby je na koniec zwieźć.
W zasadzie podoba mi się ta praca, o ile nie wpadam w zmęczenie. Które zaczyna się tak w trzeciej godzinie. Czasem bywają przerwy, zwłaszcza jeśli jakiś sąsiad z drugiej działki chce zapalić papierosa i pogadać o pierdołach, albo tylko się przywitać. W ogóle zwożą ludziska na potęgę, bo można już spotkać się z zapowiedziami pierwszego śniegu i niewielkich mrozów w przyszłym tygodniu.
Także znajomy, mający kawałek własnego lasu za naszą chatą, poprzecinał - za pozwoleniem leśniczego - swoją gęstwę i zwiózł dzisiaj sporą przyczepę gałęziówki. A nam jak gdyby przejaśniało w oknie kuchennym, od wschodu.

Dodam: praca leśna, zajęcia w lesie, zwłaszcza o tej porze roku, gdy nie ma uprzykrzonych owadów, ani upału, jest wbrew zmęczeniu fizycznemu, sporym relaksem dla duszy. Zieleń mchu, zapach ściętych gałęzi, igliwia sosnowego i świerkowego, szybki oddech, wprowadzający do ciała i mózgu dużo świeżego, pachnącego tlenu, siekierka w ręce, jak przez dziesiątki tysięcy lat bywało i co mamy w genach, jako ludzie, przynosi spokój. Nie dziwię się już, że Anna tak chętnie bierze działki jedna po drugiej, he!

20 listopada 2013

Konserwacja dobrego samopoczucia

Ociepliło się nieco, dzisiaj wyjrzało na cały krótki dzionek słońce. Tu muszę zanotować, że zapowiadanych onegdaj przymrozków nocnych nie było, i jak dotąd noce są o temperaturze powyżej zera, kilku stopni. Trawa rośnie, acz niewiele i nasze ugorowane pole zieleni się spod rżyska. Gdyby kozy nie hasały, to by się tam mogły spokojnie paść. Niestety, stoją przeważnie w zagrodzie za oborą, gdzie zjadają kostkę siana i ogryzają czuby sosnowe, okorowując je przy okazji. Anna, szalejąc znowu na działce leśnej codziennie przywozi im na pace nowy zapas zielonych witaminek.

Mimo owego ciepła późnojesiennego temperatury rzędu kilku stopni w dzień i nieco niższe w nocy dość jednak wychładzają chatę. Palenie w ścianowym na wieczór niekoniecznie ogrzewa dobrze wnętrze trzech pokoi. Nie ma też ciepłej wody w kranie, ani ogrzanej łazienki. Zatem kilka dni temu zainaugurowałyśmy palenie w c.o. Zawsze to trochę stresu jest. Bo woda z instalacji odparowuje w pewnym stopniu, trzeba odpowietrzać kaloryfery, regulować ciśnienie itp. Tymczasem pojawił się inny problem. Najpierw trudność rozpalenia, za nic drewno zająć się nie chciało. Choć postarałam się dać suche kawałki. Na kuchnię zaczął wychodzić ciemny, gryzący dym. Przypisałam to brakowi cugu, bo dzień był dżdżysty i niskociśnieniowy. W końcu udało się rozpalić, ale przy byle otwarciu pieca dym zaraz wychodził na kuchnię. Cug był słabiutki. Nie udało się pieca rozgrzać powyżej 40 stopni i kaloryfery, a tym bardziej woda w kranie były ledwo ciepłe.

