29 kwietnia 2013

Oczekiwane nieoczekiwane

I stało się. Oczekiwane nieoczekiwane, nagle.
Anna raniutko pojechała na targ, a tam wraz z zakupem kaczuszek (kolejna partia naszych karmicielek na ten rok) i paszy, porozmawiała z tym i owym, i przyjechała z nową starą koncepcją uprawy naszego pola. Podzwoniła i wszystko złożyło się do kupy. Tylko trzeba było jeszcze do Bielska pojechać po owies z wyką na siew.
Po południu przyjechał Miećka swoim wielkim traktorem i skultywował i zbronował agregatem to nasze nieszczęsne pole. Na którym nieco wcześniej ręcznie z woza drabiniastego żem gnój rozrzucała widłami. Potem podjechała jego żona mniejszym sprzętem ciągnącym rozsławiony ostatnio przez pana Jacka przyrząd siewny "Kos". I Miecia posiał nim nasze włości wszerz i wzdłuż. Pięknym ekologicznym ziarnem wraz z równie ekologiczną wyką. I towarzyszył mu wioskowy bocian, idący za traktorem świeżo poruszoną ziemią.
Wpadł też sąsiad z Polesia wioskę dalej, i pomógł worki trzymać przy mieszaniu ziarna czystego z tym wymieszanym z wyką i załadować raz Kosa zawartością owych worków. Potem odjechał na rowerze z białym wilczurem polarnym biegnącym obok, aby zdążyć przed wieczorem do domu.
I tak to się nam plecie.
Nie opowiem już o pewnym przedziwnym telefonie z ogłoszenia od pewnego starszego pana, rozpytującego o sens swej koncepcji (iście doktorowsko-doolitle`wskiej) na życie na podlaskiej wsi, na którą zjechał po 40 latach pobytu za granicą.
Ech, cuda się dzieją, cuda!

28 kwietnia 2013

Palmowa niedziela

Prawosławna Niedziela Palmowa od rana w deszczu i chłodzie. Ponieważ psia pogoda kazała nam zagonić drób do kurnika i kozy przytrzymać w oborze na sianie, same na spokojnie zabrałyśmy się za inne czynności całkiem niedzielne. Co prawda tutejsi znajomi, chętni wcześniej, wycofali się z zamiaru wizyty, żeby sobie grzbietów nie przemoczyć w drodze na rowerach, ale i tak wytrwałyśmy w zamiarze użycia dzisiaj pieca chlebowego i "zrobienia" piekarni.
Anna zarobiła ciasto na chleb i drożdżowe według przepisu znajomej znad morza (dziękuję Basiu, okazało się bardzo smaczne i apetycznie żółciutkie), a ja starłam całą michę ziemniaków, i przygotowałam babkę ziemniaczaną w wersji wegetariańskiej, tj. zamiast boczku, słoniny czy kiełbasy, na ogół praktykowanej po podlasku dodałam dużo cebuli i pokrojony w kostkę żółty ser kozi.
Potem nabiłam chlebówkę drewnem sowicie, aż za dobrze, jak się okazało na koniec, wypaliłyśmy całą komorę suchutkiego drewna i właśnie pod koniec wypalania niespodziewanie zjawili się goście, zapowiadający się na jutro, a nie dzisiaj, w drodze spod stolicy do Białowieży.
W chatce dziadka było już cieplutko i przytulnie. Szybko wygarnęłyśmy starą kociubą żar z pieca pod płytę, i Anna wstawiła trzy brytfanki chleba, blaszkę ciasta i blachę z babką ziemniaczaną. Wsio się wyśmienicie zmieściło i jeszcze były luzy w komorze.
Ciasto upiekło się w jedną chwilę, nieco dłużej trwało z resztą, ale w przeciągu 40 minut wszystko już było gotowe, pachnące, wyjęte z pieca, chleby rumiane i parujące, ciasto drożdżowe jedzone i babka dzielona na talerze. Wyszła nieźle, pierwszy raz próbowałam wersję dla jaroszy. Choć rzeczywiście, tak jak mówiła nam wcześniej sąsiadka, jest kłopot z przypieczeniem dna, które w mięsożernej wersji smaży się odpowiednio na słoninie, olej na dnie nie daje jednak potrzebnej temperatury. No, wciąż się człowiek uczy i zdobywa doświadczenie. W międzyczasie, żar wygarnięty z chlebowego pod płytę pozwolił jeszcze dodatkowo zagotować wodę w czajniku na herbatę.
I tak nam zeszło popołudnie, na kulturalnej i wesołej rozmowie o tym co na świecie i w ogóle. Goście obejrzeli kózki na koniec i ruszyli w swoją drogę do białowieskiego miejsca mocy.
A my do obrządku, jak zawsze.
Tymczasem jednak deszcz ucichł i zrobiło się jakby cieplej. Rozejrzałam się po świecie i ujrzałam cud rozwijających się w oka mgnieniu liści brzóz i krzewów wokół, trawa zieleńsza, niż wczoraj. Ot, i palmy zakwitają w zgodzie z ruskim kalendarzem, widać jak na dłoni.

