30 kwietnia 2010

Nieformalność

Gorąco. Kozy koło południa ledwie stały na nogach, małe polegiwały na łące, stare dyszały. Zawsze źle znoszą upalną temperaturę, która dla nich zaczyna się już od 20 stopni wzwyż. Szukają wtedy cienia, dużo piją i pasą się jedynie rano i po południu. Ich ulubioną porą roku jest jesień.
Po wczorajszej wizycie u znajomych i po pewnych inicjatywach własnych mogę zdradzić pewną wstępną informację. Powstaje spontanicznie coś, co nazwałam "Tutejsza Nieformalna Grupa Miejsko-Wiejska Miłośników Tego i Owego". Trzon stanowią ludzie tutejsi znani w Polsce i osiedleńcy z różnych miejskich miejsc, przejęci tutejszością, ale i tym co sami robią. Wstępne tematy rozmów i zainteresowań: rękodzieło i sztuka ludowa różnych mniejszości narodowych, historia terenu, poezja, muzyka, kino, gry dla młodzieży, ekologiczne metody upraw rolnych, samowystarczalność żywieniowa, permakultura oraz duchowość i zdrowe odżywianie się.
(Ewa)

C.D.
Jak się szybko okazało gdzie trzech Polaków tam cztery opinie, i wypracowanie jednego stanowiska możliwe raczej nie jest. W Polsce brak kontekstu. Gdy obserwuje się grupy polskie za granicą na tle innych narodowości, nasza skłonność do niezgody jest bardziej rażąca. Dlaczego ciągle o tym zapominam? Przecież u nas tylko jednostka może porwać naród, zrobić powstanie ... cokolwiek.
Razem nie możemy NIC. Wspólnie nie istniejemy.
Dlatego lubię Rumunów. I rumuńską palinkę :-))). (Ania)

29 kwietnia 2010

Kiełki

Pogoda dość pochmurna, ale jest ciepło. W inspekcie zaczęło kiełkować, zioła, rzodkiewka i nie wiem co jeszcze.
Większość dnia spędzona znowu w urzędach, rozruch firmy. Przy okazji kupiłyśmy metr saletry dla sąsiadów (91 złotych taki podpędzacz plonów kosztuje).
Mikołaj obejrzał nasz siewny owies i stwierdził, że jest pomieszany z łubinem i nie przesiany. Ale i tak dosiejemy jeszcze trawę, więc chwasty nie są tragedią. Ziarno za to duże, "nietutejsze", lepsze zatem. W przyszłym roku zmienimy użytkowanie pola.
Gusia zgniotła co najmniej połowę jaj. Wymieniłam ściółkę w gnieździe. Nie wiadomo czy coś wyjdzie z eksperymentu, choć siedzi tak pilnie, że prawie nic nie je i nie pije. Na szczęście druga kwoka pani Wiery wczoraj "zakoktała" i zdecydowałyśmy się ją posadzić na naszych jajach, jak w zeszłym roku.

28 kwietnia 2010

Czasem coś nie wychodzi

Owies posiany. W czasie, gdy byłyśmy w Bielsku sprawy w banku załatwiać. Kiedy już człowiek wysiał zajrzałam po powrocie do pozostałego worka. I fakt jest taki: ziarno wespół zespół z nasionami chwastów przeróżnego rodzaju. Wszystko już poszło w ziemię. I wyrośnie.
Mleko na ser zakwasiło się od wczoraj i w rezultacie zwarzyło. Niestety zauważyłam to dopiero po wlaniu podpuszczki. Ser wyszedł, ale mniejszy, słabo lepiący się i kwaśny z punktu. A od rana miał imię. "Bankowy". Zatem wróżba nietęga. Co do spraw bankowo-budżetowych. Kwach. Zwar. Zsiad.

27 kwietnia 2010

Zebranie

Wczoraj było na niebie jedynie kłębowisko chemicznych smug przygnanych skądeś z Polski. Dziś od nocy zbiły się w wielkie chmury i na zmianę z przebłyskami słońca lały co jakiś czas sowitym deszczem. Tym sposobem kozy większość dnia spędziły w oborze, przy żłobie z sianem.
Ostatnio zwiedzam z nimi sąsiedzkie obejścia. Dostały pozwolenie i zaproszenie od Mikołaja i pani Wiery na pasienie się na trawie porastającej ich podwórza i strefy za stodołami. Starszym ludziom nie chce się już specjalnie kosić tam zielska w lecie i taki wypas wybawia ich od dodatkowej pracy. A trawka tam dobra, zawsze koszona, gęsta i zielona. Kozy zajadają się mniszkiem i dziką koniczyną.

Ania w czasie, gdy ja pasłam stado u Mikołaja, wylądowała na zebraniu u sołtysa. Był wójt z urzędniczką, a zebranie dotyczyło wodociągu, jaki gmina za unijne fundusze ciągnie m. in. do naszej wsi. Dowiedziała się tyle, że można projekt przyłącza obejrzeć w urzędzie gminy. Ponieważ miałam tam pewne sprawy papierowe załatwić, znalazłyśmy się w urzędzie już godzinę po zebraniu. I zaskoczenie. Naszej działki nie ma uwzględnionej w projekcie! Był on robiony w 2004 roku, poprzedni właściciele nie okazali zainteresowania przyłączeniem wody i tak już zostało. Co robić?
Po zapytaniach w dziale gospodarczym i w sekretariacie okazało się, że musimy pisać wniosek o przyłączenie. Powstało pytanie, kto będzie płacił za doprowadzenie nitki wodociągu do bramy posesji (dalej do mieszkania każdy ciągnie na własny koszt, tj. płaci firmie 1500 zł za każde 10 metrów rury). Tu odpowiedzi były podzielone, jedna urzędniczka twierdziła, że my, bo nie ma nas w projekcie, druga, że może gmina. Jednym słowem trzeba czekać na wójta i gadać z głową urzędu. Złapałyśmy go na parkingu przed gminą. I zaraz wylądowałyśmy u niego w gabinecie, ściągnął jakiegoś kierownika i kierowniczkę z projektem, i od słowa do słowa stanęło na tym, że zrobią nam przyłącze na swój koszt, jak każdemu dotychczasowemu mieszkańcowi. Wytyczyliśmy też najlepszą z dróg rozwiązań. No, zobaczymy w praniu jak to będzie.