Odpuściłyśmy sobie zabawę z c.o. na kilka dni, aż pogoda się zmieni. A dzisiaj, gdy nastał pogodny wyż i z doświadczenia wiem, że cug powinien być dobry, zdecydowałyśmy się przystąpić do uruchamiania pieca po raz drugi.
Tym razem jednak bardziej metodycznie i od podstaw. Ciągle bowiem pamiętam słowa jednego z naszych majstrów o tym, że zwyczajowo co roku na zimę piec i komin powinny zostać dokładnie przeczyszczone, aby w zimie niespodzianek nie było. Wróży to brak kłopotów tego typu na cały przyszły rok. Taką granicą jest dla tutejszych Boże Narodzenie i Nowy Rok. Owa praktyczna mądrość ludu nie docierała do naszych umysłów, pewnie ze względu na to, że piece i komin są świeżej daty i nie trzeba jeszcze być aż tak rygorystycznym w konserwacji. Tymczasem jednak policzyłam na palcach i ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że będziemy zimować w tej chacie już piąty raz! A przewody piecowe jeszcze nie były ani razu czyszczone!
Anna zatem uzbroiła się w stare ciuchy i rękawicę i pracowicie wybrała ręką , a potem szufelką sadze, popiół i resztki gruzu murarskiego z wylotu pieca do komina. Poświeciłam latarką i dopatrzyłyśmy się, że piecokuchnia, która ma dwa rodzaje otworów wylotowych, tzw. letni - górny i zimowy - dolny, nazbierała już sporą ilość popiołu w miejscu dolnego wylotu, który został po prostu zapchany i stąd pochodził ów dym, wychodzący na pokoje przy rozpalaniu oraz brak cugu! Tutaj trzeba było wybrać owe śmiecie starą łyżką wazową (he, kobieta zawsze sobie poradzi w takich subtelnych kwestiach). Nazbierało się wszystkiego więcej, niż połowę węglarki, więc nie w kij dmuchał.
Już potem rozpalenie poszło jak burza. Piec zahuczał bardzo szybko i łatwo doszedł do 60 stopni. W domu zrobiło się ciepło, a ja zauważyłam, rozbierając się z grubego swetra z golfem, że jednak nie ma to jak zażyć trochę cieplnego komfortu w taki chłodny czas. Humor od razu, automatycznie się poprawia.

A poza tym pokazujemy wynik Aninego mydlarskiego hobby, pięknie opakowany, ręcznie oczywiście. Dzisiaj kąpiel w gorącej wodzie mydełkiem kozim uskuteczniam. Anna wybiera kawowe.





18 listopada 2013

Spożywanie czasu

Jakiś czas temu na fejsie znajomy, niezwykle serdeczny i sympatyczny człowiek, znany ze swojego zamiłowania do jedzenia oznajmił: "Op...łem pół kaczki na kolację!". Bardzo mnie to poruszyło, już abstrahując od tego, że nie jestem przyzwyczajona do karmienia żarłocznych mężczyzn na co dzień, to zaczęłam od razu główkować praktycznie. Najpierw jednak spytałam, ile owa kaczka ważyła. Otóż niewiele ponad 2 kilogramy przed pieczeniem, sporo się więc wypiekło z niej, trzeba przyznać.