27 kwietnia 2013

Zie...

Pogodne dnie kwietniowe są intensywne. Wiele się dzieje. Oprócz pracy także. Poznałyśmy na przykład dwie Podlasianki, jedną świeżo upieczoną, szyjąco-dłubiąco-rysującą, może w przyszłości tkającą, drugą przodkami osadzoną, znawczynię ogrodnictwa także permakulturowego, które praktykuje od 15 lat na północnym Podlasiu. Olę i Krysię. To żeśmy sobie pogadały i poopowiadały, całkiem chwilami mądrze, a na koniec pożegnało nas zaćmienie Księżyca na nocnym już niebie.
Ponadto trwa praca oczywiście.
Okazało się, że nijak nie zdołamy zdążyć z siewem owsa, który planowałyśmy. Nie dało się znaleźć chętnego podjąć się tego zadania na teraz. A stary Mikołaj podrapał się w głowę i stwierdził:
- Ja tam nic mówić nie chcę, ani się wtrącać. Ale mnie się widzi, że wam najlepiej będzie tego roku ugór zaprowadzić. Bo ziemia źle zorana jest, trzeba ją dobrze skultywować pod siew, późno już, tyle razy siany owies, że ziemi najlepiej będzie odpocząć. Nie opłaca się siać, bo i niewiele urośnie, a koszty będą większe niż zyski.
Ucieszyłam się z tej decyzji Anny, głównej rolniczki. Na polu, które postaramy się stalerzować, o ile Big Johnny zdoła układ kierowniczy w traktorze wymienić, samoistnie wyrośnie trawa i stworzy pastwisko dla kóz. Odpadnie wypasanie je codzienne latem i kontrolowanie, aby w szkodę nie weszły. My się zaś zajmiemy na spokojnie koniecznymi pracami do wykonania, które są niezwłoczne tak naprawdę. Natomiast za zaoszczędzone na orce, siewie i żniwach pieniądze kupimy paszę dla stada bez problemu. 

Poniżej dzisiejsze zdjęcia. Jak widać wciąż wiosna w tyle, jeśli chodzi o zieloność trawy. Na Podlasiu rusza ona zawsze z początkiem maja, więc to nie dziwne. Wyłaniają się już jednak z godziny na godzinę liście brzóz i czeremchy, kwitną zawilce. Poniżej rząd pomalowanych przeze mnie ostatnio grabów w koziej zagrodzie.


W zagrodzie kozy wytrzymują dość krótko, najlepiej najgorętsze godziny południa, gdyż mają tam cień i więcej chłodu. Potem, wypuszczone na popas ciągną, gdzie je instynkt poniesie. Na razie, jak widać, szukają zieleni, którą znajdują w lesie. I na Górze.


Albo na przyległościach zamarłych siedlisk na naszej wiosce, w pobliżu naszego obejścia. Ot, i Gwiazda.


Ot, i dzieciarnia. Zajadająca zielone igliwie sosny, przyciągniętej z obrabianej przez nas leśnej działki.


Koźlęta. Idą, idą na swoje...


I ku pamięci: dzisiaj posadziłyśmy indyczkę na 17 jajach (zniosła wszystkich 19).
Zbudowałam kolejne grządki i obsiałam. Także nasionami trawy dużą część obejścia, pozbawionego darni z powodu prac budowlanych. Deszcz wiosenny podlał wszystko pięknie. Maluję także obróbki drewniane, które mają ozdobić chatkę dziadka.

24 kwietnia 2013

Wydobywanie szczęścia

Gnojny dzionek, który to już z kolei? A wcale nie ostatni. Udało się nam załadować rano cały nasz wóz drabiniasty (związany sznurkami, obłożony starymi blachami), oraz kilka taczek zawieźć do ogródka, wóz zaciągnąć renówką drogą przy sadzie na brzeg pola, zostawić tam, po czym podjechał Piećka ze swoim rozrzutnikiem i zostawił przyczepę przed oborą, dając nam czas do popołudnia.
Anna walczyła najdzielniej. Ja też, ale tak w ogóle wstałam już z łóżka obolała, coś mi się w prawym kolanie zrobiło i dopiero bandaż elastyczny postawił mnie na nogi. Kozy, wypuszczone luzem błąkały się upierdliwie, zatem zostały zamknięte w zagrodzie. Ale, aby mogły tam zostać na cały dzień, musiałam z wiadereczkiem i pędzlem iść pomalować rząd grabów zagrodowych wapnem na biało, ochronnie wobec kozich zębów, które już je nadwerężyły w zeszłym roku.
Dopiero, gdy skończyłam malarską robotę dołączyłam do Anny, z taczką i widłami.
Mimo bólu kolana muszę przyznać, że miałam dobry dzień. Walka z czasem mobilizuje wszelkie zapasy sił. Musimy zdążyć.
Załadowałyśmy rozrusznik z czubkiem, zasobami samego boksu gwiazdek, i co nieco naruszonymi z wierzchu od kaziuków. Ten przeszedł na jutro.
Poszłam palić pod płytą, aby zagotować karmę kurom, psu, wodę w czajniku (którą wypijamy następnego dnia jako dolewkę do soku jabłkowego, napoju przy pracy), a przy okazji nagrzać wody w bojlerze na kąpiel po dość w końcu smrodliwym zajęciu.
Anna w tym czasie, z czystego rozpędu, zabrała stado na przechadzkę do sadu, a sama przy okazji rozładowała wóz stojący na drodze, rozrzucając złoto widłami po polu.
Zjawił się Piećka, który od rana obrobił i obsiał swoje pole, i pociągnął jeszcze rozrzutnik po naszym.
No, po obrządku i dopiero teraz można zasiąść do komputera, poczty, popijając cokolwiek ku odprężeniu.
Jest fajnie. Odczuwam szczęście. To trudno opisać.
Człowiek jest stworzony do pracy z ziemią, na ziemi, przy ziemi, dla ziemi. Jesteśmy jej strażnikami. Nie ma innego rodzaju szczęścia dla nas, ludzi. Reszta to mamona, szatańska oczywiście.