26 kwietnia 2010

Imiona własne

Wczoraj Bronia z córcią i Józiem pojechali na swoje do Opaki. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu Bronia, załadowana do samochodu (na podłodze przy tylnym siedzeniu) ani nawet beknęła, pewnie ze strachu ją zamurowało. Nie szarpała się i nie utrudniała w żaden sposób jazdy. Dwójka koźląt zapakowanych do worków (najlepszy sprawdzony sposób, choć brzmi dla miłośników zwierząt może wzburzająco) jechała w bagażniku, gaworząc do siebie, do matki i pobekując ze strachu przy każdej zmianie nawierzchni drogi.
Wstawiłyśmy je od razu z samochodu do obórki. Józiek wykazał momentalnie wielką radość, że nie widzi w boksie żadnych innych chłopaków (odpychali go jako innego, białasa), a on ma teraz fajną osobistą dziewczynę przy sobie.
Wszystkie kozy dostały nowe imiona. Bronia została Klarą, jej bezimienna dotąd córka Klementynką, a Józio ni mniej ni więcej tylko... Kenem.

Wczoraj zrobiłam I twaróg (wyszedł pyszny, na bazie jogurtu), a dziś powstaje II ser typu gouda. Przyszło mi do głowy, aby sery dojrzewające jakoś nazywać, indywidualnie i niepowtarzalnie.
Pierwszy ser gouda nosi więc miano "Inauguracyjny". Dzisiejszy nazwę "Firmowym" (bo załatwiłam ważne sprawy swojej firmy w urzędach).

25 kwietnia 2010

I po grzybku

No, i przez naszą nieuwagę Łacio wpiep...ł grzybek tybetański nastawiony w świeżym mleku.

24 kwietnia 2010

Efekt-inspekt


Efekt stoi i pracuje, zwłaszcza teraz, w te zimno-wietrzne dni i chłodne noce.

23 kwietnia 2010

Wiejski barter


My jaja, w zamian weselne śniadanko.

22 kwietnia 2010

Zdarzenia

Od rana anieli robią porządki w niebie i wymiatają resztki śniegu po zimie. Pogoda jak w kwietniu-pletniu.


Ciemna chmura, z niej ulewa albo śnieg sypie, za chwilę czyste słońce świeci. Kozy tylko trochę się popasły.
Wczoraj powstał ser typu gouda, ok. 0,5 kg z mn.w. 8 litrów mleka (reszta poszła do znajomych, na jogurt, do śniadania i dla kotów, baaardzo złaknionych). Zrobiłam z pozostałej serwatki zwarnicę (trudno powiedzieć, czy to żętyca czy ricotta, bo była zakwaszona).
Dzisiejszym mlekiem dokarmiam grzybek tybetański (przyszedł właśnie pocztą) i resztę nastawiłam na twaróg, kwasząc ją jogurtem.

Piet`ka zaorał pole. Jutro ma siać. Owies.
Wełna mineralna dostarczona. Folia na tunel kupiona.

Gusia od dwóch dni zasiadła z uporem na jednym własnym jaju, zatem przygotowałyśmy jej odizolowane miejsce w oborze, załatwiłyśmy 10 zalężonych jaj od pani D. i pani Marusi, dołożyłam 10 naszych i podłożyłyśmy gąsce do gniazda. Dokładnie o godzinie 16. Zajrzałam niedawno do niej, zasiada tak pilnie, że nawet jeść nie chciała z podsuniętej pod dziób miski.

21 kwietnia 2010

Czas czekania

Pochmurno, zimne noce, trawa nierychliwa (rośnie w nocy, zatem gdy zimno stoi w miejscu).
Dzieciaki już spokojniej przyjęły osobne spanie, nie było histerii. Bronia poszła rano na pierwszy ogień i sprawiła się dobrze, cicho i spokojnie. Wydoiłam ją bez problemu, ona jadła w tym czasie, po czym chyba z wrażenia położyła się... Okazało się także, że Misia jest wycyckana. Przez jej zeszłoroczną córkę, Gwiazdę, która wróciła do niemowlęcych zachowań, albo świadczy usługi zmniejszania napięcia mleka w wymieniu matki.
Potem zjawił się majster z dwoma pomocnikami i uzgodniliśmy ocieplenie i kładzenie szalówki na domu na za miesiąc. Do tego czasu pomaluję resztę desek szalowych.
Wczoraj orka nie wypaliła. Ma być jutro. Tutaj tak zawsze jest. Terminy są płynne, bardzo rzadko takie, jakie się ustala. Trzeba nabrać cierpliwości, ale i nieustępliwości w pilnowaniu ich, bo łatwo mogą zupełnie zniknąć z kalendarza.
Zdjęłam wierzchnią warstwę gleby w połowie tunelu. Mnóstwo w niej korzeni wykarczowanych w tamtym roku roślin, krzewów, drzewek i dzikiej róży.

20 kwietnia 2010

II Kurs Serowarstwa w Czeremsze

II Kurs serowarstwa Czeremcha 02-03.05.2010
Miejsce: Gminny Ośrodek Kultury ul. 1 Maja 77

Program:
1 dzień 02.05.2010 godz. 9.00

Omówienie warsztatów
Omówienie procesu technologicznego
Produkcja sera holenderskiego(goudy)

Wykład serowarski (pytania/odpowiedzi)

Produkcja sera parzonego podhalańskiego(gołki)
Nastawienie twarogu
Produkcja riccoty

2 dzień 03.05.2010 godz. 9:
Wędzenie
Parafinowanie
Wyrabianie twarogu
Podsumowanie warsztatów

Zapewniamy całe zaplecze, mleko oraz niezbędne narzędzia
Prowadzenie warsztatów: mistrz serowarstwa Krzysztof Jaworski
Koszt warsztatów - 170 zł od osoby, dojazd, wyżywienie oraz nocleg we własnym zakresie(udzielamy informacji i pomagamy w rezerwacji noclegów)

Więcej informacji - e-mail:czeremszyna2@wp.pl, tel. 0856850084

Zapisy przyjmowane są do 23 kwietnia 2010 r.