No, cóż, nie należymy obie do grona pszczółek spijających miodek za zarobione w korporacji, albo i własnym biznesie, czy w mediach pieniądze, a żywimy się tym, co nasze ręce wypracowały. Dlatego choćby przez sam szacunek do własnej pracy, głupio jest nam zjeść w pół godziny i na raz coś, co codziennie dokarmiało się pracowicie kilka razy przez kilka miesięcy! Po prostu żal. I tak jakoś celebrację jedzenia kaczusi, indyka, kury, kurczaka, gąski, perliczki trochę inaczej pojmuję od Miastowych. Którzy polują na jedzenie w sklepach.
Ta celebracja znana jest każdej rodzinie chłopskiej, czy biedniejszej z Miasta z czasów, gdy jeszcze ubity drób przywoziło się ze Wsi triumfalnie jako przysmak stołu. Dlatego nie piszę nic nowego, ani nieznanego. No, może jedynie młodemu pokoleniu.
Jak się je na co dzień taką na ten przykład kaczusię zatem?
Tu nadmienię, że dochowałyśmy się w zeszłym i tym roku kaczek w okolicach 3 kilogramów ważących, a więc wielkości trudno dostępnej w marketach. Nie jest to rekord, bo słyszałam, że byli na wioskach tacy, co i do 6 kilo potrafili taką dotuczyć.
Jak zjadać podobny łup, aby się nasycić i nacieszyć i co najmniej kilka dni nim opędzić w dziedzinie obiadowej? Ano klasycznie tak, jak nasze babcie robiły.
Na pierwszy ogień rosół lub czernina z tuszki, pozbawionej piersi, z dodatkiem podrobów (z wyjątkiem wątróbki, którą oczywiście osobno na kolacyjkę czy przekąskę można przyrządzić). Z ugotowanych w rosole warzyw z dodatkiem gotowanych ziemniaczków, kiszonego ogórka, cebuli, jabłka, groszku zielonego, robi się od razu sałatkę z majonezem.
W naszym wypadku wypada samego rosołu 6 porcji, czyli 3 dni jedzenia. Oczywiście na drugi czy trzeci dzień dla odmiany zamienia się rosół w pomidorową, zamiast z makaronem czy kaszką manną, to z ryżem. Żeby nudno nie było.
Ugotowane w rosole mięso oddziela się od kości i przyrządza gulasz, sos, lub tylko przysmaża z cebulką na patelni, do ziemniaczków, kaszy lub ryżu. Drugie danie gotowe. Można wygospodarować 4 sute porcje, a dla upartego nawet 6.
I na koniec oddzielone od tuszki na początku piersi przyrządza się w panierce, i to są kolejne 2 pyszne porcje jedzonka na kolejny dzień.
No, w każdym razie my się taką kaczusią ostatnio raczyłyśmy przez cztery dni, po drodze zbłąkanego gościa częstując (to co, że od 20 lat wegetarianina, he, mam wprawę w łamaniu najtrwalszego uporu w tej kwestii), i jeszcze dla kotków i piesków coś się smacznego trafiło.
To tak, właśnie. Gwoli filozoficznego zastanowienia.
Pieczyste jest pyszne i uroczyste, ale nieekonomiczne, dlatego właśnie powinno się rzadko i świątecznie je jadać, z szacunku dla pracy rąk i wagi ofiary zwierzęcia, które nam użyczyło swego ciała do nakarmienia. To jest uczciwe, na tym polega uczciwość.