23 kwietnia 2013

Wiosenna burza

Na burze mózgu, zwątpienie albo niepewność najlepsza jest praca w ogródku.
To już któryś dzień z rzędu pracowitej pracy fizycznej przez wiele godzin na świeżym powietrzu, tak spędzony zaliczyłam. I to nie koniec. Łączymy bowiem budowanie i odbudowywanie grządek wzniesionych z wydobywaniem urobku z obory, a to dopiero zaledwie początek.
Niemniej już siedem grządek jest na rozruchu plus spirala wzruszona, zgrabiona (tymianek jakby padł niestety, mięta jeszcze w ziemi, nie wiadomo czy ruszy, ale za to pięknie zieleni się czosnek niedźwiedzi, nieco z początku podskubany przez Gusię, i świeżo posadzone cebulki ze szczypiorkiem). Przy Księżycu biegnącym przez znak Panny posiałam korzeniowe, buraki, marchew, pietruszkę, pasternak i rzodkiewkę. Dzisiaj, gdy Księżyc wszedł w znak Wagi, Anna wsadziła w ziemię przechowane w ziemiance bulwy mieczyków. Na tyle zmęczyłam się budowaniem zwalistej grządki jednej i drugiej, że już nie starczyło mi siły na siew. Ale nic w przyrodzie nie ginie...
Po południu nagle nadeszła pierwsza wiosenna burza. Spędziłam ją na tarasie, popijając drinka, z Kluseczką wylegującym się na ławie obok. Słuchaliśmy pilnie ulewy uderzającej o blaszany dach tarasu z hukiem i ciurkającej wody z rynny. Cieszyłam się. Aniołki doceniły naszą pracę, zesłały chmurę i podlały naszą pracę, błogosławiąc jej.
Pachniała ziemia, użyźniona, wzruszona, częściowo obsiana i deszcz też pachniał. Kociak był zachwycony. I ja też.
A potem, gdy deszcz opadł i umilkł, rozległy się liczne ptasie śpiewy, licznych ptaków i ptaszków, których nie potrafię rozróżnić i nazwać.
I nastał spokój.

Siedlisko na sprzedaż

Oto obiecany adres ogłoszenia na allegro o sprzedaży siedliska w naszej wsi.

21 kwietnia 2013

Niedzielny spacer

Przy niedzieli trochę większy luzik, jeśli chodzi o pracę, choć nie do końca... Urządziłyśmy rozruch chatki dziadka, czyli napaliłyśmy solidnie pod płytą. W kilka godzin zrobiło się tam cieplutko i przytulnie.
Tym niemniej przed progiem do chatki zalega jeszcze jęzor zimy. Skrył się w wiecznym cieniu od strony północnej. Zresztą noce wciąż są chłodne, a dzisiejsza była z przymrozkiem, który zostawił na powierzchni łąk białą szadź.


Poza tym odwinęłyśmy z opakowań i ustawiłyśmy zakupiony w zeszłym roku zestaw eko-przystankowy, stojący pod dachem niedokończonej jeszcze altany. Przyjemnie się tam siedzi, drewno stołu pachnie swoiście.


No, a potem stado na wybieg i na wioskę, ażeby sezon pastwiskowy rozpocząć. Kozy pobiegły starym szlakiem równym truchtem, wiodąc ze sobą pobekujące z wrażenia koźlęta. Poniżej najstarszy skrzat, od Misi.


I całe stado pod jabłonką na skraju wioskowej drogi, wyskubuje pierwsze zielone kiełki trawy. Z wielkim niedzielnym zapałem.