Ujeżdżanie kozy

Wczoraj Mir poczęstował nas mlekiem zakwaszonym grzybkiem tybetańskim. Świetna sprawa. Mamy zamiar zaprowadzić stałą kulturę na kozim mleku i spróbować zrobić na niej ser.
Dzisiaj pierwsze poranne dojenie, 7 kóz, w tym trzech pierwiastek. Przy wtórze beczących koźląt, nieco wystraszonych izolacją (potrwa to 2-3 noce, potem się przyzwyczają). Cyce pękate od mleka jak nadmuchane piłki futbolowe. Nie zdołałam zdoić wszystkiego do końca, ręce niewprawne, kozy zniecierpliwione. Bronia odstawiła oczywiście cyrk. Odskakiwała, szarpała się, uciekała, kucała, becząc rozpaczliwie. W końcu wzięłyśmy ją gwałtem i krzykiem. Tyle wysiłku, co przy ujeżdżaniu mustanga co najmniej.
Mam nadzieję, że się dziewczyna przyzwyczai, bo dała nam obu niezły wycisk. Nie mówiąc o drobniutkich, niewyrobionych jeszcze strzykach męczących palce.
Z tego pełne wiaderko mleka. Będzie jutro ser.

19 kwietnia 2010

Praca wre

Runęła cała ścianka pociętego drewna (głównie starych desek z rozbiórki) ułożona na ścianie obory przez wioskowych pijaczków jeszcze jesienią. Miałam całe przedpołudnie roboty. Przewiozłam zwalone drewno taczką pod wolny po zimie daszek drewutni. W ten sposób z wolna porządkują się zapasy na kolejną zimę.
Potem udało nam się przymocować listwy konstrukcji dachu tunelu do słupków. W ten sposób jesteśmy bliżej, niż dalej końca budowy. Może w tym tygodniu uda się dokończyć (wliczam w to tworzenie grządek).
Zajechał Piet`ka i umówiliśmy się na jutro. Ma przyjechać swoim sprzętem i zorać pole, wyrównać je pod zasiew. Pojutrze siew.
Dzisiaj posiane w inspekcie zioła i kwiaty na rozsadę.
Wstąpiła też pani Wiera. Kwoczka jej nagle usiadła, a ona bez jaj. Podarowałyśmy jej 10 naszych odłożonych pod Gusię, która wciąż się ociąga. Zeszłoroczny sukces z naszymi kurczętami sprawił, że pozazdrościła nam najprostszego w świecie rozwiązania mnożenia kur. I wraca do dawno zarzuconego naturalnego sposobu wylęgu.
Wpadła też na chwilę pani Hela, też po jaja. Ale już niestety zasoby wyczerpane.
Rozemocjonowana politycznie. Spytałam co mówią w białoruskiej telewizji o wypadku naszych VIPów.
- Łoj, Łukaszenka ostrożnie, bardzo ostrożnie, żeby nie urazić wypowiadał się. Ale wychodzi teraz, że rację miał, jak powiedział, że jest taki słuczaj, że to prezydent rozkazuje w samolocie, wylądować czy nie. Opowiadał, jak to sam kiedyś leciał, a było ślisko. Podszedł do niego pilot i mówi, że boi się lądować, bo lód, niebezpiecznie. A na to Łukaszenko, żeby lądować, co tam! I pośliznęli się i ledwie z tego cało wyszli. I dopiero wtedy Bat`ka [narodowa ksywka białoruskiego prezydenta] zrozumiał, że źle zrobił i nigdy odtąd się nie rządzi tam, gdzie są mądrzejsi od niego.
No, a żeby dnia dopełnić oddzieliłyśmy dzisiaj dzieciaki od matek. Wylądowały wszystkie razem w osobnym boksie, a w dwóch innych rodzinami Kaziuki i Zosiuki. Płacz, bek! Ale trudno. Tak już jest. Zdoiłam resztę niewypitego przez nie w ciągu dnia mleka i znów uzbierał się kubek.

Prze-smak

Wczoraj uaktywniły się bardzo wyraźnie owady. Pokazywały się muchy i motyle. Wokół chaty latały trzmiele, mieszkające gdzieś blisko. No, i uchylonym okienkiem na poddaszu wpadały podjarane słońcem chyba-osy (za duże było na pszczołę, nieco za drobne na szerszenia), tamtędy wiedzione instynktem odnajdywały przejście przez niezamknięty jeszcze podłogą strop i materializowały się znikąd w pokoju. Dopiero po przepędzeniu którejś z kolei oknem wpadłam na pomysł, którędy się dostają do domu i co jest grane. Zamknięcie okienka w południowym szczycie chaty pomogło.
To wszystko przy okazji pobytu Księżyca w znaku Bliźniąt. Zapewne biodynamicznie taki dzień, a raczej okres prawie 3-dniowy jakoś się specjalnie nazywa. Zawsze wtedy owady dostają szaleństwa, zaś w czerwcu, gdy w Bliźniętach jest jeszcze Słońce często roją się, mnożą i skupiają w duże ruchliwe gromady.

To była niedziela towarzyska. I popołudnie aż do zmierzchu rozmowne. Nasza młoda koza przeżyła nieco stresu, bo ją rodzice Artija próbowali doić pod naszym okiem. Udało się wyciągnąć z niej troszeczkę mleka przy wtórze dramatycznego beczenia. Mleko w smaku okazało się mocno skoncentrowane, przypominające nieco mleko kozie z kartonika. Zapewne z powodu ostatniego dokarmiania sianem. Wcześniej było słodkie i bez zapachu. Kiedy zmieni się rodzaj karmy (a więc przejdzie się całkiem na zielone pastwisko i dodatek owsa) pewnie szybko wróci do równowagi smakowej. Czyżby to była tajemnica prze-smaczenia sklepowego mleka i kozich serków? Karmienie kóz hodowlanych z ferm mlecznych przede wszystkim suchą karmą.

Świeżo upieczony (ale już wystygły) chleb ze smalcem ze skwarkami z miejscowego kabana okazał się szczytem doznania przyjemności!
I pyłów, popiołów i chmury nadal niet.

17 kwietnia 2010

Dzień jak co dzień

Od rana zimny wiaterek z północy gonił po jasnym niebie lekko ciemniejące bałwany, lecz na tym się skończyło. Popołudnie zrobiło się cieplejsze.
Dzień pracowity. Wymierzyłyśmy baliki na pokrycie dachu tunelu. I Ania przycięła na krajzedze resztę poprzeczek do konstrukcji. Zamówiła też odpowiednią ilość wełny mineralnej (10-tki) na ocieplenie chaty. W miasteczkowym sklepie.
Zastanawiające, jak bywają dni, w których od rana zdarzenie goni zdarzenie, jeden gość wychodzi i drugi wchodzi, i zaraz potem takie jak ten, gdy tylko wieje ci wysoko nad głową, w pełnym słońcu, a poza tym cisza.
Kozy pasą się dziennie ok. 4 godzin, od 10 do 14. Schodzą do obory same, aby położyć się w spokoju i przeżuwać. Nawet, gdy próbować je wypędzić na łąkę drugi raz, po 2 godzinach, szybko wracają, znudzone, pękate od trawy. Ukradłam im dzisiaj półtora kubka mleka! Dzieciaki już są syte na tyle, że zostawiają resztki.
Posiane w inspekcie sałata, szczypiorek, rzodkiewka.