Co poza tym?
Ano, Anna uwarzyła wieczorową porą kolejną porcję mydła, a skoro świt ruszyła do leśnictwa i dostała kolejną leśną działkę do pozyskiwania. Malutką, już zwyczajną, sosnową, czyli opałową, może będzie wszystkiego fura. Ale blisko naszej chaty, dlatego okazja.

I, wreszcie, wreszcie, skończyłyśmy dzisiaj ogrodzenie posesji! Płot został zamknięty.

17 listopada 2013

Kulturalne zawieszenie

Od czasu do czasu, z wielkiego rzadka w tym naszym chłopskim, wieśniackim życiu pojawia się chwila na kulturę. Nie liczę oczywiście oglądania wieczorami dostępnych za darmo w sieci badziewi, czyli polskich seriali-rzek, dwóch na przemian. Głównie w celu łatwego zaśnięcia. Bo usypiają bez pudła już w połowie odcinka. A o to chodzi dla umęczonej (steranej) codziennym i całodziennym kręceniem się w kółko po obejściu i domu duszyczki. Kiedy zasnę, nie znikam. Dopiero wtedy zaczynają się historie przez duże H na ekranie mojego uśpionego umysłu dziać! I to dopiero lubię.
Dzisiaj np. śniłam o dziwnym świecie i czasach. Było to jakieś popadające w prędką ruinę wielkie miasto. Z budynków nagle odpadały rozchwiane przez wiatry kominy, albo na zrujnowanych szczytach wieżowców zakładały swoje gniazda wielkie ptaki. Nikt już niczego nie odbudowywał i nie remontował. Ludzie żyli w lokalnych enklawach i chronili swoje zasoby jak mogli. Myśmy jeszcze mieli aparaty fotograficzne, szpitalik dla dzieci itp., ale pewnego dnia zauważyłam wybiegającą ze zrujnowanego wieżowca z ptasim gniazdem na szczycie gromadę dziwnych dzieci. Były półdzikie. Podeszły do mnie dość blisko, zatrzymały się przyglądając się ciekawie, oczami, w których było niewiele ze znanych mi min i wyrazów twarzy. Udało mi się cyknąć niektórym "okazom" niezwykłe zdjęcia-portrety. Po chwili podeszła do mnie ich opiekunka, dorosła kobieta. Mówiła. Dostała ode mnie nóż, o który poprosiła. Wsadziła go sobie ostrzem do góry w cholewę buta. I wyjaśniła, że pochodzi z rodziny szamańskiej i to jest pomocne dla nich w leczeniu narzędzie.
Hm, jeśli tak będzie, to myślę, że za kilkadziesiąt lat. Ptak przypominał kondora, lub sępa, dlatego mógł to być inny kontynent.
A wracając na ziemię, czyli poranków i wieczorów z kulturą, to właśnie taki wieczór zdarzył się wczoraj. W naszym GOK-u odbył się jubileusz 20-lecia istnienia zespołu Czeremszyna. Byłyśmy już na osiemnastce, więc porównywalnie było podobnie, miło. Sala pękała w szwach. Obejrzeliśmy film z wywiadami członków zespołu na tle fragmentów ich różnych koncertów. Mnie najbardziej interesowały pierwsze czasy, lecz akurat film skupił się na ostatnich latach. Choć oglądałam inne, więc wiem, że istnieją zapisy sprzed lat, utworów z pierwszej ich płyty "Źródło". A piszę o tym, bo pierwszy teledysk, jaki zespół nakręcił dla TV Polonia przed laty dział się na naszej obecnie posesji w starych klimatach wiejskiej chatynki, studzienki i krytej słomą drewnianej stodoły. Spróbuję do niego dotrzeć prywatnymi kanałami.
No, więc koncert był przedni, a przyjmowaniu prezentów końca nie było. Po przedstawicielach władzy z wolna zaczęli podchodzić zwykli ludzie, nawet najzwyklejsi, a najciekawiej wręczała prezent grupka fanów z Ukrainy. Zaśpiewali chórem na głosy jakąś ichnią zwyczajową w takich chwilach pieśń i wręczyli haftowany ręcznik (dla niewiedzących, nie jest to ręcznik do mycia rąk, a uświęcona ozdoba, używana w uroczystych okazjach w świecie prawosławnym), którym okręcili ręce wszystkich członków zespołu w magicznym celu pomyślności. Powodzenia na przyszłość! I dziękujemy za to, co już było!
Zaśpiewała ja ze wsiemi Mnogija lieta i Sto lat, sto lat! już chyba, odrobinę tutejsza się robiąc.

14 listopada 2013

Placki, lęgi i zimne plecy

Zaplanowany tydzień skurczył się do dwóch dni. Trafił się Kościk w potrzebie i został wykorzystany do pomocy. Wczoraj przez cztery godziny z Anią wyczyścili wszystkie boksy, czyli całą oborę. Nasmażyłam placków ziemniaczanych i przy nich zakończył się kolejny gnojny dzień. My obie bawiłybyśmy się w wywózkę tyle dni, ile jest boksów, albo i więcej. Pozostaje jeszcze kurnik do oczyszczenia, ale to jest pikuś.
Co do kur, Usia rzuciła wczoraj swoją drugą w tym roku gromadkę podrośniętych kurcząt, siedem sztuk. W sumie wyprowadziła ich 22. Większa część z nich, i innych lęgów (ogólnie było ich u nas w tym roku 6) sprzedała się chętnym nabywcom, zatem dla nas pozostaje niezbyt wiele nowych kokoszek na przyszły sezon. Okazuje się bowiem, że sporo jest wśród młodzieży kogutków, które w trakcie zimy trzeba będzie, w miarę ich wielkości pozjadać, aby reszta drobiowego stada nie głodowała. I aby jakiś mir w kurniku zachować.
Robi się jakby zimniej w nocy, na dzisiaj zapowiadane są przymrozki do 2 stopni i chyba trzeba będzie przeprosić się z c.o. Bo i umyć się wtedy będzie jakoś poręczniej w ogrzanej łazience. Na razie mamy warunki dla odpornych. Choć z kranu ciepła woda leci, bo akurat twarożek na płycie zrobiła-żem, to ogólnie chłodkiem po gołych plecach zawsze wtedy trochę wysmaga.