20 kwietnia 2013

Odkrycie o świcie

Wstajesz rano i dopiero odkrywasz co będziesz robić. Jaką pracę wykonywać.
Wstało się nam dziś obu o piątej rano, zadziwiające (zwłaszcza dla mnie!). Anna napaliła pod kuchnią, ugotowała sobie płatki owsiane i kawę, i wodę w czajniku. Zrobiło się przyjemnie ciepło w to chłodne nocami przedwiośnie. Wczorajszy deszcz nieco oziębił bowiem ziemię i atmosferę, acz z najważniejszej strony był konieczny dla naszego wysuszonego już poletka i sadu.
I po śniadanku skończyłyśmy układanie paneli, ostatni rządek, starczyło (czego do końca pewna nie byłam).
A potem wystartowałyśmy bohatersko z widłami i taczką do gnoju. Sprawa jest pilna, nie da się ukryć.
Anna zrywała złoty parkiet w boksie Misi, a ja woziłam urobek do ogródka i na kupę kompostową co słabiej przerobione fragmenty. Przez kilka ładnych, pracowitych godzin. Ciesząc się, że właśnie przechodzę coroczne odczulanie na pyłki, które skutecznością dorównuje homeopatycznemu lekarstwu, które wcześniej zażywałam z wieloletnim pozytywnym skutkiem.
W tym czasie obserwowałam życie na wiosce (a toczyło się wyjątkowo aktywnie, bo przy sobocie o wiośnie ludzie wylegli, przyjeżdżali i wyjeżdżali), pożycie naszego drobiu (zwłaszcza gulgułów i perliczek, najbardziej hałaśliwych z towarzystwa) oraz przyrodę. Na ten przykład w pewnej chwili przeleciały nad nami nawołując się głośno dwa żurawie, okrążywszy wcześniej pole.
- Ktoś się pojawi z drogi? - wywróżyłam, czy tylko zapytałam los.
Nie trzeba było długo czekać. Pojawił się właściciel zwolnionej zimą chaty na naszej wiosce. Z prośbą o pomoc w daniu ogłoszenia o sprzedaży siedliska. Tym samym czynię tu pierwszy wstępny sygnał, że takowe jest gotowe przejść w dobre ręce. Stara chata na 70-arowej działce siedliskowej, blisko naszej Góry, na Manchatanie. Po sąsiedzku. Cena przystępna.
Kiedy zrobimy ogłoszenie ze zdjęciami i kontaktem do obecnych właścicieli dam znać na blogu.

Po czym gnój szczęśliwie wydobyłyśmy na powierzchnię, a ja po szybkim obiedzie (ostatnia porcja bigosu) padłam na łóżko i zasnęłam jak dziecko na całą godzinę.
Nie ma to jak wstawać o świcie, hehe.

19 kwietnia 2013

Horyzont

Stan wiosny u nas przedstawia się mniej więcej następująco. Zdjęcie zrobione z głębin naszej ziemji. Kozy na pierwszym "wypasie". Skubią coś, jak widać, są to pojedyncze kiełki traw. Na tyle ich mało, że można czuć się bezpiecznie. Kozy w ten "drobny" sposób przywykają do zielonego, żyznego, soczystego pastwiska i łagodnie przechodzą z zimowej karmy na letnią.  


Inna perspektywa. Inna przestrzeń. Na horyzoncie - czeremszyna i brzeziniec. Wsio nasze.


Ot, i takie widoki z Podlachii na teraz.

Z wieści bieżących: sztachety pomalowane drewnochronem, przycięte, gotowe do wstawienia w płot, gałęziówka w lesie się robi, a panele na poddaszu na ukończeniu są.

17 kwietnia 2013

Piła rządzi

Ogródek woła, obornik do wywiezienia, podłoga na poddaszu żąda zakończenia, a nami rządzi... piła.
Mamy taką jedną nową starą (tj. używaną), poręczną, nadającą się dla kobiecej ręki i typu pracy, którą ma wykonywać (żaden wyczyn drwalski, a sadowo-ogrodowe przycinki). Iwanowi i specowi na wiosce udało się ją odpalić i wyregulować, ale jak się okazuje - zgrać się z maszyną nie jest tak łatwo. Na zimno Annie nie udaje się odpalić. Czekała zatem kilka dni na sąsiada, aby wspomógł męską ręką. Dzisiaj zatem, ledwie go zobaczyła, pobiegła z narzędziem, prosząc o pomoc.
Hm, sąsiadowi, mimo męskiej ręki nie udało się odpalić. Ale Annie, przy sąsiedzie, i owszem.
A jak już odpaliła, wbiegła zaaferowana do domu, od fejsbuka i porannej kawy mnie oderwała, strasząc, że piła wystygnie, jak się będę dłużej grzebać, zatem co miałam robić? Kawę niedopitą zostawiłam, komputer wyłączyłam, nałożyłam czapeczkę i z siekierkami w garściach do lasu za nią poszłam. Na działkę.
Piła, rozgrzana, odpaliła bez problemu, choć Ania nieco nerwowo sobie z nią poczynała, jak normalnie na początku jest z każdym narzędziem, zatem została użyta do przecinania pni na mniejsze części, aby je można było łatwo wynieść spomiędzy drzew na skraj drogi. Co jakiś czas gasła jednak. Okazało się, że ma dość nieduży zbiorniczek na paliwo i trzeba go często zasilać, również zawołała więcej oleju, a ze dwa razy przegrzała się, zwyczajnie. Ale udało się przeciąć większość pni zalegających, i następną pracą będzie ich wyniesienie spomiędzy drzew na stos.
Po wykonaniu owej pracy leśnej z rozpędu wyciągnęłyśmy krajzegę i Anna pocięła trochę zalegających żerdzi na podwórzu ze zbiorów jesiennych i starszych.
Tu muszę dodać, że tegoroczna zima pożarła nam półtora daszka drewna (tj. jedną i pół drewutni) i teraz właśnie zaczęłyśmy uroczyście uzupełniać zapasy. Anna cięła, dowoziła pocięte na taczce, zrzucała, a ja pod daszkiem układałam w pocie czoła owe bierwionka w zgrabne ścianki.
W międzyczasie kozy buszowały po podwórzu i ogryzały przywleczone z lasu (za zgodą leśniczego) gałęzie iglaste.
Tak nas to umęczyło, to i wiosenne powietrze (upojne, hehe), że ledwo żywe wylądowałyśmy w domu, już bez siły, aby kontynuować dorabianie podłogi na poddaszu. Już tylko obrządek, karmienie psa i kotów, kąpiel i prysznic (na tyle starczyło zagrzanej moją ręką wody cegiełką), i uff, piwko i internet. A w nim ludzie.