16 kwietnia 2010

Cena spokoju

Materiał dzisiaj rano wreszcie dotarł. Pomalowałam go od razu środkiem grzybobójczym. Ania wkopała trzy koleje słupki i do wieczora docinała belki poprzeczne na krajzedze pod wymiar.
Wczesnym popołudniem pojawił się z wizytą pan Romek, działacz poważnej fundacji na rzecz wsi. Ucieka na czas pogrzebowego zamieszania ze stolicy do swojej letniskowej stodoły nad Bugiem. Porozmawialiśmy trochę o przepisach związanych ze sprzedażą wyrobów gospodarczych, w tym sera. Wciąż groźny jest Sanepid w tej sprawie. O kwestię montowania grupy producenckiej i organizowania sprzedaży płodów rolnych indywidualnym klientom z miasta jedynie zahaczyliśmy. A szkoda. Nasz gość ma wielką orientację w przepisach obowiązujących rolników. Wspomniał tylko, że coś podobnego organizował ze swoją fundacją w pewnym miejscu w Polsce. Na koniec kupił 10 jaj.

Nakłada się na to wczorajsza rozmowa z Artijem, który właśnie był wrócił z zawodowego wypadu do Krakowa, pociągiem z przesiadką w Warszawie. Tłumy w stolicy, niebotyczna kolejka do Pałacu ludzi chcących obejrzeć trumnę Prezydenta, zamieszanie w Krakowie. Szał. Histeria masowa. Nie ma gdzie uciec od tego, gdy mieszka się i pracuje w tych miastach.
Artijowie, tak jak i my nie mają i nie oglądają telewizji, z przekonania. I jest to wielki dar w obecnych czasach.
No, i sprzedałam im 20 jaj. Kury nie nadążają!
Żadna chmura znad Islandii nie dotarła nad nasze Podlasie do samego wieczora.

15 kwietnia 2010

Pogodne obietnice

Poranek pogodny, słoneczny i bezchmurny. Goście wstali wcześniej, niż zwykle, pożegnali się i ruszyli na Białowieżę, do Miejsca Mocy.
A ja od sąsiadki 2 kg świeżej słoniny kupiłam (taniej, po 4 złote za kilogram, bo cienka, przy czym ta cienkość jest gruba w porównaniu ze słoniną sklepową). To już resztki. Prawie cały kaban na wesele poszedł w rodzinie.


Skóra tej słoniny jest specjalna. W naszym regionie stosuje się tradycyjne opalanie świni wiechciami słomy, a nie nad płomieniem gazowym, jak na ogół. Daje to lepszy smak, skóra odchodzi sama od tłuszczu za jednym pociągnięciem ręką. Ten smak potrzebny jest do tego, aby słoninę zamarynować w soli i przyprawach, to tutejszy rarytas.

Trak-ista znów odwlekł wyrób materiału. Miało być na rano, rano obiecuje na wieczór... Zatem praca przy tunelu ciągle w tyle.
Zjawił się też były właściciel naszego pola, który nam je obrabia swoimi maszynami. Podobno ma za kilka dni przyjechać i dokonać koniecznych robót. Przez całą zimę miał poważną awarię dużego traktora, który jeszcze szwankuje. Ale mówi, że będzie dobrze. Pewnie dowiedział się od Iwana, że Ania już zaczęła o innego maszynistę rozpytywać. Bo czas przecież wielki.
No, i jeszcze wizyta nowego kierownika budowy. Dał kilka nowych wskazówek, o których zmarły poprzednik nie bąknął. Np. że wokół komina, przy stropie drewnianym musi być 6 cm przestrzeń zabezpieczona blachą w celach p.poż. Także, oczyszczalnia ścieków musi być odległa o 30 m od studni.
Zatem do roboty! Za taczkę i grabie, zwozić kupy zeszłorocznych liści z koziej zagrody na kompostownik...

14 kwietnia 2010

Cisza

Dzień wyciszony. Choć zaczął się głośnym kwikiem zarzynanego wieprza gdzieś we wsi. Brak materiału (ma być dopiero jutro) zawiesił wszystko poza czasem. Na refleksje za wcześnie. Namierzamy najtańszych producentów desek podłogowych, aby ruszyć niedługo z remontem. Rozrzut cen jest. Od 42 do 58 złotych. Do tego koszt dowozu. Zasada jest taka: im bliższy i tym samym tańszy wypada przywóz, tym droższa cena.
Ale wieczór przyjemny i ciepły się zrobił po wietrznym dniu.

13 kwietnia 2010

Tunel permakulturowo

Wczoraj przyjechali swoim busem Jacek i Agata, czytelnicy tego bloga, lubliniacy. Szukają miejsca na osiedlenie się, możliwą permakulturową (a jakże!) samowystarczalność. Przy okazji poznają rozwiązania na takie życie różnych ludzi. Mimochodem, a może chodem ruszyły tematy innych moich zainteresowań (wizje, duchowość, astrologia). Jacek podróżował po obu Amerykach, był m.in. w peruwiańskiej dżungli i "palił fajkę" z Indianami.
Dzisiaj przydali się troszeczkę, czyli ciut ciut, jak mówią tutejsi.
Rano Ania dostała smsa od umówionego wcześniej powiedzmy-Sławka z naszej wsi. Miał przyjść ze swoją piłą i pomóc jej budować konstrukcję pod tunel foliowy. Sms brzmiał rozbrajająco: "Wybacz, ale nie mogę przyjść"...
Jacek nadał się zatem do cięższej roboty, kopania dołków, dźwigania słupków. Bo ja nadal jestem okulała, choć z biegiem dnia jakby się trochę polepszyło.
Na obiad zrobiłam pieczeń z łopatki koziołka. Zjedli z wielkim apetytem, choć na ogół mięsa (ze sklepu) unikają. Po czym pojechali na wycieczkę rowerową po okolicy, a Ania do właściciela traka kupić trochę nowego materiału na konstrukcję dachową tunelu.