12 listopada 2013

Gnojny dzionek

Rozpoczął się tydzień gnojny. Wyczyszczeniem boksu Feli i Meli. Zwiozłam urobek na kupę za domem przy drodze, skąd - jak dobrze pójdzie to jeszcze tej jesieni, jeśli nie, to wiosną - zostanie zabrany naszym wozem drabiniastym na miejsce nowo-powstającego ogrodu permakulturowego, na dawnym nieużytku pod brzezinowym laskiem. Trzeba będzie mu jakąś zgrabną nazwę wymyślić, aby nią operować na co dzień. A tak, to w ogóle nasz wóz dostał nowe dębowe kłonice, zrobione przez innego stolarza, niż ten, który przyrzekł je zrobić i nawet wziął już za to pieniądze. Potrzeba jeszcze nowych drabinek, bo na razie starymi, sypiącymi się operujemy. Ale to już drobiazg, doprawdy.
Robi się poniekąd chłodniej w ciągu dnia, ale nie ma jeszcze nocnych przymrozków, co sprawia, że drób jest bardzo zadowolony i wciąż szczęśliwie żeruje na polu i w lesie. Po południu palę w ścianowym, ale w ciągu dnia nie zawsze pod płytą. Nie chce mi się męczyć z mokrym chrustem, pali się kiepsko i wszystko gotuje się dwa razy dłużej, niż na gazie. Tym niemniej zawsze to robię, gdy warzę twaróg w kamionce na płycie. I wtedy urządzamy sobie prysznic, bo inaczej woda jest zimna. Trudno, w zimny czas zawsze człowiekowi cieplej jest, gdy rzadziej się myje, he.
Wieczorami zaś, długimi, listopadowymi, zaczynającymi się już o 16, szlifuję tłumaczenia, zabieram się do kolejnego, zerkam co na świecie czy np. w Warszawie poprzez fejsbóka, i oglądamy jakieś filmy, w rodzaju "Wojny światów" czyli inwazji zombie na Ziemię, albo płaczliwe romanse lub obyczajowe. Oczy się mrużą już o 19, mrużą, mrużą, dlatego o 20 najczęściej już leżę w objęciach Morfeusza, a raczej Kici i Kluseczki..

7 listopada 2013

Koszty drewna i ogrzewania na zimę

Rano wyjrzało słońce i dzień okazał się w miarę pogodny. Anna wstała skoro świt i pojechała uiścić opłatę za drewno w leśnictwie. Według pomiarów wyszło 2,66 m3 za 66 złotych. Nasza podwoda (jak mawiają w Piotrkowskiem) zgłosiła się sama przed południem. Udało się zgarnąć Kościka do pomocy i przez 3 godziny zostały zwiezione 3 fury drewna na podwórko. Oto pierwsza z nich.


Podliczyłam na koniec. Razem z zapłatą dla pomocnika przy pracy wszelkie koszty gotówkowe wyniosły nas 366 złotych, czyli 122 złote za furę. Przeciętnie w naszym rejonie taka fura średniego energetycznie drewna (sosna, brzoza, świerk, olszyna) z przywozem i rozładowaniem kosztuje 500 złotych. Zarobiłyśmy ponad tysiąc sto złotych na całości. To cieszy.
Gdyby, oczywiście nie trzeba było wynajmować pomocnika cała sprawa ze zwózką zmieściłaby się w granicach 210 złotych. A gdyby był własny traktor z wozem, skończyłoby się tylko na zapłacie leśnictwu.
Największa część tej zwózki to świerkowe żerdzie, przeznaczone na ogrodzenie (ich koszt, kupowanych pojedynczo za sztukę byłby bardzo duży), reszta pójdzie w przyszłym roku, po przeschnięciu do porżnięcia i na opał. Podobna ilość zwiezionego dzisiaj drewna w całości, przeznaczona na sam opał starczyłaby nam na dużą część zimy, albo jedną słabą zimę "ostrożnie paloną".
Licząc szczodrą ręką w cenie dla leniwego mieszczucha jednej fury 500 złotych można zmieścić całe swoje zapotrzebowanie na zimę, czyli pozyskać ok. 4-5 m3 drewna. Do ogrzania oszczędnościowo zbudowanej chaty. Leniwcy zapłacą ok. 2 tysięcy z hakiem.
A teraz przeliczcie. Ile potrzeba ton węgla i miału na ogrzanie jednorodzinnego domu przez zimę i ile to kosztuje? I porównajcie z naszym "chłopskim" rozwiązaniem, możliwym do zastosowania na Podlasiu, lub w jakimkolwiek rejonie leśnym w Polsce.