16 kwietnia 2013

Koniec wakacji rolnika

Koniec wakacji ewidentny. Każdy odpowiedzialny wieśniak i prowincjusz czuje się teraz w obowiązku gonić wiosenną porę, by zdążyć z pracami, na które normalnie było dotąd miesiąc więcej czasu.
Wystarczyło mi wybrać się wreszcie do miasteczka, aby to stwierdzić.
Choć ptaki jeszcze lecą kluczami na wschód, perliczki, indyki i gęsi mają swoje gody, to słońce promieniuje ostro i jasno jak nieomal latem. Musiałam już nałożyć na głowę swoją nieśmiertelną czapeczkę z daszkiem, którą noszę w ciepłym sezonie głównie dla ochrony oczu. Silne szkła okularów działają jak soczewki i jaskrawość słońca bardzo męczy mój i tak bez tego kiepski wzrok.
Nałożyłam ją zatem zaraz po porannym obrządku, siekierka do ręki i do lasu. Ciężką dolę drwala znosić.
Działkę mamy bliziutko, po drugiej stronie drogi, widać z niej naszą chatę. Dlatego żal było zaprzepaścić taką okazję, gdy leśnictwo zarządziło przecinkę sąsiedniego lasu sosnowo-brzozowego.
Zeszło nam tam ze dwie godziny, głównie na ściąganiu oczyszczonych już z drobnych gałązek pni sosen i brzóz na brzeg lasu, skraj drogi, aby potem na sam koniec dać pomierzyć zbiory leśniczemu, zapłacić koszt pozysku drewna, tzw. asygnatę i zabrać je furą do obejścia.
Działka jest niewielka, drewna nie jest zbyt dużo, ale może nie będzie tak źle. Codziennie trzeba po kilka, kilkanaście pni oczyścić i zebrać na stosach.
Po leśnych pracach siekierkowych  należało sklep odwiedzić i pocztę, no, i wymienić butlę z gazem, który wczoraj wziął i wyszedł. Stąd poranek spędziłam na paleniu pod płytą, aby  zaparzyć kawę w dzbanku i usmażyć jajka na śniadanie. Gazowa kuchenka to świetny wynalazek, jednak w razie awarii (a czasem wielości kulinarnych zadań do wykonania) kuchnia żelazna okazuje się niezbędna. Nasi starzy sąsiedzi, którzy gazu nie używają, tylko z dawien dawna płytę, opracowali patent na jej szybkie rozgrzewanie. Otóż przygotowują sobie w wolnych chwilach, których na emeryturze mają wiele, gotowe pęczki cienkich gałązek brzozowych, zbieranych we własnym lesie podczas czyszczenia, związują je i suszą na powietrzu w dużych ilościach.
- Wystarczy taki jeden pod płytę wsadzić i podpalić. Bzyk i już gorąca, można gotować wodę w czajniku albo coś podgrzać - chwali się stary Mikołaj.
No, ja wciąż nie mam tyle czasu, aby bawić się w robienie pęczków, ale sposób znam, w razie czego.
Tak samo i obiad przyszło mi zagrzać, zanim gaz przywiozłyśmy. Przydaje się w takich razach, gdy pracy dużo i brak czasu na kulinarne zabawy, zapasik wielkanocnego bigosu w słoikach stojący w ziemiance. Można podgrzać i gotowe.
No, a w międzyczasie trzeba jeszcze kozy wypuścić i dać im poogryzać przyciągnięte z leśnej działki gałęzie sosnowe. Anna uruchomiła w tym czasie piłę, aby co nieco pociąć z jesiennego stosu na podwórku, a ja wypaliłam w warzywniku kupkę suchych badyli, wyciągniętych z folii.
Wiatr kołował, co rusz gryząc i szczypiąc w oczy i w nosie.
Gdy już te zabawy się skończyły, a kozy wylądowały w boksach, jeszcze należało kolejny pas paneli ułożyć. Co się udało i niedaleko nam już do końca tej pracy.
Po tak aktywnie spędzonym dniu zapewniam, że żaden boston na końcu świata nie porusza, ani nawet otworzyć się żadnej książki nie chce. Co najwyżej serial można obejrzeć, w pół-drzemce. Dlatego pustce w głowie pana Jacka z Boskiej Woli się nie dziwię. Raczej dziwi mnie, że dopiero teraz zaczyna ją odczuwać, hehe.
Intelektualne zabawy, gry słowne i słowolejstwo to zajęcia w Mieście wymyślone i dla Mieszczuchów przeznaczone. Na Wsi można co najwyżej bajać przy ognisku, po ciężkiej pracy, samogon swojską kiełbasą i własnoręcznie kiszonymi ogórkami z własnego ogródka zagryzając. Nic z tego nie ma oprócz spokojnego snu i czujnego obudzenia się o świcie, do kolejnego aktywnego dnia na świeżym powietrzu spędzanego.
To znaczy jest, ale o tym może kiedy indziej inny wpis popełnię. Albo i nie. Bo to nieopisywalne JEST.