12 kwietnia 2010

Siano

Na wsi planowanie ma inny wymiar, niż w mieście. Poniekąd dzieje się samo. Trzeba tylko być otwartym. Jakość zdarzeń i prac determinuje oczywiście pora roku i pogoda.
Kiedy zatem wykonywałyśmy zaplanowane wcześniej czynności koło południa przyszedł Mikołaj. I mówi:
- Rano ja tu był u was, ale was chyba nie było... Koło 10 to było.
- Byłyśmy, w domu, przy komputerach.
- A bo kozy tak beczały, ja myślał, że was nie ma.
- One beczą jak słyszą, że ktoś idzie.
- No, nie, mnie się widzi, że głodne, że im ta słaba trawa nie starcza. A siano macie?
- No, właśnie, skończyło się. Teraz trochę słomą je karmimy owsianą.
- No, to u mnie już siano na furze leży, przywiozę.
I niewiele dyskutując po pół godzinie Mikołaj zajechał swoim traktorem na nasze podwórze z pełną furą suchutkiego siana. Pięcioletniego, ale co tam. Kozy stwierdziły, że pyszne i od razu zajęły się jedzeniem.
Rozładowanie i przeniesienie siana do pustego boksu w oborze trochę czasu zajęło. Przy okazji skręciłam sobie lewą kostkę u nogi.
- No, to panie Mikołaju, ile pan za to chce?
- A tam, to tak dałem, żeby się nie zmarnowało.
- Ale zapłacimy, tyle siana! Może w mleku albo w serze?
- E, nie. Ale jak trzeba mi będzie do lekarza jechać albo co innego to podwieziecie, co?
- Nie ma sprawy. Ale to i bez siana by się stało...
- A pożyjemy, zobaczymy. Coś tam może się znajdzie potrzebnego, to się odwdzięczycie.
I odjechał.

Gusia zasiada

Gusia posiaduje. Wybrała sobie szczególne miejsce. Ponieważ w koziarni nie ma zacisznego kąta, gdzie by mogła usiąść, zorganizowała sobie gniazdo na... piwnicy przy domu, wysoko. Zagrzebuje tam w ziemi i liściach co 2 dni znoszone jajo, siedzi na nim kilka godzin, po czym schodzi, sycząc i wrzeszcząc na pałętające się koło gniazda psy i koty. Zniosła już ponad 10 jaj. Wybieramy je oczywiście, są niezalężone. Ale trzeba szybko działać, bo gdy już usiądzie, trudno będzie ją od tego odwieść.
Ania szuka w internecie jaj lęgowych.
Podobają nam się gęsi siodłate albo garbonose, ale w tym roku nie ma jeszcze warunków na trzymanie stada gęsiego. Z praktyki wiem, że gąsiora ze stadem trzeba odizolować od podwórka, bo nie pozwoli przechodzić nikomu obcemu. Nie mówiąc o gęsim zakupkaniu obejścia.
Zaryzykujemy z jajami kurzymi. Ponieważ nasze stadko potrzebuje odświeżenia padło wstępnie na karmazyny, choć w razie czego w odwodzie są zielonóżki.


Dziś wytyczanie tunelu foliowego, zamiatanie zagrody koziej z zalegających na trawie liści, pasienie kóz, wyrób sera z mleka od pani D. (gołki) i wypiek chleba (w piekarniku).

11 kwietnia 2010

Niedziela

Chłodny wiatr z zachodu przygonił chmury. Niedziela mało radosna. W południe zaszedł na nasz taras spacerujący drogą obok o lasce Mikołaj.
- I co pan myśli, panie Mikołaju, co to się w Polsce nawyprawiało? Co to będzie?
- Nu, szczo. Budiet szczo budiet, i wsio.
Z wymiany zdań na temat najnowszych wieści pogrzebowych z polskiej stolicy przeszedł do wspomnień swoich czasów dziecięcych, jak to najpierw Niemcy, potem Ruskie, potem znowu Niemcy i znowu Ruskie jego wieś przejeżdżały.
- Ło, tam, za tamtym lasem, na łące były okopy ruskich, a z tej strony, za Górą chowały się Niemce. A ło tam - pokazał inny kierunek - rkm stał, taaakie naboje mieli. A w tamtym lesie-ło tylu ruskich Niemce utłukły! Wybrałem się tam potem, bo pomyślałem sobie, że karabin znajdę, schowam, a potem w lesie sobie postrzelam, taki durny dzieciak byłem. A jakże, dwa znalazłem i niosę, a tu na ścieżce taki wielki rusek leży z krzyżem na mundurze, widzi sanitariusz, i oczy podnosi na mnie i rusza się! Tak ja oba karabiny z rąk wypuścił i spieprzył ile siły w nogach!
- A jak Niemce u nas były to spały po chatach. W naszej siedzieli i w karty rżnęli. A ja, taki młodzik, siedziałem i gapiłem się i słuchałem. Nie wyganiali. A i obiadem dobrym czasem poczęstowali.
- Przy tych ruchach wojsk, ruskich i niemieckich to na 6 świń, jakie u nas były, 5 trzeba było oddać, raz Niemcom, raz ruskim.
I jeszcze kołchoz wspominał i powojennych kołchoźników, co w sąsiednich wsiach działali.
- W naszej wsi nas za mało było i nie zrobili kołchozu. Ale ci, co tam przystali skorzystali. A wieczorami tańce, zabawa i śpiew tam odchodziły takie, że hej!
Potem pogadaliśmy o siewie. Jesienią zeszłego roku posiane zboże ozime w dużej mierze ludziom w glebie wygniło od pleśni, ziemia pod śniegiem nie zamarzła.
- Ja 2 metry zasiał, saletry kupił, żeby teraz posiać, ale co tu dawać nawozu, nie ma na co. Puste pole. Ot, dola rolnika. Jak posiejesz zginie, jak się urodzi, to tanie.
Śmiał się. Mikołaj często się śmieje.
Ania nakryła inspekt oknami wyjętymi ze starej chaty. Mają ogrzać glebę przed siewem.

10 kwietnia 2010

10 kwietnia

Sztuką jest odłączyć się od zbiorowych emocji. I pozostawać przy tym, że w istocie rzeczy wszystko dzieje się tak samo i nie inaczej.
Kozy narobiły mi dzisiaj trochę nerwu, bo odkryły sołtysową łąkę za naszym ciągle nieobsianym polem, na którym od dawna cierpliwie skubią lichą trawkę. Z trudem przygoniłam je na podwórko i zamknęłam w ich ogrodzonym wybiegu.
Nasypałam humusu na nawóz w inspekcie, wczoraj mocno podlany wodą i jeszcze na dokładkę nocnym deszczem.
Z rozpędu zgrabiłam teren przed domem i wywiozłam trochę naturalnych śmieci na kompostownik.
Ania załatwiła przegląd samochodu.
W sumie zadowolona jestem z braku telewizji. Radio wyłączyłam po pięciu minutach, gdy skończyły się wiadomości i znów puścili Szopena.
Myślenie i kombinowanie też trzeba wyciszyć. Pozwolić myślom pobujać i odejść.
Jakieś wrażenie jednak w tej ciszy pozostaje i wydobywa się z głębi. Poruszenia nie da się skasować. Bo jest autentyczne. A jest to już głos krwi. Wspólny nam.
Jak szum wiatru i wody, jak mruczenie byka żubra ukrytego w przydrożnych krzakach leśnych.