6 listopada 2013

Listopadowe wieczory

W poniedziałek, gdy już szykowałam się z siekierką do wyruszenia z pomocą Annie w lesie, wybawił mnie Kościk. Przyszedł z rana, aby wysłać mu mejla. Został ucapiony i wzięty na całe trzy godziny, nawet nie oponował. Łagodni ci Podlechici, flegmatyczni, oczywiście na trzeźwo... bo inaczej bardzo różnie bywa.
No, więc robota na działce została szczęśliwie ukończona, świerkowe, brzozowe, olchowe i sosnowe czuby pni zostały oczyszczone z gałęzi, wyciągnięte spośród drzew i ułożone w stosy przy drodze. Anna zadzwoniła do leśniczego i zameldowała koniec pracy. Leśniczy we wtorek przybył na miejsce i zmierzył objętość nagromadzonego materiału, po czym zadzwonił, że można się stawić w leśnictwie, aby zapłacić całe 60 złotych za drewno i pobrać asygnatę. Dzisiaj zaś zjechał całkiem sam z siebie pewien człowiek z miasteczka i zaoferował się zwieść nam to drewno z lasu na podwórze.
Zaczęło padać. Przelotnie. Anna wypuszcza kozy na popas w południe, na jakieś dwie godziny, żerują szybko w lesie i na polanach, bo łąki już wszystkie obeszły i znudziły się nimi. Zimno, wilgotno. Trzeba stada pilnować niestety, bo pamiętają cały czas świetnie gdzie rośnie świeże żytko i dają tam dyla przy byle nieuwadze. Oprócz tego idzie już codziennie kostka siana, oprócz stałych dawek owsa i marchwi, które dostają przy dojeniu. Od czasu do czasu Anna podrzuca im iglaste gałęzie przywiezione z lasu do ogryzania.
A ja normalnie jak co dzień, obrządek, karmienie, serowarzenie, sprzątanie, palenie... oprócz tego, że wzięłam się już za solidne tłumaczenie długimi wieczorami, po wieczornym napaleniu w piecu.