15 kwietnia 2013

Wiosenne różności

Nad Biebrzą, Narwią czy innymi podlaskimi strugami grząsko i bagiennie się porobiło (sądząc ze zdjęć i napomknień różnych znajomych rozsianych po regionie), a na naszej wydmie pełen wiosenny komfort. Śnieg spłynął i spływa bezproblemowo, znikając nie wiadomo gdzie. Ledwie dla gęsi starcza jakaś kałuża na polnej drodze przy chacie.
Kury już mi rozgrzebują ogródek, do którego dostają się przez uszkodzoną przez śnieg spadający z dachu siatkę. Trzeba pomyśleć o jakiejś wysokiej plecionce z gałązek, aby załatać ubytek i drogę drobiowi zagrodzić. Zanim zabiorę się za szykowanie miejsc pod siew.
Tymczasem Anna ruszyła z nową siekierką w kolejny bój do lasu. Wzięła jeszcze zimą kolejną działkę do obrobienia. I dopiero teraz można ją zacząć czyścić. Wychodzimy ze sprawdzającego się w praktyce założenia, które podsunęli nam miejscowi, że drewno na kolejną zimę trza zaczynać gromadzić już ledwie śniegi stopnieją. Wtedy można zdążyć z cięciem, rąbaniem i suszeniem zapasów przez lato, i kolejnej zimy grzać się ze spokojną głową przy piecu. A nie martwić się, czy starczy, a jak nie starczy to skąd wziąć, a jak już jest zdobyte w najgorszy czas, to czy suche czy mokre...
Przyzwyczajenia ludu miejscowego, nawykłego do ciężkich i długich zim są nieocenione i lepiej ich nie lekceważyć. Sprawdzają się nam od początku.
Po południu zaś od trzech dni układamy panele na poddaszu. Nie dało się dłużej patrzeć na podłogę z płyty osb! Sama czynność jest prosta i łatwa nawet dla blondynek, ale poprzedza ją dokładne sprzątanie nagromadzonych na poddaszu pudeł, sprzętów, gratów. Część z nich wylądowała na dole, gracąc właśnie niedawno na nowo posprzątane i uporządkowane wnętrza, a część przesuwa się w miarę układania podłogi.
Oj, trudno jest mieszkać w domu, który się jednocześnie remontuje. Praktykujemy to niestety od początku i tylko powiem, że trzeba doliczyć do remontu jeszcze drugie tyle dodatkowych czynności i fizycznej pracy związanych z przesuwaniem mebli i klamotów.
Tym niemniej udało mi się wreszcie uwolnić swoje książki z pudeł, w których przeleżały kilka lat. Uwolnić i nareszcie odnaleźć niektóre niezbędniki, za którymi tęskniłam i których niedostępność blokowała mi różne intelektualne zajęcia. Uff, spoczęły na półce regału w jadalno-wypoczynkowym pokoiku książki astrologiczne wraz z efemerydami i tablicami astrologicznymi, przewodniki, atlasy i mapy, słowniki i podręczniki gramatyki kilku języków. Tudzież inne nieco rzadziej używane, ale nie mniej niezbędne, herbarze, genealogie, trochę historii i książek z epoki oświecenia, pisma święte różnych kultur i kontynentów, powieści z ulubionej epoki, albumy malarstwa, no, i kilka podstawowych "biblii" ufologii. Oprócz tego kilka pozycji kucharskich oczywiście. Uch. Trochę pozycji, już od lat nie czytanych i nie wykorzystywanych wylądowało w wielkim pudle. Mam zamiar je rozdać chętnym. Jest tam nieco tzw. ezoteryki, która dawno mnie nie kręci i różnych opowieści dziwnej treści. Czy dzięki temu kącikowi wypoczynkowo-intelektualnemu w moim życiu zagości więcej czasu na ów odpoczynek, nie mam pojęcia. Według filozofii feng-szuei tak powinno się stać.
Przed wieczorem wywołuje mnie na taras niekiedy charakterystyczny odgłos. Lecą klucze, zapewne dzikich gęsi. Dzisiaj prosto na wschód, na Białoruś i Rosję. Takoż uwalniającą się od śniegów i zimy.