7 kwietnia 2010

Inspekt

Koło południa zaczęło się rozpogadzać. Kozy wyszły na wybieg, przepędziły mnie raz dookoła włości, zajrzały na Górę, pojadły trochę w rowach po obu stronach drogi gałęzi czeremchowych, brzozowych i sosnowych (mają pełne pozwolenie od właścicieli tego lasku), skubnęły ciągle lichutkiej trawy, skupiły się trochę na kępach wrzosu, który bardzo polubiły (jesienią dawały nawet przez kilka dni wrzosowe mleko) i wróciły do sadu, gdzie grzecznie pasły się przez kilka godzin. W tym czasie, mając je stamtąd na oku, zabrałam się za warzywniak przed domem. Konkretnie teraz inspekt. Zgrabiłam liściowo-patykowe śmiecie na bok, potem zebrałam humus z powierzchni (dość ubogi) i Ania wyznaczyła rozmiary inspektu. Wbiła kołki w czterech rogach, znalazła jakieś stare deski na jeden bok, wybrała we wnętrzu "na sztych" szpadla ziemi (a raczej piachu). Wrzuciłam w to miejsce zagrabione wcześniej liście i patyki, po czym zajęłyśmy się przerzucaniem gnoju z kupy zgromadzonej pod płotem do wnętrza inspektu.
I tyle na dzisiaj pracy.
Psy odwołały nas pod bramę. Zajęte robotą nie zauważyłyśmy, że znudzone kozy całym stadem ruszyły na "plac miejski", tj. cieniutką trawę kiełkującą na trójkącie przed chatami naszą i pani Wiery. To taki rodzaj dzikiego ronda.
Jak już się pokazałyśmy to zaraz zjawili się chętni do pogaduszek pod płotem. Mikołaj z laską, w niedzielnym ubraniu i pani Hela z rowerem w odwiedziny. Mikołaj jutro siać owies się wybiera. Zmęczony świętowaniem.
- Jak to? - pytam ze śmiechem - Coś pan ściemnia, panie Mikołaju. Jutro przecież świętego Gawryły, świąt nie koniec! Sama w internecie widziałam czarno na białym napisane!
- Ale co tam, pracować już można - stwierdził, też się śmiejąc.
Jak zauważyłam życiem religijnym we wsi zajmują się głównie kobiety. One do cerkwi chodzą, świąt pilnują, mężczyźni zajadają i czekają, kiedy to wreszcie baba z liturgii wróci.
Mikołaj dawno przekroczył osiemdziesiątkę, ale jeszcze pole sam uprawia. Lubi to. Jeździ na traktorze, orze, sieje, także jeszcze sam piłą spalinową gałęzie i drzewa tnie i ścina, gdy trzeba.
Stare Podlasiaki nie do zdarcia są.
Ania niedawno dziadka S. widziała z naszej poprzedniej wioski. Ten też już w podobnym wieku, a wciąż co dzień do lasu jeździ, dniówki wyrabia, drzewo sam ładuje na swoją furę, sam zwala, i nierzadko późnym wieczorem wraca po drwalskiej imprezie leśnej na leżąco, wieziony grzecznie przez swoją ukochaną starą kobyłkę. Malutki, suchy, chudziutki, z papierosem w zębach, trochę podobny do Jakuba Wędrowycza z opowiadań Pilipiuka, prawdziwy leśny człowiek. Dzisiaj już takich nie ma.

5 kwietnia 2010

Anty-dyngus

Od jakiegoś czasu ruszyły kleszcze. Przeważnie to małe młode sztuki. Sprawdzam codziennie zwierzęta, psy, koty i kozy i bywa, że trzeba już interweniować i wyciągać pajęczaka-krwiopijcę za odwłok. Robię to specjalnym przyrządem, w rodzaju pincety, kupionym w Niemczech w aptece. Mają tam tego co najmniej kilka różnych rodzajów. W Polsce czegoś podobnego niestety się nie dostanie. A przyrząd to najprostszy w świecie!


Dzięki "kleszczo-wykrętowi" czuję się całkiem bezpieczna na tym przyleśnym terenie. I zwierzętom też, jak dotąd nic strasznego się nie przytrafiło (odpukać!). Choć w zeszłym roku zdarzyło się, że z Łacia wyciągnęłam 15 kleszczy za jednym razem!
Kleszcz, nawet gdy się już wkręci w ciało - delikatnie wykręcony ową pincetą nie pozostawia jadu. Żyje, rusza się, ginie dopiero rozgnieciony między kamieniami albo spalony w ogniu.
Znam kilka przypadków boreliozy u ludzi. Ciekawym trafem wszyscy są Warszawiakami! Spośród miejscowych nikt na to nie zapada, a przecież to ludzie lasu, drwale, grzybiarze, zbieracze ziół i jagód, spędzający w puszczy wiele dni w ciągu roku. O kilku stwierdzonych przypadkach powiedziano mi z pewnym przekąsem. "Leśnicy w średnim wieku na nią zapadają, gdy już chcą przejść na wcześniejszą emeryturę. To choroba zawodowa i raczej trudna do sprawdzenia. Czemu drwale na to nie chorują?..." Kiedy pytałam owych prostych drwali co myślą o kleszczach śmiali się. "Łoj, wyciągnąć toto zaraz i posmarować miejsce denaturką najlepiej, pięknie wypali i żaden zarazek się nie uchowa".
Mam taką teorię, że wpływ na atak kleszcza ma zapach ciała. Warszawiacy, wiadomo, myją się co najmniej dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Pachną mydłem, płynami, szamponami, dezodorantami i wszelką sztuczną chemią. Kleszcz wiszący sobie gdzieś na gałęzi w lesie spada na nich po prostu zemdlony tym dziwnym odorem. I gdy już się wgryzie w takie pachnące ciałko od razu mu się niedobrze robi i rzyga chorobotwórczym jadem.
Znajoma Olsztynianka opowiadała mi niegdyś jak to z gośćmi z Warszawy do lasu na spacer się wybrała. Jedna kobieta z owych gości bardzo była przejęta komarami i na wszelki wypadek wypsikała na siebie mnóstwo jakiegoś spreja przeciw-owadziego, w tym ma się rozumieć przeciw kleszczom. Po spacerze okazało się, że znalazła na sobie 11 kleszczy! (O panice i histerii, w jakie przy tej okazji wpadła nie wspomnę). Wszyscy inni (w liczbie 6 czy 7 osób) byli od nich wolni cał-ko-wi-cie.
Dodatkowym powodem wypluwania jadu jest właśnie histeria. Rodowitemu wieśniakowi żaden robal nie dziwny. Strzepnie, wyjmie, wyiska, wyciśnie, rozgniecie, przegoni. Mieszczanin telewizją karmiony na kleszcza reaguje jak na wkurwione stado szerszeni co najmniej. Wszak ogląda reklamy owych potworów wielkości słoni na ekranie i dokładnie wie, że zaraz będzie miał zapalenie mózgu albo inne boleści.
Przed paniką nie ustrzegła się nawet moja znajoma Warszawianka, entomolożka z wykształcenia, która zainkasowała długotrwałe leczenie antybiotykami po ukąszeniu jedynego kleszcza, jaki się w nią w życiu wpił po spacerze w lesie. Kiedy ją spytałam jak tego kleszcza wzięła i z siebie wyciągnęła sama przyznała:
- Robiłam wszystko, tylko nie to i nie tak jak trzeba!