3 listopada 2013

Domowa alchemia w niedzielne zaćmienie

No, i Anna doigrała się. Pewnie dlatego, że go pochwaliłam, Kościk zrobił woltę i nie przyszedł wczoraj do pracy, jak było umówione. Nie wiadomo dlaczego. Na Podlasiu nikt z niczego się nie tłumaczy, gdy nie musi. Ot, tak mu wypadło. A może po prostu obudził się rano i stwierdził, że pi...przy całą tę robotę, skoro na razie ma na piwo?
Anna szalała sama w lesie z siekierą, zbyt dużą i ciężką dla niej na kilka godzin obciosywania  gałęzi. Uparta jest i postanowiła mimo wszystko wyrobić się w zaplanowanym przez samą siebie terminie. Wróciła kwękająca i z godziny na godzinę było coraz gorzej. Lewa ręka (jest leworęczna) zaczęła jej cierpnąć, z czasem boleć. W nocy pojękując przekładała się z boku na bok, próbując daremnie znaleźć dla bolącej ręki najlepsze położenie. W końcu, po kilku godzinach nocnego wysiadywania przed komputerem i tabletce przeciwbólowej zasnęła o samym świcie...
Trudno, musiałam wstać i zrobić za nią poranny obrządek. Rano okazało się, że ma dłoń spuchniętą i ledwie porusza palcami.
Na szczęście kryzys minął i w ciągu dnia zaczęło stopniowo robić się lepiej, obrzęk powoli schodzi.
Na tyle się polepszyło, że po wieczornym obrządku wyciągnęła wszystkie potrzebne akcesoria oraz mleko z zamrażarki, najpierw kazała mi utrzeć mak w ceramicznym naczyniu aptekarskim, a potem ustawiła przy kuchence i garach, abym mieszała na ogniu stwardniałe oleje, palmowy i kokosowy oraz wosk pszczeli. Gdy zamieniły się w płyn wyniosła wszystko na taras i tam przeprowadziła kolejne alchemiczne czary. Ubrana w strój kosmiczny, kombinezon, okulary i rękawice ochronne, aby "żarliwy" wodorotlenek sodu nie prysnął przypadkiem na ciało wymieszała wszystko co i jak trzeba ze sobą w wysokim garnku, który wcześniej "wycyganiła" ode mnie, już na zawsze..
W ten sposób powstało kolejne mydło, z mlekiem kozim, makiem, woskiem i różnymi olejami naturalnymi. Zdecydowałyśmy się nie dodawać do naszych mydeł olejków eterycznych, mnie na przykład drażnią pachnące mydełka i od lat używałam zwykłego szarego mydła do mycia, z tego właśnie powodu. Pomimo to i tak mają przyjemny mleczny zapach, więc nie ma właściwie potrzeby dodatkowo go "upiększać".
Ostatnio Anna testuje na sobie mydełko autorstwa naszej nauczycielki mydlanej profesji, Niejakiej, z dodatkiem dziegciu bukowego. Ponieważ, jak to Koziorożcom się zdarza, ma z natury wrażliwą skórę, widzi pozytywny wpływ na zmniejszenie się piekących ją zadrażnień na twarzy od kurzu i potu. Ja natomiast wpadłam na myśl, po obejrzeniu pewnego filmu o syberyjskim traperze, że specyficzny, smolisty zapach dziegciu odstrasza komary, a więc kleszcze pewnie też. Zatem namówiłam Annę do przetestowania tej akurat właściwości w lesie (o komary już o tej porze raczej bardzo trudno). Okazuje się, że - CHYBA TO DZIAŁA! Od kiedy myje się tym mydełkiem przed wyjazdem do lasu, nie przyniosła na sobie żadnego kleszcza do domu (co zdarzało jej się notorycznie po niemal każdym spacerze w lesie).

A poza tym zaczęło siąpić po południu, a wieczorem lać, i zrobiło się ogólnie dużo cieplej na dworze, jak zwykle w nów księżycowy, niż było przez ostatnie kilka rześkich, acz pogodnych i słonecznych dni.