Z innych wydarzeń: zainaugurowałam najnowszy nasz zakup, szynkowar. Powstała pierwsza wędlina z mięsa kupionego w sklepie, indyczo-wieprzowego. Na próbę. W przyszłości postaramy się używać gospodarskich produktów, pewnych jakościowo i świeżych. Nie powiem, smaczna wyszła, zachęcając do eksperymentów. Powodem była nieudana degustacja jednej z kiełbas kupionych w sklepie, i to wcale nie najtańszej, po której uznałyśmy, że nie ma co ryzykować zdrowia i życia.

12 kwietnia 2013

Już

Nocny deszcz pozbawił nas połowy zasobów śniegu z podwórka, tj. góry-zwały śniegowe są o połowę mniejsze, niż wczoraj. Ubytki widać także w lesie. Ptaki śpiewają chóralnie i stadnie odwiedzają nasz taras. Pamiętają, skubane, gdzie bywają smakołyki. Dzisiejsze stado liczyło kilkadziesiąt sztuk.
Drób z lubością rozpełza się po lesie i ścieżkach z odkrytymi już koleinami, wyżerając glebę i resztki roślin zeszłorocznych.
A ja, wreszcie, palę już tylko pod płytą, aby obiad ugotować i zagrzać wodę w bojlerze, no, i na noc w ścianowym piecu. Hurra!

9 kwietnia 2013

Wewnętrzne idzie

Na razie idzie wewnętrznie, ale zapewniam tych, co patrzą tylko oczami na zewnątrz, na białe i zimne, że posuwa się do przodu.
Udało się nam dzisiaj pociągnąć sprawy dalej. Stary kredens, kupiony jeszcze na Kole, wylądował z kuchni w trzecim pokoju. W sumie bowiem był pokojowy, niegdyś. I przyozdobił krawiecką pracownię Ani.
Natomiast w jego miejsce w kuchni stanęły stare szafki, po ojcu, nieco upaćkane farbami, trzeba przemalować, za to na wierzch dostały piękny nowy blat drewniany.
Robota, oprócz dźwigania mebli polegała głównie na wypakowywaniu zawartości kredensu i pakowaniu jej z powrotem do szafek. W tym cała góra różnych przypraw i ziółek, część została odkryta na nowo. Stwierdzam, że po zimie zostało sporo zapasów, starczyłoby jeszcze na wiele tygodni zimowania, he. (Odpukać).
W ten oto sposób szykują się zmiany, gdyż każde przemeblowanie zmienia krążenie energii Ki we wnętrzu domu i w człowieku. Najwłaściwsze na wiosnę, która zaczyna się wraz z uderzeniem krwi do serca i głowy i z przypływem chęci do życia, a nie kalendarzową datą. Datowania trzeba zresztą będzie za jakiś czas zmienić, bo klimat się zmieni diametralnie. Choć pewnie nie za rok, ani dwa, ani trzy, ale tendencja widać jest wyraźna.

Gusia zaczęła się znowu nieść.

8 kwietnia 2013

Idzie

Idzie, zbliża się i już nie odstąpi. Jak rozgłasza drogą FB mój znajomy Mieszczuch zimujący na Wiosce. Na razie nie widać, ale czuć. We krwi. Płynie jak gdyby szybciej, żwawiej.
Wzięło nas od dni kilku na kończenie remontu. No, kończenie to chyba za dużo powiedziane. Kontynuowanie wykańczania, o, tak, lepiej brzmi.
Z tego powodu wciąż coś się znosi i wnosi z i na poddasze, przesuwa, dźwiga, aż w nocy przychodzi mi brać tabletkę przeciwbólową, aby wytrzymać ból nadwyrężonych mięśni.
Dzisiaj trzeci pokój nabrał nowego wystroju, wniosłyśmy w niego maszyny do szycia, a wyniosłyśmy sofę, która trafiła do jadalnego w kącik pod schodami. Ściany zaczęły wołać o jakiś wygląd.

Przy tym wszystkim ruszyli się ludzie. Tak jak ptaki wiosenne, które mimo śniegu zalegającego hałdami śpiewają o wiele weselej, niż jeszcze niedawno temu. Wieczorem i w nocy słychać głosy lecących dużych ptaków, nie jestem pewna, gęsi albo żurawi. A pewnie tych i tych.
Rano wpadł Iwan, prosić o podwiezienie do miasteczka, w takim razie został w zamian użyty i uruchomił naszą nową piłę spalinową. Był jakiś kłopot z regulacją gaźnika, więc podjechali z Anią do speca na naszej wiosce i ten maszynę wyregulował. Chodzi, odpala, tnie.
Potem zaś, w samym środku przesuwania i bałaganu z tym związanego zjawiła się Aldona-Kamphora z ekipą, wprost z drogi. I to też było wiosenne i przebudzeniowe, tym razem w towarzyskim sensie. 

4 kwietnia 2013

Chwila obecna

Poniższa ilustracja dotyczy poprzedniego postu, przedstawia dziurę, sfotografowaną już za dnia, którą musiałyśmy w środku zimowej nocy uczynić, aby wyzwolić psa z podziemnej pułapki.