Podstawową tajemnicą zdrowia miejscowych jest zatem rzadkie mycie się. Wiadomo i to się tutaj potwierdza: "częste mycie skraca życie". Dobrze, jeśli ochlapią się w misce z ciepłą wodą "przy sobocie po robocie", to już kultura.

Tak trochę dzisiaj dyngusowy temat tknę od zadniej strony...

4 kwietnia 2010

Święta Góra

Słoneczna pogoda zaprosiła nas dzisiaj w drogę.
Zobaczyłam po raz pierwszy bociany, dwa, w gnieździe. Teraz wszystkie zresztą gniazdują, wysiadując jaja. Dobra wróżba do skończenia chaty i zadbania o przyszłość.

Zajechałyśmy na Świętą Górę Grabarkę. To miejsce dla mnie zawsze szczególne. I zawsze z okazji różnych świąt bądź wizyt pielgrzymek, a zwłaszcza w sierpniu na Spasa, gdy odbywają się tam wielogodzinne liturgie z udziałem tłumów wiernych, naładowane świeżą i jasną Mocą Ducha.


Przez 3 lata mieszkałyśmy blisko Grabarki, osiem kilometrów drogą przez las. I bywałyśmy tam często. Teraz trochę mi tych wizyt brakuje, choć nie oddaliłyśmy się znowu aż tak daleko (jakieś 35 km).
W tamtej wiosce opowiedziano mi historię pożaru na Świętej Górze. Było to ogromne traumatyczne przeżycie dla wszystkich okolicznych mieszkańców, tak samo prawosławnych jak katolików. O mało wtedy nie doszło do linczu na niewinnym człowieku, turyście, który pierwszy zauważył ogień i wezwał straż pożarną. W ostatniej chwili ktoś go wybronił wobec gromady zrozpaczonych ludzi.
Po pożarze drewnianej świątyni pozostała niepęknięta od gorąca żarówka nad wypalonym kompletnie ołtarzem, uznano to za dowód cudowności miejsca. I Boski znak czuwającej Opatrzności.


Ten krzyż nosi cały czas ślady tamtego niszczącego ognia.
Świątynię odbudowano prędko, już z cegły i kamienia, dostała jedynie drewniany szalunek przypominający dawną cerkiew. Jej sława urosła. Z roku na rok przybywa na Spasa pielgrzymek i pielgrzymów.


Każdy, poruszony ciszą i autentyzmem tego miejsca pozostawia tutaj krzyż. Jest ich tu setki i tysiące. Wszystkie są dziełami sztuki, czasem wybitnej, rzemieślniczej i nawet artystycznej, czasem prostej i ludowej, zawsze jednak płynącej prosto z serca. Są też krzyżyki zrobione na chybcika z patyków leśnych związanych nicią albo trawą.
Każdy stojący tu krzyż to znak uleczenia i podziękowanie Bogu za wybawienie. Prawosławie inaczej postrzega symbol krzyża, niż katolicyzm. To znak błogosławieństwa i łaski, a nie bólu, śmierci, żałoby i cierpienia. Na Podlasiu częstym widokiem są krzyże stawiane sobie przez pobożnych mieszkańców na działkach koło domu.

Ja również zaraz na początku wetknęłam w ziemię drewniany krzyżyk przywieziony z domu rodzinnego, w intencji pozostawienia za sobą tego, co smutne i tragiczne i wiecznej ochrony wszystkich moich bliskich.
Z okazji każdego święta, gdy tu bywam zapalam woskową świeczkę przed cudowną ikoną Matki Boskiej.


(Zamieszczone zdjęcie przedstawia fresk znad studzienki, parafrazę ikony, która znajduje się przy ołtarzu w cerkwi).
Jak dotąd wszystkie moje prośby tam złożone spełniły się.


U stóp Góry płynie struga krystalicznej źródlanej wody. Postawiono tam studzienkę. Woda z tej strugi słynie z uzdrowień. Pielgrzymi obmywają się w niej ze swoich dolegliwości. Jak wieść niesie - ma wielki uzdrawiający wpływ zwłaszcza na choroby kobiece i bezpłodność.

Zresztą wiele cerkwi podlaskich stoi nad jakimiś strugami, źródłami lub na mokradłach (jak np. błękitna cerkiewka w przygranicznej Koterce). I wszystkie one dają wodę uważaną za leczniczą i używaną przy różnych liturgiach prawosławnych.

W zeszłym roku mój przyjaciel Adam, Ślązak, od lat zagorzały buddysta, niesamowicie zachwycił się cichą atmosferą świątyni na Górze i jej wyczuwalną orientalnością. Trafiliśmy akurat na nabożeństwo, gdy jedna z sióstr, na zmianę z batiuszką odczytywała modlitwy śpiewnym głosem. Adasiowi niechybnie skojarzyło się to z buddyjskim mantrowaniem, które uprawia. I uderzyło go to coś, czego europejskiemu buddyzmowi brakuje. Moc zagruntowania w lokalnej tradycji. W miejscowej sztuce, która odzwierciedla to, co w sercu głęboko i nawiązuje bezpośredni kontakt podświadomej wyobraźni z Mocą Nieba.