1 listopada 2013

Duszne święto

Jakieś święto podobno jest w Polsce... lubię Podlasie, bo można się łatwo wypisać z tego i owego i w innej bajce się znaleźć. Nie zmieniając kraju zamieszkania. Czasem próbuję sobie wyobrazić, jak to było u nas jeszcze choćby przed wojną, a i głębiej w czas też. Gdy ko-egzystowali ze sobą różnowiercy i umieli jakoś nie wchodzić sobie w drogę. Czy aby to nie Rzeczpospolita Polska była wzorem dla twórców Stanów Zjednoczonych? Tak jakoś mi się czasem zdaje...
Przed południem zaaplikowałam sobie lekturę wieści o trwającym konflikcie katolików z rodzimowiercami na górze Ślęży i lekki strach mnie obleciał. Wyobraźnię mam delikatną i lękliwą, dlatego łatwo mi przyszło przedstawić sobie nagonki zajadłych chrześcijan najpierw na bogu ducha winne kamienne, metalowe i drewniane idole, przedstawiające nasze słowiańskie stare wyobrażenia boskich sił, bałwanami nazwane przez szczujących starożytnych, potem, kto wie, na żywych ludzi, którzy im szacunek swój zaczęli oddawać, wedle prawa przodków swoich. Jakieś palenia, całopalenia, kamieniobicia, akty wandalizmu, brrr, brrr... Boże wielki, uchowaj!
Wzmocniło to we mnie strachliwe przeczucia o tym, jak ludziom łatwo się teraz wodę z mózgu robi, jak prosto się ich na siebie nawzajem szczuje, grając na emocjach i atawizmach. Wszystko dobre, co mimo wszystko epoka materializmu komunistycznego była wniosła przed laty w nasze monolitycznie już niestety katolickie społeczeństwo, gotowe jest runąć na pysk i ujawnić tkwiące w nas matoły, sterowane sznureczkami przez śmiejące się do rozpuku diabły, gdzieś zza węgła.
No, dobra, nie mam zamiaru zapisywać się do Rodzimowierczego Kościoła, ani nawet do żadnego obcego też. Nie jest mi potrzebna żadna instytucja do rozmów z Bogiem w sercu. Żadne pośrednictwo, nakazy, wskazówki, ani zakazy. Rytuały? Proszę bardzo. O ósmej zawsze obrządek kóz i drobiu, o zmierzchu drugi obrządek zwierząt, świątek-piątek. Na wiosnę cud narodzin i rozmnażania, na jesień ofiara krwawa. Siew, sianokosy i żniwa, zbiory owoców. Mało jeszcze? Kościół otacza mnie w postaci lasu, pól, rzek, nieba i ziemi, ptaków i ssaków, pór roku, zjawisk żywiołowych, tudzież sąsiadów i znajomych.
Jest jeszcze coś takiego jak głos duchów, przodków. I ja go czuję co roku o tej porze, zwłaszcza, że od kilku lat jakoś się wybrać w rodzinne strony, na groby rodzinne, nie mogę. Nie tylko dlatego, że rzeczywiście nie mogę, ale i dlatego, że jakoś... nie chcę, to trudno wyjaśnić.
Nawiązuję z nimi kontakt przez czas i przestrzeń, wizyta na konkretnym cmentarzu nie jest do tego wcale potrzebna. A jednak ciągnie mnie w takie miejsce, co roku bywamy zatem we Wszystkich Świętych na różnych okolicznych cmentarzach, cmentarzykach i palimy lampkę na jakimś napotkanym przypadkiem opuszczonym grobie. W tym roku Anna zawiozła mnie do miasteczka i mocno mi to zaburzyło homeostazę.
Trzeba wiedzieć, kto nie wie, że na Podlasiu we Wszystkich Świętych dzień toczy się jak każdy inny dzień. Drwale w lesie tną drzewa, cieśle budują chaty, rolnicy kultywują pola i wykonują wszelkie potrzebne w gospodarstwie prace. Dlatego łatwo o azyl i znalezienie całkowicie odludnego cmentarza, gdzie można sobie spokojnie porozmawiać z duchami.
Ale tym razem było to miasteczko, z częścią mieszkańców katolickich, którzy, wiadomo... wyruszyli gromadnie, jak w każdym miasteczku polskim tego dnia, na cmentarz, ubrani w czarne marynarki, paltoty i futra. Bardzo mnie to zestresowało, i skupienia żadnego nie mogłam osiągnąć. Szybko przystanęłyśmy przy pierwszym grobowcu, na którym nie paliła się żadna świeca ani znicz, i zapaliłyśmy ogień, aby zmówić przy nim modlitwę. Gdzie tam! Zaraz jakaś paniusia miejscowa przystanęła i widząc obce twarze zajrzała na tablicę, żeby poznać nazwiska zmarłych, do których pewnikiem rodzina przyjechała. Po czym przeszyła nas ciekawskim okiem, na pewno chcąc zameldować to całej miejscowości!
Umknęłyśmy w te pędy, nie rozmówiwszy się z duchami wcale, i tyle. Choć zaraz śmiech mnie wziął na wspomnienie.
Obrządek kóz mnie uspokoił, mlekiem nakarmione psy i koty też. I na zakończenie świątecznego dnia dojrzały już ser żeśmy sobie wyciągnęły z piwniczki, a do niego buteleczkę wina jabłkowego i tak trwamy. W gościach u Pana Boga we własnej chałupie.