Przechodzę do innych tematów. Przed wami Felicja Ciężarna wśród podwórzowych śniegów kwietniowych.


I tegoroczne maleńkie kaziuczki, raptem kilkudzinne na zdjęciu...


I Miecio od Melanii, prezentuje kiełkujące rożki. W ogóle alpejskie kozły mają piękne, dorodne rogi, których strach się bać, gdy już spotężnieją.


A oto poranny widok z tarasu, dzisiejszy. Po świeżym opadzie śniegowym, trwającym całą noc. Malowniczo już być przestało, gdy to zapisuję, bo po południu ruszył deszcz para-wiosenny i z wolna zmniejsza owe kopce śniegu.


Deszczu nie da się sfotografować, ale ponapawajmy się ostatkami, wymiatanymi przez aniołów w wiosennych porządkach w niebie. Jeszcze nam to lato tak dokuczy powodziami i upałem, że będziemy je wspominać z rozrzewnieniem!

3 kwietnia 2013

Psi ratownicy

W noc wielkanocną, z poniedziałku na wtorek miałyśmy niespodziewane zajęcie fizyczne. Gdyby nie ono pewnie dalej zagłębiałabym się w smętku zimowym. Tymczasem los wymyślił nagły wypadek. I trzeba było działać, nie kwękać. I teraz widzę, że nagły przypływ adrenaliny to jest to, co wyrywa z depresyjnych nastrojów najlepiej.
Zacznę od tego, że mamy zgromadzone od początku budowy żerdzie sosnowe, dębczaki i stare belki, jeszcze do czegoś zdatne, na stosie, z przekładkami ułożonym, na jednym boku ziemianki przy chacie. Część poszła na płot, część jeszcze się ostała do łatania ogrodzenia w sadzie, część czeka na jakieś przeznaczenie nadal. Tymczasem psy w ciągu letnich pór wygrzebały sobie pod nim sporą jamkę, wilczą norę, w której kryły się w upał w czas jakiegoś stresu. Psi schowek, dający im poczucie bezpieczeństwa i wygody, z braku psiej budy na podwórzu.
I otóż wzmiankowanego późnego wieczora, no, było już ok. 23 godziny, podczas wieczornego siku Koli przyszło do głowy zajrzeć do swojej jamki. Dziura była niewielka i teraz oblodzona. Psisko zjechało w dół łatwo. Ale wydostać się nie potrafiło w żaden sposób.
Kiedy nie wracała na wołanie zaniepokoiło nas to. W końcu kilka razy zapiszczała smętnie, dając znak, że jest i gdzie jest. Trudno się mówi. Awaria na całego! Ubrałyśmy już na piżamy ubrania wierzchnie i poszłyśmy psu na ratunek.
Sprawa okazała się gorsza, niż przypuszczałyśmy. Trzeba było zwalić cały stos, począwszy od czubka, odrzucając żerdzie i belki, aby dostać się do dna i usunąć choć ze dwie belki, blokujące zbyt teraz ciasne wyjście z jamy.
O ile cienkie żerdki wierzchnie jakoś szybko dały się przesunąć i odrzucić dalej, to te niższe okazały się mocno przymarznięte do podłoża, i trzeba było użyć siekiery, aby je wyłamać.
W tym czasie Kola skamlała cichutko i uspokajałyśmy ją pocieszeniami, że już niedługo, niedługo, choć czuć było, że pies jest nieźle wystraszony. My zresztą także.
Ze dwa razy obsunęła mi się noga i wpadła do jamki, pokaleczyły mnie krzaki obrastające ziemiankę, ale w amoku pracy ratunkowej nie czułam tego, dopiero później znalazłam na sobie zadrapania i siniaki.
Na koniec odkryłyśmy, że ostatnia dolna, najszersza stara belka ze starej stodoły nijak się nie da oderwać od zmarzniętej gleby. Ani przerąbać, ani przeciąć piłką ręczną. Anna wyciągnęła zatem przez okno domu przedłużacz, lampkę oświetlającą (bo właśnie zgasły były lampy słupowe na wiosce) i przyniosła piłę elektryczną.
Jamka była na szczęście rozległa pod spodem i Kola zdołała się odsunąć na bezpieczną odległość, gdy Anna rozpoczęła piłowanie. Przecięła belkę w dwóch miejscach i wyciągnęłyśmy klin. Zestresowana, ale ucieszona Kola natychmiast pokazała łeb w dziurze. Wyciągnęłyśmy ją z pułapki wręcz za uszy...
Ufff.
Zeszło nam z godzinę, albo i więcej, na tej absurdalnej robocie w środku nocy. Ale wszystko się szczęśliwie dla wszystkich skończyło, dzięki Bogu.

A poza tym także w ów Poniedziałek Wielkanocny, w dzień narodziła się dwójeczka koźląt. Powiła Kazia, szefowa. Dorodny, bardzo ładnie umaszczony koziołek i nieco drobniejsza od niego kózka, także alpejskiego umaszczenia.
No, a dzisiaj znowu pada śnieg...