Po powrocie upiekłam na świąteczny obiad udziec koźlęcy szpikowany czosnkiem z kartoflami i warzywami.
Koziołek wielkanocny dopełnił obrzędu.

3 kwietnia 2010

Łaska

Przez większość dnia, jak to zawsze w Wielką Sobotę mam, od chwili nagotowania rano kraszonych jaj, trwało wypędzanie złych duchów. I nie wiem czy pogańskich i leśnych, czy może kościelno-cerkiewnych, to pomieszane. Uspokoiło się dopiero przy święceniu, kiedy Ania wylądowała w kościele, a ja (pogańsko?) pod dębem. Synchroniczność sprawiła jeszcze, że w tym samym czasie batiuszka błogosławił ozdobne koszyczki wszystkich swoich owieczek ze wsi, zgromadzone w domu sołtysa. W każdym razie jedzenie nabrało wreszcie wspólnego smaku.
Łoj, w Warszawie było z tym wypędzaniem o wiele-wiele gorzej! i przykrzej...
Czy ktoś myśli o tym, co się teraz dzieje?
Jak wytryska oto Życie z trwania w pół-śmierci, w długim transie zimnego mroku?
Jeśli tak, to przywołuję w pamięci obraz i smak jaj złożonych ostatnio przez nasze kury, jako smak i obraz nowego życia, lęgnącego się poprzez ofiarę dla nas-ludzi w imię szczęśliwego rozwoju całego przyrodniego świata.
Kręcę, kręcę, ubijam, ubijam. Dar daruję.
Mniam mniam.
Jestem.
Jesteśmy.



Jak widać czerwono na nie-białym: jajo jaju nierówne, choć Wielkanoc pospólną jest.

2 kwietnia 2010

Pobudka

Okna wymyte jeszcze wczoraj przewodzą idealnie wiosenne ostre światło dnia. Z rozpędu wyszorowałam także kaflową kuchnię. Ania zgotowała zapas ruskich pierogów na dwa postne dni.
Dzień co dzień zaczyna się o szarej godzinie, gdy budzi mnie pewien szczególny dźwięk. Długo zachodziłam w głowę jakie jest jego źródło. Pojawia się zawsze o tej samej porze świtu i trwa kilka, kilkanaście minut. W końcu doszłam do jedynego słusznego wniosku, że musi to być dzięcioł. Dzięcioł ów najwyraźniej ma swój stały rewir żerowania i rozpoczyna oblot właśnie od starego jawora rosnącego koło chaty. Może kiedyś uda mi się go zobaczyć. Ale na razie wstać o tej godzinie nie potrafię (choć z dnia na dzień robi się lepiej w tej sprawie).

Wielki Piątek to już prawie święto. Kobiety ze wsi szykują się na liturgię o 14. Przedtem pani Wiera piecze babę w piecu chlebowym. Ma już wszystko pięknie wysprzątane. Więc teraz tylko szykowanie świątecznych potraw i modlitwa w cerkwi.

1 kwietnia 2010

Gusia Gusia

Praca toczy się. Obejście uprzątnięte (o tyle, o ile się dało), nowy chleb (pszeniczno-żytni z kapustą kiszoną, na zakwasie) upieczony. Czeka wciąż mycie okien, najpierw na płyn do mycia, teraz na koniec deszczowej pogody. Odmrażam koźlęce udo na świąteczną pieczeń. I zbieram jaja. Ania zajęła się dziś malowaniem pisanek na gęsich wydmuszkach.
Nasza jedyna gęś, zwana zdrobniale Gusia, to pozostałość po hodowli gęsi sprzed dwóch lat. Wypasłyśmy ich wtedy około dziewięciu, przy czym historia ich hodowania od żółtego gąsiątka, kupionego w wylęgarni do fazy "brzydkiego kaczęcia" (gdy już mogły iść do kurnika), w skrzynce trzymanej w kuchni, żeby nie zmarzły w zimne kwietniowe noce, jest długa i bogata w śmieszne szczegóły. Gąsięta w pewnym momencie bowiem rosły w oczach i potrafiły wyrosnąć ze skrzynki w jedną noc. Trzeba było znajdować drugą i trzecią, żeby je pomieścić. W skrzynce pierwotnej potworzyły się już jednak związki osobnicze, które źle odgadłyśmy i ptaki przełaziły do siebie w nocy, zamieniając się miejscami i przy okazji wypadając na podłogę.
Potem zaczęła się historia z gąsiorem. Przezimował wraz z dwiema gęsiami w kurniku. Był zakochany we mnie i zawsze wiernie dreptał za mną krok w krok. Jednak Anię uznał za wroga w pewnym momencie. I z czasem zaczął ją ścigać. W tym czasie przejął też władzę w kurniku nad kurami, pokonując koguta w walce samców o władzę. Koguta zjadłyśmy, a na drugi rosół poszedł gąsior.
W końcu pozostała tylko Gusia. Najpierw dlatego, że zaczęła znosić jaja na wiosnę i uparła się, żeby je wysiadywać. Podłożyłyśmy jej w końcu kurze jaja, ale w nocy zaczęły się przymrozki i wszystkie przemarzły. Mimo, że się o nie bardzo troszczyła, okładając je wyrywanym z siebie puchem.
Potem była przeprowadzka i inne sprawy na głowie. A jesienią Gusia zniosła znowu ponad 20 jaj i tak została z nami. Przezimowała w koziarni, bo kury jednak nie przyjęły jej do stada. Jest teraz jedną ze stada kóz. I jak widzę, jednoczy się zwłaszcza z białymi kozami.
W tej chwili jest stałą rezydentką Zagrody, pełni rolę naszej maskotki i strażniczki obejścia, zawiadamiającej głośnym krzykiem o każdej zmianie. Jest oswojona i o wiele inteligentniejsza od kury. Uwielbia jabłka. Często więc częstuję ją obierkami jabłecznymi i ogryzkiem. Towarzyszy nam obu przy wszelkich pracach na dworze, siadając jak najbliżej i patrząc ciekawie swoim spostrzegawczym okiem, jednym albo drugim.
Niekiedy odgrywa rolę domowego białego orła. Biorącego rozpęd na drodze od bramy do garażu i bijącego wielkimi wspaniałymi skrzydłami powietrze.
Lubi też podwyższenia, skąd ma lepszy widok.